(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Hejt, żeby był głeboki, musi być umocowany na czymś fundamentalnym i głębokim. Żarcik BKŚ o bluzce z dekoltem koleżanki powoduje mi najwyżej minor counterattack, bo ani koleżanka nie jest zakompleksioną 15 latką, raczej wprost przeciwnie, ani BKŚ nie zmieni się od dowolnej ilość "nie komentuj tak może, bo jak ja cię skomentuję...". Ale uśmiechniete i "przyjacielskie" grupowe zdziwienie do młodej dziewczyny "ty - inżynier? naprawdę skończyłaś polibudę? materiałoznawstwo? ojej, ajaj, ajwaj", kiedy chuje sami nie zasługują na ten tytuł, a dziewczyna ma pojęcie, i jest jej naprawdę przykro, o, to już mnie nieźle wytrąca z zen, i mam ochotę słyszeć trzask ich żeber pod moimi stopami - bo to jest fundamentalny i głęboki fakap systemowego paternalistycznego seksizmu, odmawiającego drugiej płci człowieczeństwa i bycia bliźnim, jak przez tysiąclecia; no ale co ja mogę poza zjebką. Więc - dobry hejt musi być oparty na głębokich aksjomatach, a nie na powierzchni zjawisk.
I tu zawiruję w piruecie, i sprytnie wrócę z feministycznej dygresji do tytułowego tematu. Otóż, w moim świecie, będacym malutkim wycinkiem tego nowego wspaniałego świata, bardzo mocarnym hejtem obrastają mi aksjomaty społeczne zbudowane wokół dzieci i rodziców, szczególnie praw, obowiązków i odpowiedzialności tych ostatnich. I nie mówię tu o jakichś zupełnych patologiach, o przemocy dużego kalibru, czy łamaniu podstawowych praw, bo to nie zasługuje na dyskurs, tylko na piętnowanie i wpierdol.
Na powierzchni zjawisk, można se trochę pohejterzyć na głupich rodziców uprawiających dawno zdyskredytowany permisywizm, i broniących, niczym lwice, dzieciaczków przed jakąkolwiek krytyką czy obowiązkiem, czy "złą nauczycielką", itp po prostu rozpieszczających bachory. Albo na tych, którzy obkładają 10 latka 10h zajęć lekcyjnych i pozalekcyjnych dziennie, łącznie z sobotą, w imię swoich niespełnionych ambicji, bo w imię czego. I tak dalej.
Ale to jest tylko powierzchnia zjawisk, warta uwagi i uwag, ale nie porządnego hejtu.
Bo głębiej pod nią są "aksjomaty" kuchenno-biedronkowej łże- socjologii, ekonomii i psychologii. Ekonomii, takie jak "przecież normalne, że oboje rodzice muszą pracować" - w większości przypadków wcale nie normalne, i wcale nie muszą. Socjologii, takie jak "przecież jeśli oboje chcą pracować, to trzeba stworzyć warunki, żeby mogli" - ale dlaczego mam popierać ICH pomysł na samorealizację kosztem ICH dziecka wyrzuconego z rodziny do Systemu, przedszkola czy żłobka? Albo wszelkie teorie o socjalizacji w grupie rówieśniczej, ale nie te normalne, tylko z jakże dokładnie ustalonymi warunkami na dużą liczebność, rówieśniczość tejże grupy, i wiek dziecka, i niespodziewanie doskonale spełnia je przedszkole (czyli "kto jest twoim idolem, i dlaczego właśnie Lenin"). No i psychologii siermiężnej "przecież jak ktoś się opiekuje dzieckiem i domem, to jest poszkodowany i w ogóle na granicy deprywacji zmysłowej, w przeciwieństwie do doskonałego stanu drugiej osoby, która z domu wychodzi do pracy" - to już w ogóle wymaga tak zdupnych założeń o zajmowaniu się dziećmi i domem vs. pracy poza domem, że jest słabo.
Oczywiście, że powyższe hejterzy się też z jakichś aksjomatów, na przykład takich jak te zapisane przez mądrych ludzi w prawach dziecka - że dziecko ma prawo do wychowania w rodzinie i do prywatności, nie do przedszkola czy "socjalizacji" publicznej przez bandę przypadkowych małych i dużych psycholi. I żeby było jasne - dla mnie rodzina może być LGBT, poli czy prawie dowolna, ale niech to będzie rodzina, a nie - grupa 20 przypadkowych dzieciaków, które przed wpadnięciem w świat "Władcy much" niepewnie zabezpiecza, wysoko albo i nisko płatna, opieka jednego dwu dorosłych, być może mający te dzieci centralnie w dupie.
Ale to rzecz jasna, są tylko następne warstwy rzeczywistości i jej "aksjomatów" - bo pod spodem jest kopalnia hejtu właściwego (i dalej się tym razem nie zapuszczę, choć można by). Pod tym całym pierdololo o tym, co sobie ludzie wyobrażają o roli rodziców (a im mniej są rodzicami tym bardziej sobie wyobrażają), na kogo przerzucają odpowiedzialności, i jak to wszystko wygląda, stoi, jako ta opoka, aksjomat indywidualizmu, człowieka jako podmiotu, i nadrzędności wolnej woli wzg. całego bożego i niebożego świata, tu akurat - podmiotowości i indywidualizmu rodzica. Bardzo fajny aksjomat, szczególnie że wspiera egoizm i w ogóle furę niższych emocji i uczuć właściwych małpie naczelnej. Ale niekoniecznie przystoi ludziom rozumnym i dobrym. Bo jak mawia poeta "it's only when I lose myself in someone else that I find myself", co wiąże się też z innego poety "the more I want , the less I am". I nie sposób polubić te różne racjonalizacje sprzedawane przez zindywidualizowanych, podmiotowych rodziców traktujących przedmiotowo swoje dzieci, nawet jeśli to nieświadome zło. Oczywiście, polubić racjonalizacje bezdzietnych w tematach o dzieciach i rodzicach, jakby jeszcze trudniej.
Hejtem jeszcze nikt się nie pożywił, i też nie mam zamiaru nim żyć - a jedyny mój smuteczek, że nowożytne czasy udowodniły dosyć dobitnie, że pozornie dobre i piękne indywidualizm, podmiotowość itd nie czynią dużo lepszego świata, co najwyżej szczęśliwsze jednostkowe pojedyncze podmioty. I jeszcze - bo aspołeczne niskoempatyczne jednostki mogą wychować tylko następne aspołeczne niskoempatyczne jednostki, i tak nakręca się spirala (a wyjścia z niej proponowane przez konserwatystów, czy innych podobnych, są co najwyżej śmieszne). Ja nie potrafię wskazać wyjścia, poza drastycznym ograniczeniem dobrobytu i wolności, które zapędzi z powrotem małpy do stada, i uczyni interakcje społeczne, w tym rodzinne, koniecznymi, a nie tylko łaskawie możliwymi, i oby nie przykrym obowiązkiem. Ale to wyjscie też mi się nie podoba.