NIGHT   RSS blog   RSS komentarze
Licencja Wpisy Losowo Autor Rejestracja




Autor: Boni
Kiedy: 2021-01-09, sobota
Tagi:  przemysł     
___________________________________

Z notki poprzedniej i jej komciów wypączkował temat BHP elektromagnetycznego, szczególniej w radarach itp. urządzeniach dużej mocy "radiowej". Co przypomniało mi parę względnie ciekawych akcji z, podobno, normalnego przemysłu.

Dzielę notkę na dwie części, bo anegdoty dotyczą dwu różnych technologii i maszyn ich używających; technicznie rozwiązania, problemy, a więc BHP, fakapy czy anegdoty mają różne podstawy, znaczenia, zaskoczenia. Oraz - bawiąc uczy, może ktoś zapamięta różnice i szczegóły i mu się to kiedyś w pracy przyda...

1. Grzanie indukcyjne i dlaczego jest przezabawne, a im starsze, tym bardziej

Ogólnie, zgrzewarka czy lutowarka indukcyjna to spory generator, który wytwarza tak dobrane zmienne pole elektromagnetyczne w tworniku, czyli "antenie" (przeważnie w formie jakiejś cewki), które indukuje wtórne pole w zgrzewanych czy lutowanych elementach metalowych, które rozgrzewają się od przepływu tzw. prądów wirowych i ew. od szybkiego przemagnesowania, jeśli grzejemy ferromagnetyk (BTW płyta kuchenna indukcyjna działa podobnie, tylko ma moce i parametry dobrane do garnków i do temperatur kuchennych, a nie do jakiegoś lutowania czy zgrzewania oraz bazuje raczej na przemagnesowaniu niż na prądach wirowych). To dosyć fajne rozwiązanie, moim zdaniem, bo z pożytkiem używa okoliczności, które normalnie są wrzodem na zdrowym ciele inżynierii elektrycznej czy elektroniki - tak normalnie w 99.99% NIE CHCEMY, żeby od prądów wirowych czy histerezy magnetycznej nam się grzały podzespoły elektryczne, mające "zaszyte" zmienne pole EM, jakieś transformatory, silniki, cewki itp. a tu proszę, profit!

Głównie miałem do czynienia z lutowarkami, które bezdotykowo podgrzewały wzg. drobne elementy do lutowania "twardego", i o takich będzie w notce. Czyli od strony operacyjnej była jakaś cewka wielkości od małej szklanki do garnuszka; cewka niekoniecznie walcowa, bo z takiej może być trudno wyjąć dłuższe czy nieporęczne elementy, więc okazyjnie cewki były fikuśnie powygianane w półwalce, albo "rozpłaszczone", albo kilka cewek wkoło grzanych elementów. Jakieś przykłady zawsze znajdziecie na pierwszej stronie gugla czy jutuba pod "induction brazing". Wszystko to miałem w wersji przemysłowej, mającej zgrzewać szybko, dokładnie, powtarzalnie, stąd wzg. nietrywialne moce, osprzęt, podstawki czy uchwyty pod lutowane elementy, itp. bo co innego zrobić sobie generator indukcyjny, żeby na jutubie pokazywać pomalutku rozżarzone gwoździe, a co innego co 15s lutować powtarzalnie np. trzy drobne elementy korpusu zaworu czy filtra (które mają potem przejść wypasione testy szczelności, bo przeznaczone do chłodnictwa, a przecież wycieki freonu są zakazane prawem boskim i ludzkim), i tak na 3 zmiany, 24/7.

Np. ciekawe i nietrywialne są okoliczności, materiały itd. związane z fizycznym twornikiem-cewką czy jego pobliżem - do czego dany zestaw generator - twornik - osprzęt - produkcję zaprojektowano, a do czego jednak nie; z czego to się robi; co można zmieniać warsztatowo czy na bieżąco, a co jednak lepiej nie, albo przynajmniej trzeba mocno przemyśleć, itd. To są podobne zagadnienia jak przy waszej kuchni indukcyjnej - jakie garnki w jaki sposób dane urządzenie jest w stanie nagrzać w założonych parametrach procesu, i jakie fakapy są możliwe; tyle że w przemyśle można zmieniać (albo próbować zmieniać) znacznie więcej zmiennych, niż przy byle kuchence. A jeśli ktoś nie rozumie co się dzieje i zmienia parametry procesu, czy materiały twornika czy procesowe, czy materiał byle głupiej podstawki pod elementy, no to bywa malowniczo i zaleca się poduczyć, albo znaleźć kogoś, kto się na tym zna i doradzi. Inaczej zaraz mamy "bo rozwaliła się w końcu ta stara podstawka, więc dorobiliśmy nową, ale ona coś jakby dymi..." albo "dorobiliśmy nowe tworniki z podobnej rurki miedzianej jak stare, ale coś jakby nie działa - a sprawdziliście grubość ścianki tej nowej rurki wzg starej? - ups..." albo "nowa pasta-topnik jest TAKA SAMA! te same temperatury itd. - jakby była taka sama, to by wam się nadal dobrze lutowało... może sprawdźmy np. przewodność elektryczną - ups...".

Tak normalnie, nowoczesne urządzenia jw. bazują na elektronice średnich czy wysokich częstotliwości acz "siłowej" i od zaplecza jest to dosyć nudne - komputerowo/cyfrowo sterowane generatory, na końcu z IGBT itp. "pchają" energię w twornik bez większych problemów czy emocji, nie znam się aż tak, ale wydaje mi się to dość trywialne; w obecnej epoce elektroniki wymaga to oczywiście know-how i projektowania, ale różnice czy ktoś robi przetwornicę silnika dla przemysłu czy samochodu elektrycznego, czy dla małej energetyki, czy właśnie indukcyjną, są wzg. niewielkie i nie jest to już jakaś rocket science.

Problem miewałem z tym, że kilkadziesiąt lat temu, a szczególniej przy większych energiach (powiedzmy, 10 czy 20kW na tworniku, czyli parę setek kW od strony zasilania), to wcale a wcale nie było trywialne, tylko właśnie bliżej rocket science (a raczej radar science). Tylko, że powiedzmy była to rocket science z 1970, a ja musiałem w tym kminić i pomagać utrzymywać w ruchu w latach 2000-2013...

Najstarsze lutowarki, które spadły mi na głowę, były jeszcze na lampach, a nie na tranzystorach. A kiedy mówię o takiej lampie generatora 20kW na wylocie, to nie wyobrażajcie sobie lampy ze starego telewizora czy modnego wzmacniacza audiofilskiego, tylko walec ceramiczny wielkości butelki PET 2l coli, i z płaszczem chłodzonym wodą. W ogóle większość elektroniki wewnątrz plus twornik były chłodzone wodą, tj. duże elementy (lampy, kondensatory, czasem już półprzewodnikowe diody wielkości garnka, itp.) były połączone głównie rurkami miedzianymi, i miały własny mały obieg chłodzenia, z pompami, filtrami itd. i wymiennikiem do sieci chłodzącej fabryki.

Stąd bywało dużo pomniejszych fakapów, bo mało kto to rozumiał w 2000 czy 2010, nawet ja raczej słabo, technologię generatora analogowego 20kW złożonego z klocków wielkości pudełek do butów i butelek koli, chłodzonego wodą, rodem z lat '70 czy '60. Nieraz bywały dialogi w duchu "TAK WIEM, że chcieliście dobrze, ale tu nie można wymienić pękniętej miedzianej rurki "chłodzącej", zwiniętej w dwa zwoje, między jakimś dziwnym walcem a pudełkiem w środku maszyny, na kawałek typowego plastiku, bo właśnie wymieniliście nie to, że przewód na izolator, ale dławik na izolator, tak DŁAWIK W.CZ. MOŻE MIEĆ DWA ZWOJE..." albo "tak, podstawka pod tym elementem pewnie ma znaczenie, skoro drastycznie zmieniły się nastawy wszystkiego, po wymianie z 6mm jakiegoś starego bakelitu na 10mm pianki; ustalmy raz na zawsze, że W TEJ SZAFIE WSZYSTKO JEST KONDENSATOREM ALBO CEWKĄ, dopóki ktoś nie udowodni, że jednak nie".

Co ciekawe, nawet obudowy takiej archaicznej lutowarki (przeważnie pół maszyny, powiedzmy rozmiaru 1m szer. 2m wys. 3m głębokiej, zajmowało chłodzenie i zasilanie, a drugie pół komora generatora w.cz.) "liczą" się do układu elektronicznego generatora, nie wspominając o ekranowaniu itp. Więc nie, koledzy, nie możemy testować maszyny z wygodnie zdjętym całym bokiem, szukając przecieków chłodzenia, czy co tym razem dymi albo iskrzy... bo generator bez tej stalowej ścianki 2x3m działa nieco inaczej niż z nią, albo i zupełnie inaczej. BTW najbardziej ekstremalnym przykładem była bardzo zabytkowa lutowarka, która późno wpadła do fabryki, jak zwykle ze starą linią przenoszoną z Danii - była bardzo zdezelowana, mieliśmy bardzo duże problemy z jej uruchomieniem, pomimo, że wtedy już mieliśmy niezłe doświadczenie z paroma podobnymi. Na domiar złego trafiło na najbardziej ambitny młodociany klasycznie-MBAowy management i dział w całej fabryce, "MUSIMY TĘ PRODUKCJĘ URUCHOMIĆ!1! - No może i musimy, ale nie uruchomimy... (na końcu języka miałem coś w stylu "kto sieje ASAPy, ten zbiera fakapy", ale w publicznej wieloosobowej dyskusji czasem gryzłem się w jęzor) IMHO trzeba biegusiem zamawiać nową maszynę, a na razie spróbować wepchnąć tę waszą próbną produkcję na stare lutowarki po drugiej stronie fabryki; jeśli mają w ogóle jakieś wolne moce przerobowe i jeśli ten osprzęt uda się dopasować - NIE MÓW TAK, nie ma na to czasu ani budżetu, zróbmy brejnstorming albo co... - A to już jak sobie życzycie, ja tu jestem na wasze usługi, możemy i brejnstorming z wróżką; albo zrobić konsylium jak nad beznadziejnym przypadkiem w szpitalu, zapraszam na halę". I faktycznie, zaraz mieliśmy typowe zebranie zbyt dużej ilości ludzi, niezbyt kumatych w tym konkretnie temacie (bo tak ogólnie, to spoko kumatych), przy rzeczonej lutowarce. Akurat chłopaki z warsztatu znowu ją nieco otwarli, więc mogłem objaśnić anatomię i różne archaiczne i kosztowne spierdoliny i co już wymieniliśmy; po czym ją złożyliśmy i odpaliliśmy na próbę. No więc zespół produkcyjny i menadżmęt zaraz zyskał obycie, kiedy nawet w stand-by maszyna zabrzęczała jak bardzo zdezelowany transformator i wszyscy zbystrzeli, po czym przy odpaleniu w.cz. zrobiła takie charakterystyczne filmowe "wwrrRRRRRAAAUUU!" jakby była bardzo małą, ale bardzo wredną Gwiazdą Śmierci i miała zaraz zblastować komuś Alderaan, więc wszyscy się nieco odsunęli. A jeszcze lepiej zajarzyli, kiedy wskazaliśmy im łby śrub M12 mocujących bok maszyny, które właśnie rozjarzyły się na wiśniowo; już nie dymiąc, bo po poprzednich próbach cała farba wkoło nich była spalona do gołej stali... Już nie pamiętam jak się skończyło, czy poszli ze swoją produkcję na stary dział, czy wyciągnęli ze starego działu nieco mniej (ale tylko nieco mniej) zabytkowego "pożyczaka", zanim ktoś dostarczył nową maszynę.

Skądinąd, "ktoś" to był już wtedy nasz stały partner w temacie planowanych modernizacji tych różnych staroci do standardu nowoczesnej elektroniki ew. zakupów nowych lutowarek na wymianę, znana w branży firma na D i z typowym "-pol" w nazwie. Bardzo kumaci ludzie, robiący w siłowej elektronice od dekad, przedsiębiorstwo wypączkowało z zespołów i ludzi z dawnego kombinatu Polkolor, czyli wielkiej pogierkowskiej fabryki telewizorów w Piasecznie. Na początku konsultowali, głównie szef/projektant, spoko inżynier, dorabianie nowych tworników oraz plany modernizacji tych naszych staroci (potem dostali zamówienia, było się czym dzielić, i może do dziś dnia są wkręceni w temat w rzeczonej fabryce). Było wiele zabawnych momentów oraz anegdot, np. kiedy pan inż. pierwszy raz zobaczył te nasze zabytki analogowe i już pozbierał szczękę, dopytał o parametry, i zacząłem referować problemy, że na maszynie to właśnie jest ostatni twornik jaki mamy i nie mamy rysunków ani wiedzy, z czego, jaka ścianka rurki, że muszą z natury wyrysować w weekend, zanim ten ostatni przepali się i pęknie jak poprzednie. Pan inż. popatrzył na mnie przeciągle, na kartkę w notesie, gdzie sobie spisywał moce, częstotliwości i inne ciekawostki z tabliczek znamionowych i elementów, rozejrzał się, po czym niezobowiązująco zagaił "A w którą stronę jest Warszawa?". Troszeczkę mi mowę odjęło, co nie, ale "W tamtą, mniej więcej prosto za oknami... (staliśmy "na skraju" wielkiej hali fabrycznej, bodaj między 1 a 2 linią maszyn od jedynej ściany mającej okna) - Uuu, niedobrze, hala stalowa, ale te okna, no i z Grodz-Maz do Wawy niedaleko... wiecie, że jak wam tu twornik pęka albo ktoś czegoś przy nim nie dokręci, to tam w Wawie w Państwowej Inspekcji Radiowej wszystkie alarmy im dzwonią? O służbach i wojsku lepiej nie mówiąc... - ŻE RWA CO? nie, nie wiecie... - No bo wtedy w takim złomie bez zabezpieczeń i na lampie, większość tych kilowatów zapewne idzie w przestrzeń jak w "normalnej" radiostacji, a że tu okna, no to w tamtą stronę siejecie... pewnie okazyjnie jesteście najsilniejszą radiostacją średniofalową w województwie, bo najbliższe takie złomy to na Śląsku widywałem - Oookej, dobrze wiedzieć, jak nam na dokładkę PIR zapuka do drzwi :/ "...

Inny skądinąd - te jw. "normalne" na lampach ceramicznych, udawało nam się naprawiać czasem, jak już wynoraliśmy dostawców i części, kosztujące raczej słono (lampa gdzieś tak pół nowego małego samochodu). Ale na początku mieliśmy też lepszy zabytek, z zupełnie innej epoki i na zupełnie innych częściach, starszy o następne dwie dekady... Lampa też wielkości butli PET, chłodzona itd., ale szklana, inny kształt, cały osprzęt naprawdę bakelit i taśma parciana, wszędzie zalewane starożytnymi żywicami elementy, itd itp. I nawet przez chwilę ta lutowarka działała i bardzo ważną ona była, bo na innych nie dawało się robić pewnych elementów, a na tej owszem. Po jakimś czasie lampa o ile pamiętam zaczęła przeciekać (albo strzeliła, mieliśmy jakiś podejrzany stary zapas z Danii, po założeniu okazało się, że działa, ale nieco przeciekało chłodzenie? nie pamiętam już), "BONI ZRÓB COŚ TA MASZYNA NIE MOŻE STANĄĆ!1! - Trust me, może! ;P Ale już lecependze szukać tego..." (BTW ten dział był zupełnie normalny, a menadżerstwo spoko kumate i techniczne). Zaczęliśmy szukać, kolega wydzwaniać po dostawcach od których braliśmy lampy ceramiczne, rozkładali ręce, że panie, co pan, ale że poszukają; pewnie w końcu pół Polski wydzwaniało do pół Polski, czy ktoś nie ma skitranej gdzieś w stodole lampy w.cz., szklanej, parametrów XYZ, typu UWV. Ja w tym czasie uruchomiłem moje kunszta śpiegarza - maniaka historii i techniki oraz 7 dan w gugle-fu oraz przeczesywałem internety jak podupcony.

"Eureka! Znalazłem! - (koledzy i szefu) Ooo, super, po... - ALE NIE SPODOBA SIĘ WAM TO CO ZNALAZŁEM! - (zbiórka przy moim biurku) - chóralnie "FUUUUCK!!!" (bo szefu Duńczyk)". Otóż znalazłem tę lampę, chyba jedyną guglalną na świecie, tylko, że w muzeum radiotechniki we Włoszech... Wtedy zorientowaliśmy się, że gówno sięga nam nie do cycka, ale pod brodę (bo przecież utrzymania ruchu wina, że nie mamy krytycznych części do każdej 40 czy 50 letniej maszyny jaką se produkcja przywiezie z duńskiego złomowiska). Zresztą, zaraz okazało się, że jest jeszcze zabawniej a szambo podchodzi nam tak bardziej pod nos, gdyż lampa ta, rzetelnie muzealna, to była lekko zmodernizowana lampa od radarów niemieckich z II wojny światowej o_O. To przynajmniej przytemperowało mowę nienawiści produkcji, a nawet rozbawiło najbardziej kumatych ludzi (pozdrowienia dla Cz.!), no bo każdy rozumiał, że pewne problemy są nieco trudniejsze do rozwiązania niż inne...

Dobra, plan C, przyszło kurcgalopem skontaktować się z kolegami z Danii (szefu Duńczyk, znający ludzi znających ludzi w wielotysięcznych fabrykach - matkach w DK bardzo się przydawał w takich momentach), czy mają gdzieś zapasową lampę albo dostawcę do tego? Nie mają, cały złom wyrzucili do nas; kupowali do tego części i serwis od producenta maszyny ze Szwecji, mają jakieś nieaktualne kontakty. Okej, próbujemy, sprawdzamy, firma nadal jakby istnieje, po zylionie zmian właścicieli i przejęciach, no to dzwonimy i ślemy ciepłe emaile do Szwecji; ze Szwecji niebawem spada odpowiedź od osobnika o japońskim nazwisku, że do tak starych maszyn serwisu nie prowadzą, i w ogóle email był dziwny. Szefu "Boni, o co mu k... chodzi?! - (ja z pewną wyższością) Widzisz P., pan Kobayashi próbuje, w swoim angielskim nieco gorszym niż mój czy twój angielski, dać nam znać, "jak mentat mentatowi", że nie po to za karę trafił do Szwecji, po przejęciu tej firemki przez konglomerat japoński, żeby jakieś serwisy rozwijać czy lampy do Polski sprzedawać, tylko, żeby na legalu tę firemkę zniknąć, bo to konkurencja ich macierzystego biznesu a próbuja wejść na rynek EU. Więc raczej nie ma nadziei... - Fuck! - No, fuck.".

(Nie pamiętam czy dokładnie "Kobayashi" ale wiecie rozumiecie. Oraz ciekawe, czy gdzieś tu u mnie w cyberszufladach nie walają się jakieś backupy emaili sprzed prawie 20 lat... ale nie mam zamiaru szukać.)

I tu mam pewną lukę w pamięci, bo nie pamiętam, spod jakiego kamienia dokładnie (czy przez kolesławów z Danii, czy przez p.Kobayashiego, czy sam wynorałem namiary), zaraz wynaleźliśmy szwedzkiego emeryta, który nieco wcześniej odszedł z tejże firemki, i nadal robił za serwis-domokrążcę i może do PL skoczyć nam pomóc - nie tylko tę lampę wymienić na "standardową" nowszą ceramiczną (co wymagało wymiany paru pasywnych elementów elektronicznych generatora w.cz. i dostrojenia paru cewek zrobionych "w ręku" z rurki...) ale też ogólnie przegląd zrobić, bo ON SIĘ NA TYM ZNA. Znaczy, prawie jakby się znał na poniemieckich radarach z 1944, co nie. Zamówiliśmy go oczywiście, powitaliśmy chlebem i solą i bardzo uczciwą monetką, bo tani nie był, co to, to nie; posiedział ze dwa czy trzy dni, zrobił nam bardzo dobrze w lutowarkę i w wiedzę o takich zabytkach też.

A ja chyba zacząłem marudzić szefu, że wyglądam podwyżki niczym kania dżdżu, gdyż jeśli myśli, że moje obowiązki służbowe przy mojej wypłacie obejmują kryptyczne emaile od szwedzkich Japończyków czy rozmówki łamanym angielskim ze Szwedką-emerytką, żoną rzeczonego serwisowca, żeby go znalazła w ogródku czy gdzie tam i jednak dała do telefonu, bo to nie jest żart, że polska fabryka na linii - no to chyba go Bóg opuścił... Pożartowaliśmy, ale o ile pamiętam znalazł niebawem jakiś pieniążek, żeby rzucić automatykowi.

2. Idziemy w opór, nie straszny on nam

W fabryce znacznie poważniejszym tematem niż powyższe lutowarki indukcyjne były zwykłe zgrzewarki oporowe. Znaczy, na tyle, na ile paruset kW albo i MW zgrzewarka oporowa jest zwykła. Zasada działania jest prosta, ściskamy razem elektroda + materiał + materiał + ... + elektroda, puszczamy przez to prąd tak dobrany do materiałów, ich grubości, oporu czyli przewodności, i paru innych "-ości", że to co między elektrodami dostajemy ładnie zespawane wydzielonym lokalnie ciepłem, ale też nie z przyspawanymi do tego elektrodami, wytopioną powierzchnią "zewnętrzną", czy innymi fakapami; tyle, że byle zgrzewarka punktowa, używana na warsztacie czy przy samochodach, czy wręcz w przemyśle automoto do zgrzewania karoserii przez roboty, to jedno - jednak taka >500kW to nieco inna para kaloszy.

Na początku mieliśmy ze dwie "małe", typowe firmy Schlatter (BTW kiedy rozbudowywaliśmy te działy, spadło sporo różnych szlatterów z DK, ale też jedną czy dwie zamówiliśmy nówki - przy okazji odbioru takiej większej zwiedziłem ciekawą fabrykę Schlattera pod Zurychem; w ogóle o w miarę ciekawych fabrykach jakie w życiu zwiedziłem, też pewnie dałoby się cykl zrobić...), oraz mieliśmy jedną nietypową włoską, nieco starszą, "zgrzewarę", bo o zasilaniu 1MW i proporcjonalnej "wydajności" na elektrodach zgrzewających, z całym osprzętem, siłownikami docisku, itd. Maszyna była potężna, bo trafo 1MW w środku, słuszne chłodzenie, jakieś sterowanie, cały docisk elektrod itd. przypominał z wyglądu dużą wiertarkę kolumnową, z dwoma T-rowkowymi stolikami na górze i dole do montażu elektrod itd. ale nie tylko dlatego była unikalna - o ile pamiętam, nie dość że puszczała przez elektrody w impulsie dosyć poważne setki amperów (na max, normalnie nieużywany, rzędu 1000 czy 1200A), to była na tyrystorach pozaplatanych w jakieś dziwne układy i uzwojenia tego megawatowego transformatora. Chodziło o a) strome "po czasie" uderzenia prądem, zarówno wstępne jak i właściwie zgrzewające jak i b) kontrolę timingu tychże uderzeń; miało to dosyć kluczowe znacznie dla technologii używanych przez fabrykę; w wersji świeckiej - chcielibyście kontrolować ten mały błysk wyładowania łukowego przy zgrzewaniu punktowym; tak normalnie, to było prawie niemożliwe. Powiedzmy, duży nowy Schlatter tej samej mocy na zasilaniu, z najwyższym trudem zapewniał taką jakość i powtarzalność nieco nietypowego zgrzewania jak ta przeciwpancerna "włoszczyzna".

Skądinąd, cała technologia była nieco trudna i poufna; pamiętam jak dziś, jaki opierdol zebrał dział zakupu czy jakiś marketing, za oprowadzenie wycieczki chińskich dostawców czy klientów również przez dział zgrzewarek - a kiedy ktoś zaczął bagatelizować, że cóż niby takiego zobaczyli, dyrektor (miły Duńczyk starszej daty, na przed-emeryciu zarządzający polskim pierdolnikiem) dostał prawdziwej furii "Właśnie zobaczyli 40 lat naszego, MOJEGO, know-how, tumanie; jeśli wydaje ci się, że nastawy dla tego zgrzewania, od prądu przez timing po siły docisku se można z internetu czy książki spisać, a nie z tysięcy kosztownie spalonych i zepsutych zgrzewanych elementów na próbach, to co ty człowieku robisz w tej fabryce??? A wy im właśnie daliście wyniki tych lat prób i doświadczeń na tacy, bo se komóreczkami zdjęcia porobili przy maszynach i ich panelach sterujących...".

Bonusowo, przy tak stromych prądach i włoskich oszczędnych dławikach i rozwiązaniach zasilania, maszyna dawała niezłego kopa impulsem EM i szumem "do tyłu", w sieć zasilającą na hali, było z tego parę mniejszych fakapów i jeden Na Bogato (R), ale ja dziś nie o tym.

Otóż ta włoska gruba berta nie spędzała mi snu z powiek, bo była całkiem solidna i jeszcze wzg. nowa. Natomiast po zgrzewaniu części od razy szły obok na wypasiony tester przecieków, czyli jakości zgrzewania, no a tenże tester, o, to już było moje porno oraz nemesis, gdyż na początku był najwęższym gardłem fabryki oraz popi... wielostronnie. Od strony fizyki - helowy tj. medium badające przeciek to czysty hel (czasem mieszanek też się używa), czujnikiem tegoż helu - wypasiony spektrometr przemysłowy, część maszyny pod wysoką próżnią, itd. A przy tym pracujący w takcie rzędu 15s (co 15s musiał przetestować dwie zgrzane sztuki, bo jeśli wolniej albo stanął - to po jakimś czasie linie fabryki na kilkaset osób nie miałyby co robić; gniazdo tej zgrzewarki pracowało 24/7 i tak ledwo wyrabiało na zapas dla fabryki 16/5,5). Od strony sterowania - w skrócie masakra, którą stopniowo uporządkowałem przez lata; w dłuższej wersji można by notkę o tym. Tak naprawdę unormowało się, kiedy rozbudowano ten dział produkcji wstępnej o następne testery, zgrzewarki itd. ale w czasach o których mówię, nieraz koczowałem przy tym leak-testerze z laptopem czy kolegami z warsztatu, bo tu żartów nie było, nawet tych czerstwych z mojej strony; gniazdo zgrzewarka+tester naprawdę musiało chodzić, jeśli fabryka miała w ogóle na chleb zarobić.

Przy okazji jakichś drobnych scysji z leak-testerem, coś tam grzebałem w czasie przerwy obiadowej na produkcji; operatorzy maszyn wybyli na chwilę. Rozkręcając tester odłożyłem jakieś śrubki i śrubokręt na kołnierz siłownika zgrzewarki obok, taka wygodna półka na wysokości moich barków, spod której wysuwał się trzon siłownika z T-rowkową płytą mocowania elektrody górnej. Zanim złożyłem tester, wrócił operator zgrzewarki - gość pracował na krześle przed elektrodami, dolną miał na wysokości jak biurka, górna chodziła jw. na siłowniku góra-dół, dociskając te parę zgrzewanych elementów do dolnej; operator nakładał i wyjmował zgrzewane podzespoły ręcznie.

No więc gość wrócił, włączył co tam miał włączyć, sprawdził parametry, usiadł, nałożył elementy, klepnął w przyciski układu "dwułapkowego" (obie ręce na sterowaniu, jak w prasie, bo też i ten siłownik kwalifikował się jako prasa...), "włoszczyzna" stęknęła, docisnęła, BZYTnęłą prądem, mój śrubokręt wyleciał na parę metrów w bok. WTF???

Jak już odzyskałem mowę, zagaiłem "CO TO K... BYŁO? - A sorki, nie wiedziałem, że tam coś leży, sorki! - Nie, spoko, moja wina, sam to położyłem, ale WTF? od kiedy tu latają śrubokręty?? - Hm, od zawsze? - JAK K... OD ZAWSZE?? - No jak się położy przy elektrodach klucz czy śruby, na przykład te od mocowania [w T-rowkach] i się zapomni, to przy pierwszym teście "z prądem" zaraz trzeba ich szukać, bo latają w cholerę [a za maszynami dostęp był słaby i dużo stłoczonych gratów, chłodzenie zgrzewarki, pompy próżniowe testera, jakieś zaplecze pieców z następnego rzędu maszyn - więc faktycznie musiałem nagimnastykować się po śrubokręt] - No szlag, ja wiem, że ta zgrzewarka ma silne pole, bo tam za gipsościanką w QA labie obraz na monitorach skacze, jak tu zgrzewacie, ale nie wiedziałem, że macie tu działo elektromagnetyczne!1! - Ja tam się nie znam, ale ten typ tak ma, inne nie".

Z ciekawości zrobiłem zaraz nieco eksperymentów, duży klucz 19 powiedzmy spadał z maszyny, średnie narzędzia latały, małe śruby wystrzeliwała całkiem sprawnie... Poskrobałem się w główkę, że musi mieć strasznie szybkie te tyrystory w środku i bardzo strome wyładowanie prądu, bo wiemy że w sensie RMS i energii zgrzewania nie jest wiele różna od innych podobnych, więc jedyne co tłumaczy tak straszną indukcję w porównaniu, to "po czasie". Ciekawostka, co nie.

Ale po chwili przestało mi się to podobać - jak wzmiankowałem, gość siedział na krześle, mając między nogami dolne zasilanie i przed sobą elektrody, wszystko na wyciągnięcie ręki, i robili tak na trzy zmiany, latami, wyładowanie co 10s... czy to aby zdrowe? Ściągnąłem kolegę technologa nadzorującego dział zgrzewarek, bardzo dobrego inżyniera ogólnie i fachowca w temacie spawalnictwa i zgrzewania (miał doktorat z tego plus wysokie kursy i certyfikaty robił), przemiłego człowieka, no szatan nie dzieciak po prostu.

Okazałem mu eksperymenty, podziwowaliśmy się, i zaraz sprzedałem mu niejakie obawy - "B., operator tak siedzi okrakiem przy tej zgrzewarce 8h dziennie, bez metalizowanego fartucha na jajach. Ma jakieś dzieci? lepiej żeby już miał, bo kto wie czy będzie mógł mieć... - FUCK, masz rację. Masakra jakaś... - No zakładam, że to w miarę nowa maszyna, ma tabliczkę, CE i w ogóle, powinna być bezpieczna, ale moje zaufanie do włoskiego CE w temacie EM jest raczej nikłe, rajt? To zróbmy tak, poszukaj u was w technologii jakichś kwitów z pralni, ja u nas w technicznym, czy mamy coś o polu EM tych maszyn, jakieś badania czy kwity z DK, że to przebadane i bezpieczne... oraz może niech M. albo ktoś z BHP zacznie studiować normy i jak to się w ogóle bada, bo ja mam raczej mgliste pojęcie, moje uprawnienia SEP obejmują megawatowe zgrzewarki, ale nie działa elektromagnetyczne..."

Okazało się, że żadnych kwitów nie ma, a maszyny są bezpieczne, bo mają tabliczkę znamionową i znaczek. Na tym stanęłoby w każdej normalnej firmie. W porządnej duńsko-polskiej firmie i wobec naszych zbiorowych obaw, nie skończyło się na tym - kolega przekonał szefów, że lepiej to zbadać, znalazł jakieś drobne na to i fachowców, i któregoś dnia napadł mnie, czy mam chwilę, bo właśnie ma ekipę od badania EM i BHP i żeby obgadać przy maszynie. Chętnie. Ekipa okazała się na oko naukowcami albo w podobie (on, on i ona), robiącymi też badania i certyfikacje w przemyśle. Wystrzeliliśmy parę śrub; jak już pozbieraliśmy, my śruby, oni szczęki, objaśniłem zasadę działania oraz nasze obawy. Pokiwali główkami, poszli po sprzęt do samochodu, rozstawili się, zostawiłem ich na tym.

Za godzinkę czy dwie przechodziłem znowu obok gniazda zawsze pracującej wielkiej zgrzewarki, zwijali sprzęt jakby zafrasowani. "I jak to wygląda? Ja wiem, że pewnie musicie opracować wyniki itd. ale tak z gołych cyferek? - (popatrzyli po sobie) Wygląda słabo, w pewnym sensie... - ??? - Nie jesteśmy w stanie zmierzyć tego impulsu... - ŻE JAK? Przecież ten sprzęt na moje oko macie pierwsza klasa [anteny, spec-rejestratory itp.] - Taaa, rano też tak myśleliśmy. A przecież skoro klucze i śruby latają to musi być jak cholera. - No właśnie..."

Tu temat już wszedł nieco na ambit wszystkim - ja zacząłem lobbować, oczywiście, żeby ukopać w budżecie na następny rok monetek na ładnego robota, który stanie między zgrzewarką a testerem i zastąpi 2 ludzi na trzy zmiany. Naukowcy zaczęli szukać lepszego sprzętu. Kolega B. załatwił na wszelki wypadek operatorom fartuchy spawalnicze, które akurat przeciwko EM nie bardzo działają, więc to był dupochron tylko (śmiałem się, że lepiej jakby mieli kilty z kolczugi stalowej, żeby im ładnie w kroku wisiała).

Naukowcy w końcu zmierzyli impuls jakimś pożyczonym sprzętem, był tak krótki, że i tak musieli interpolować i nieco z sufitu brać założenia do ekspertyzy, którą pamiętam po łebkach; ale trzeba przyznać, że starali się i brali przypadek raczej pesymalnie. Wyszło, że choć impuls jest maskarycznie stromy i absurdalnie wysoki, ale że normy o ile pamiętam mówiły o wartości skutecznej (lub w podobie; co ma pewien sens, bo idzie o energie przenoszone przez oddziaływania - milion woltów czy amperów, ale w nanosekundzie "nie ma znaczenia", przynajmniej praktyczno-przemysłowego), więc wyszło, że po scałkowaniu tego wszystkiego itd. - maszyna jest wg norm i standardów bezpieczna, nawet przy pracy 8h na zmiany, latami.

Skądinąd, projekt robota do tego gniazda maszyn nie umarł od razu po tej ekspertyzie - zabił go raczej problem podawania wielu różnych rodzajów elementów dostarczanych luzem, na "wejście" robota. Cała reszta była spoko do zrobienia, i wyszłoby nieźle ekonomicznie, technicznie oraz na skali mojego frajdometru, no ale jakieś "zasypowe" podajniki takich elementów, jakie zgrzewali, wielość ich typów, ryzyko ich pomieszania, reorientacja części, pozycjonowanie, itd. w epoce dopiero wchodzących systemów rozpoznawania obrazu, to nie było trywialne technicznie, ani tanie. Zresztą, nadal nie jest.

Do dziś dnia pewnie siedzi tam ktoś na krześle i pyka megawatową zgrzewarką, i lepiej żeby nie zostawiał śrub czy śrubokrętów koło elektrod.





Gammon No.82
Sat, 9 Jan 2021 09:07:26
Kocham cię, normalnie cię kocham.
Ale teraz marzenia o piecu indukcyjnym ostatecznie wyrzucę na śmietnik. Jak będę musiał coś topić, to w takim normalnym piecu z grzałką. Albo w wannie z wodą.

Gammon No.82
Sat, 9 Jan 2021 09:12:48
btw re: to co między elektrodami dostajemy ładnie zespawane wydzielonym lokalnie ciepłem czy zgrzewanie wybuchowe nie byłoby prostsze?

Boni avatar Boni
Sat, 9 Jan 2021 11:42:30
@Gammon

Nie ma za co! ;D

@piec

Moim zdaniem piec indukcyjny dla DIY czy rzemiosła, to jak już ma się piec do metalu, piec do szkła, porządny piekarnik oraz porządną wannę. Wtedy może bym chciał jeszcze mały indukcyjny, chociaż nie wiem po co; ale nie wiem po co mamy tu wkoło 50% narzędzi i gratów, więc nic nowego.

@zgrzewanie wybuchowe

Nie znam się, ale mam wrażenie, że zgrzewanie wybuchowe (NIE nitowanie), to bardzo niszowe jest i niewiele ma zastosowań? No bo zgrzew to jedno, ale potencjalne uszkodzenia materiału czy skomplikowanych elementów w koło to drugie? Ba, byle uszkodzenie mechaniczne czy chemiczne powłok (niklowania, chromowania, czy innego cackania się) na elementach, nawet w przemyśle i w elementach całkiem "kowalskich", dyskwalifikuje niektóre zabawy i technologie. Oraz - może i jeden wybuchowy zgrzew jest "prostszy", ale BHP, logistyka, powtarzalność, jakość itd. przy wybuchowym zgrzewaniu 60000 elementów tygodniowo to IMHO nie jest "prostsze" niż zgrzewarki jak z notki.

Laserowitz
Sat, 9 Jan 2021 23:26:29
Chciałem jednak zgłosić do protokołu, że domowe kuchenki indukcyjne jednak grzeją tylko prądami wirowymi (wiki), gdyby grzały histerezą to by jednak te garnki się magnesowały i trzeba by je degaussować po użyciu.

Z podobnych historii, ktoś mi kiedyś opowiedział o składzie stali w którym nierdzewka zaczęła rdzewieć, bo leżała koło jakiegoś transformatora i przekrystalizowała pod wpływem zmian pola magnetycznego. Czy to prawda, nie wiem.

Przy okazji: dzięki temu blogowi zacząłem grać w Kerbal Space Program, dzięki za inspirację.

Boni avatar Boni
Sun, 10 Jan 2021 00:35:28
@Laserowitz

Jeśli mówimy o argumentacji z wiki, no to polska mówi jakby odwrotnie. Nie mam pojęcia, która ma rację, myślałem, że w lutowarkach w.cz. to raczej wirowe, a w kuchni raczej histereza, ale mogę wyargumentować w obie strony; bez znajomości szczegółów i założeń urządzenia, np. co dobroci cewki twornika razem z grzanym towarem, nie potrafię tego zgadnąć.

Przy zmiennym polu i sensowym generatorze to kuchenka czy lutowarka właśnie degaussuje, a nie magnesuje; "grzanie histerezą" to nie "magnesowanie" tylko straty ciepła na przemagnesowaniu, IIRC energia strumienia magnetycznego w rdzeniu zamieniona na ciepło wprost proporcjonalna do pola histerezy razy cykle przemagnesowania w czasie.

Przekrystalizowanie nierdzewki od pola mag. 50Hz w warunkach "polowych" jakoś mi się nie klei. Szukałbym raczej, że gdzieś coś elektrochemicznie zaszło (dziwne uziemienia i urządzenia itp. w okolicy i w efekcie prąd ciągle płynął przez te blachy, przyspieszając gdzieś korozję el-chem; widywałem na byle konstrukcjach przemysłowych itp. np. 80V i bardzo uczciwe mA, iskry sypały się spoko...), albo że prozaicznie, była to nierdzewka w standardach raczej chińskich i o czasie przydatności do spożycia 3 miesiące, niż w standardach niemieckich, wytrzymująca gotowanie w solance ;)

Gammon No.82
Sun, 10 Jan 2021 08:40:33
@Boni
była to nierdzewka w standardach raczej chińskich

Dwa gotowania rosołu dają wżery. Sprawdzone ępirycznie.

Gammon No.82
Sun, 10 Jan 2021 09:15:27
P.S. o zgrzewaniu wybuchowym wiem tylko zgrubnie, jak to się robi - a z tego co czytałem wnioskuję, że wychodzą np. bardzo piękne "laminaty" z warstw metali, złączone do imentu.

cmos
Sun, 10 Jan 2021 10:07:22
@Gammon No.82
"Dwa gotowania rosołu dają wżery. Sprawdzone ępirycznie."

Z moich doświadczeń wynika, że wżery się robią jak wsypiesz sól i nie rozmieszasz natychmiast. Kryształ soli na dnie w gorącej wodzie robi w szybkim tempie wżer.

Boni avatar Boni
Sun, 10 Jan 2021 10:30:05
@nierdzew

Otóż to, sól i solanka to jest czynnik, który w warunkach kuchennych robi kolosalną różnicę. Nawet bardzo solidny nierdzewny garnek, który wytrzymałby 20 lat gotowania, nie wytrzyma 10min suszenia w nim soli, tj. dostaje wżerów na milimetry (BTDT, jak jakiś debil, zapomniałem, że testy gorącą solanką to są właśnie testy "na nierdzewność", no więc garnek z porządnego kompletu testu nie wytrzymał). Musiałby być z naprawdę najwyższej klasy stali nierdzewnych, takich które faktycznie wytrzymują pół godziny wrzącej solanki, ale z takich stali to się robi raczej okucia na okrętach i kawałki silników odrzutowych niż, nawet drogie, garnki.

A to co sprzedaje się jako tani nierdzew w chińskich garnkach czy indyjskich rurach? umówmy się, nie warto się nad tym zastanawiać "olaboga, jakże to mogło zardzewieć/zerodować leżąc pod chmurką albo pod wrzącym rosołem! czyż winny temu transormator, czy żyła wodna?!". Mogło, to i zardzewiało...

Grażyna avatar Grażyna
Sun, 10 Jan 2021 10:43:05
TAK BYŁO!

tyz_Aniou
Sun, 10 Jan 2021 14:19:35
@Laserowitz

Może prądy błądzące to załatwiły? Pamiętam, że byłem mocno zaskoczony, gdy po raz pierwszy sobie o tym poczytałem (a potem poleciałem galopkiem do doświadczonych kolegów i przełożonych, żeby pociągnąć za język i oni jeszcze dodali parę historii z praktyki własnej).

Tu jest całkiem przystępny artykuł o tym, z rysem historycznym i ilustracjami.

tyz_Aniou
Sun, 10 Jan 2021 14:35:57
@Boni
Przezacna notka!

charliebravo
Mon, 11 Jan 2021 10:12:12
Zajefajna notka, chyba najlepsza z „przemysłowych”!

Boni avatar Boni
Mon, 11 Jan 2021 11:34:24
Dzięki za dobre słowo.

Zaległe odpowiedzi:

@Aniou, prądy błądzące

To mniej więcej miałem na myśli w komciu o korozji el-chem przyspieszonej prądem płynącym przez jakieś blachy na składzie. Ale nie przepadam za terminem "prądy błądzące", jest IMHO mylący.

@Gammon, zgrzewanie wybuchowe

Założę się, że masz 10x większe pojęcie o wybuchowym zgrzewaniu niż ja. Ale nadal, w przemyśle OIMW zgrzewanie wybuchowe to nisza niszy.

@Laserowitz, Kerbale

A ja jakoś przestałem grać w KSP, za ostatnie pół roku może za dwa razy dotknąłem. Zresztą, praktycznie w ogóle przestałem grać...

Arek
Tue, 16 Feb 2021 20:48:51
Mało rozumiem, ale wpis świetny, dzięki!

charliebravo
Sun, 13 Apr 2025 09:17:09
@stare lampy
Wygląda na to że na całym świecie się kończą. "Two rare tungsten-centered, hand-crafted cooled anode modulators (CAM) are needed to keep the signal going, and while the BBC bought up the global supply of them, they are running out. The service is seemingly on its last two valves and has been telling the public about Long Wave radio's end for nearly 15 years".




 

Engine: Anvil 1.08   BS