Kiedy okazało się, że pomimo wszelkich umów i gwarancji kraj pada pod naporem hord brutalnych najeźdźców, major z żoną postanowili uciekać. Wiedzieli, że inaczej w ciągu dni wpadną w łapy wroga, i jeśli zostaną razem z dziećmi "tylko" rozstrzelani, zamiast nieludzkich tortur i gwałtów, będą mogli mówić o wielkim szczęściu. Baza w której stacjonowali była zapasowa i raczej obozem dla jeńców, ale miała lotnisko i jakieś samoloty były pod ręką, a major był dobrym pilotem - tyle, że nie bardzo wiedzieli, wobec kraju zalanego przez inwazję, gdzie mieliby jakimś samolotem uciec. Stąd postanowili lecieć nad morze, w stronę, powiedzmy, sił sprzymierzonych.
Wbrew pozorom, nie opisuję sytuacji ostatnio na Ukrainie, gdzieś w pasie między Krymem a Donbasem i że ktoś poleciał w stronę Rumuni, czy Turcji. Chcę przypomnieć fenomenalną akcję morsko - powietrzną sprzed prawie pół wieku. Czy w kontekście Ukrainy, uciekających z niej rzesz ludzi i niesienia im solidarnej pomocy, bez oglądania się na "władze" i koszty? Być może.
Major Buang-Ly (czasem zapisywane w transkrypcji Buang Lee), stacjonował na Con Son Island, wysepce-bazie kilkadziesiąt kilometrów od brzegu południowego Wietnamu, jednej z ostatnich baz jeszcze nie zajętych przez komunistów. 29 kwietnia 1975, kiedy Sajgon padał pod atakiem armii Pn. Wietnamu a Wietnam Południowy znikał z mapy świata, major zapakował żonę i PIĘCIORO dzieci, w wieku od 14 miesięcy do 6 lat, do malutkiej Cessny.
Cessna O-1, zwana Bird Dog (kontekst: pies do polowań, "wystawiający zwierzynę", co było głównym zadaniem O-1 korygujących ogień artylerii), była "zmilitaryzowaną" zwiadowczo - dyspozycyjną wersją Cessny 170, solidnym i zgrabnym samolocikiem, który mógł wystartować i wylądować na paczce papierosów. Niestety, O-1 który major mógł, eee, ukraść, był wersją minimum, dwuosobową, z pewnymi brakami przyrządów nawigacyjnych, i zatankowany gdzieś tak do połowy. I co okazało się bardzo brzemienne w skutki - pakując rodzinę i w pośpiechu startując pod ogniem (zdaje się, "kolegów" z bazy...), w zamieszaniu major nie zdobył, czy zawieruszył gdzieś, zestaw mikrofon-słuchawki, więc mieli radio, ale tylko w formie przycisku do papieru.
Ostrzał w stronę Cessny był na szczęście nieskuteczny - wylecieli nad morze, nie bardzo wiedząc dokąd lecieć, poza tym, że może w stronę amerykańskiej floty. Po pół godzinie lotu, major zauważył grupę śmigłowców lecących na wschód,
Szukałem jakiegokolwiek bezpiecznego rozwiązania. Pomyślałem, że musi być jakiś nieodległy cel, do którego lecą.
Major nie mógł wiedzieć, że śmigłowce, za którymi poleciał, były częścią wielkiej operacji ewakuacyjnej z Wietnamu, prowadzonej przez USA i niedobitki lotnictwa Południowego Wietnamu. Różne samoloty odlatywały do Tajlandii, na Filipiny; oficjalna Operacja Częsty Wiatr (Frequent Wind) trwała już od około 10 dni, średnie i ciężkie śmigłowce wywoziły z Sajgonu i okolicy tysiące osób, personel i cywilów, i ich rodziny; tych, którzy mieli zapewnioną kulę w łeb od nowej władzy, albo po prostu potrafili wkręcić się "do ewakuacji".
Jednym z okrętów mocno zaangażowanych w Operację, był starawy lotniskowiec
USS Midway - w czasach Wietnamu starawy, bo wszedł do służby 10 dni po końcu II wojny światowej (ale nie mylimy z
USS Midway z II wojny! przemianowanym na
St.Lo i zatopionym
w tamtej notce). W 1975, po paru dużych modernizacjach, lotniskowiec był powiedzmy normalną jednostką 7 Floty, operującą na Dalekim Wschodzie. Do ewakuacji
Midway "zostawił" połowę odrzutowców, w to miejsce pobrał różne ciężkie śmigłowce i operował nimi wahadłowo do-z Sajgonu. Po koniec kwietnia, kiedy Sajgon padał, operacja zaczęła zmieniać się w ledwo kontrolowany chaos.
USS Midway dowodził wtedy ciekawy oficer, kapitan
Lawrence Cleveland "Larry" Chambers - pierwszy kolorowy dowódca amerykańkiego lotniskowca tak w ogóle, i drugi kolorowy absolwent US Naval Academy. Do 1971 Chambers raczej latał z lotniskowców, jako oficer lotnictwa Navy, niż nimi dowodził. W 1972 dostał awans na kapitana floty i duży okręt zaopatrzeniowy, a w 1975 - "zabytkowy"
Midway, w czasie opowieści dowodził lotniskowcem zaledwie od paru miesięcy.

29 kwietnia na
Midway był już, nomen-omen, jakiś sajgon skrzyżowany z hanoi - śmigłowce kręciły się w koło, lądowały, wysadzały uchodźców, tankowały, itd. Pokład był prawie pełen maszyn, pod pokładem już kończyło się miejsce w hangarze. Normalnie logistyką cywili i poczty na lotniskowcu zajmowało się parunastu ludzi, tego dnia tysiąc marynarzy usiłował kontrolować chaos i pomagać na pokładzie setkom cywili. Jak wspominał Chambers
W normalnych warunkach pokład operujący lotnictwem to miejsce skrajne niebezpieczne. Widok matek z niemowlakami i małych dzieci, między tymi wszystkim lądującymi i startującymi śmigłowcami, powodował, że przestawałem oddychać.
Nagle, po południu tego szalonego dnia, za kolejną grupką śmigłowców pojawiła się Cessna O-1 w barwach Pd. Wietnamu. Obserwatorzy wypatrzyli w niej co najmniej 4 osoby, pilot zaczął krążyć nad lotniskowcem, zapalając światła do lądowania i "machając" skrzydłami. Natychmiast do radiostacji pobiegł tłumacz, ale z samolocikiem nie udało się skomunikować, na wszelkich pasmach O-1 był tylko szum.
Chambers natychmiast skonsultował się z właściwym szefem operacji, admirałem Harrisem urzędującym w centrum dowodzenia, który rozkazał przekazać, żeby Cessna wodowała i żeby podjąć rozbitków. W tych dniach była to normalna praktyka, mniejsze śmigłowce, np. rozwożące uchodźców po okrętach 7 floty, jeśli nie było miejsca na lotniskowcach na ich powrót, "porzucano" na morzu.
Ale co "umknęło" admirałowi, a było jasne dla Chambersa i "zawodowców" nad pokładem, to że wodowanie Cessną na pewno skończy się kapotażem (przewrotką przez przód, kiedy stałe podwozie dotknie wody) i samolocik zaraz zatonie. Na wyjście z tego cało miał szanse pilot, przy dużej dozie szczęścia, ale nie stłoczeni w kadłubie ludzie. Oraz jak wspominał Chambers
Coś mi mówiło, że jeśli nie damy im szansy lądować, i tak rozbiją się nam na pokładzie....
W czasie krążenia nad lotniskowcem, major Buang usiłował jakoś przekazać informację, ale zrzucone kartki zwiewało z pokładu, zanim podjęła je załoga. W kolejnym przelocie zrzucił meldunek w kaburze od swojego pistoletu, dociążona "paczka" została złapana przez marynarzy. Legendarny komunikat, zapisany na wyrwanym skrawku mapy Wietnamu, brzmiał mniej więcej:
CZY MOŻECIE PŻESUNĄĆ TE ŚMIGŁOWCE NA DRUGĄ STRONĘ? MOGĘ WYLĄDOWAĆ NA WASZYM PASIE. MOGĘ LATAĆ JESZCZE PRZEZ GODZINĘ, MAMY CZAS ŻEBY JE PŻESUNĄĆ. PROSZĘ URATUJCIE NAS. MAJOR BUANG ŻONA PIĘCIORO DZIECI.
Powiem tak, przeczytałem w życiu z tysiąc historii, i meldunków i komunikatów, od badassów a nawet uber-badassów, z setki wojen i bitew, ale jeśli dziś wieczorem wyjrzycie za okno i zobaczycie ciemny cień nieba po zachodzie słońca, to będzie cień twardzielstwa majora Buang-Ly rzucony na świat. Człowieka, który ma z tyłu żonę z niemowlakiem i czwórkę dzieci, pod sobą szrocik-samolocik, a przed sobą lotniskowiec, na którym nie to, że nigdy nie lądował czy nie był, ale żadnego nigdy nie widział, i mówi oficerom US Navy "MAMY CZAS, posuńcie się".
Kiedy komunikat przekazano na mostek Chambersowi, który właśnie konferował z oficerem ds. pokładu lotniczego przez telefon, o problemie z O-1, kapitan natychmiast zmienił zdanie i olał rozkazy admirała, zdeterminowany by umożliwić lądowanie Cessny, nie ważne jakim kosztem i czy pójdzie pod sąd.
Vern - rzucił w telefon -
potrzebuję PUSTY POKŁAD. "Pokładowy" pobiegł zbierać załogę i ochotników, żeby zepchnąć z pokładu zaparkowane śmigłowce. W tym czasie kapitan nakazuje maszynowni rozwinąć maksymalną moc, co nie jest trywialne, bo sześć kotłów było odstawione do remontu. Szef maszynowni staje na wysokości zadania, maszynownia włącza natychmiast wszystkie zapasowe diesle, żeby odciążyć turbogeneratory; cała dostępna para idzie w napęd.

W tym czasie załoga spycha z pokładu trzy Hueye i Chinooka; ekipy strażackie wbijają się w kombinezony i rozstawiają się ze sprzętem; marynarze szybko ściągają z pokładu ciężkie liny hamujące, bo rzecz jasna Cessna nie ma haka i liny to tylko dodatkowe ryzyko dla jej podwozia.
A kiedy tylko zwolnił się pokład, wylądowało na nim pięć krążących wkoło lotniskowca Hueyów i zaczęło wysadzać uchodźców... Chambers nakazuje natychmiast zabierać ludzi i wywalać śmigłowce za burtę. W tym momencie był już zupełnie przekonany, że pójdzie pod sąd; specjalnie nie patrzył co się dzieje na pokładzie, żeby móc twierdzić, że nie wiedział że AŻ TYLE i za TYLE milionów dolarów sprzętu kazał wyrzucić do morza. To samo zawsze twierdził oficer ds. pokładu lotniczego, że nie wie i nie pamięta (i tak policzono, oczywiście - na jakieś 10M$ ówczesnych).
Pokład zostaje opróżniony, stary okręt grzechocząc przyspiesza; Chambers ustawia lotniskowiec na wiatr, rozwijają 25 węzłów. Załoga daje znaki zieloną lampą do Cessny, że można lądować.

Major robi dwa próbne przeloty-przymiarki nad pokładem; marynarze i tłumacze próbują zasygnalizować pilotowi ryzyka, np. naturalne "zasysanie" samolotu w dół, za rufą rozpędzonego lotniskowca, ale tak naprawdę mogą tylko trzymać kciuki i modlić się, żeby pilot i samolocik dali radę w turbulencjach za i nad lotniskowcem. Major wypuszcza klapy, łagodnie schodzi z prędkością około 60 węzłów, wiatr i lotniskowiec wyciskają około 40; przy 20 różnicy Buang-Ly leci chwilkę dosko w osi, nad pokładem, po czym dotyka go idealnie "w punkt" (świadkowie uważali, że gdyby miał hak, trafiłby w 3 linę); Cessna raz minimalnie podskakuje i perfekcyjnie hamuje, mniej więcej na połowie pokładu lądowań.
Chmara ludzi rzuca się przytrzymać samolocik, żeby przypadkiem gdzieś nie zjechał, czy nie został zwiany. Kabina otwiera się i wyłazi z niej major i żona z dzieckiem na ręku, Buang-Ly wyrzuca fotel i wyciąga zza niego pozostałą czwórkę dzieci. W koło setki ludzi wrzeszczą, skaczą i klaszczą z radości. Zaraz zostają powitani przez oficerów i dziennikarzy, wszyscy gratulują zmęczonemu majorowi. Rodzina przechodzi do "normalnego" procesowania cywili, przy/w "wyspie" nadbudówek lotniskowca.

Udało im się. Trzy godziny później Wietnam Południowy oficjalnie się poddał.
Kapitan Chambers, ani nikt w ogóle, nie został oskarżony, czy dostał jakąkolwiek reprymendę, za złamanie rozkazów admirała i wywalenie coś koło ośmiu maszyn za burtę. Do emerytury w 1984 Chambers dosłużył kontradmirała, skądinąd był też pierwszym oficerem Afro-Amerykaninem, który dosłużył stopnia admiralskiego.
Lotniskowiec
USS Midway brał udział w wielu innych akcjach, miewał nieciekawe wypadki (10h pożar w 1990r, z ofiarami w ludziach...), długą karierę bojową zakończył dopiero po udziale w Operacji Pustynna Burza w 1991. Od 2004 jest okrętem-muzeum w San Diego.
Cessna O-1, którą major ukradł z Con Son, znajduje się obecnie w muzeum lotnictwa w bazie Pensacola (na pokładzie muzeum
USS Midway w San Diego mają jej doskonałą kopię).

Cała rodzina (wtedy - siódemka, ale jak widać na zdjęciu z 2014, jest ich już więcej; staruszek w środku to admirał Chambers, w kabinie - major Buang-Ly) naturalizowała się w USA, mieszkają i pracują tam cały czas, bodaj już czwarte pokolenie. Ludzie znający osobiście majora mówią, że to miły i skromny człowiek.
Udało im się ujść cało, nie bez pomocy obcych ludzi, tak jak około 130 tysięcy innych uchodźców z Wietnamu.