... w wielu sensach i znaczeniach, nie tylko tych z tekstu Andrzeja Waligórskiego. W niektórych, jej wynikiem przerwa pisaniny na blogu, bo staruszkowie jak ja nie mają zdrowia do zapieprzania w robocie przy lekko obrywających się projektach, ogarniania w domu i zagrodzie tego co trzeba ogarnąć, wycieczkingu na koniec lata, i jeszcze jakiegoś pisania. "A Kerbalki kto nakarmi??".
Ale, że w zeszłym tygodniu fakapy w pracy zostały w zasadzie ogarnięte lub wypchnięte do dalszego przetwarzania, pomalutku wrócę może do normalności, także na blogu. Zanim trafią się kolejne nadciągające problemy (czai mi się tu na biurku taki jeden nieduży). Czy wycieczki. Zmian treści i formy nie przewiduje się.
O pracy mi się w ogóle niezbyt chce, ale może zarysuję, gdzie leżały problemy ostatniego miesiąca i jakie nauki można by z tego wyciągnąć. Znaczy, wyłącznie moim zdaniem, bo koledzy, szefowie czy klienci najprawdopodobniej (a niektórzy - na pewno) mają inne zdanie.
Produkcja sporego zespołu szaf elektrycznych dla kawałka tartaku (2m wysokie, jedna 5 segmentów = 4m oraz druga 4seg. = 3.2m, w środku PLC, safety PLC, i coś ze 22 falowniki (takie "regulatory prędkości") do średnich silników, itd.; do tego dwa spore i wzg. skomplikowane pulpity operatorskie plus szafka naścienna z HMI itp.) była drogą przez wertepy z dwu powodów, braku zasobów i braku zasobów.
Pierwszy brak zasobów, to niekompletny projekt, jaki dostaliśmy od klienta; znaczy, zgodnie z planem, ale nie był to mój ulubiony plan. Brak BoM (wykazu części), ciągłe zmiany, poprawki, nowe wersje schematów, nowe wersje oznaczeń i referencji, dobieranie części przeze mnie, nie podobanie się części klientowi, itd itp.
Drugi brak zasobów, to prozaicznie brak dobrych elektryków - montażystów w okolicy. Jeden którego mamy akurat się rozmnożył, więc troszkę wolnego w celu ogarnięcia matki i dziecka potrzebował; oraz i tak mi go wyrywano do innych zadań. Drugi, praktykant, no jednak nie zdanżał, w porównaniu, i poprawki po nim były kosztowne, że tak powiem. A ja, poprawiający i nadganiający prace stricte kabelkowe nie jestem ani chętny, ani tani w porównaniu, ani bardzo dobry w te klocki (kiedyś może byłem, ale to dawno i nieprawda).
Ale w końcu wypchnęliśmy temat (BTW logistyka załadunku 4m x 2m szaf na ciężarówkę, nielegalnie zajmując całą ulicę o 6am, z naszego warsztatu z drzwiami 3m i spadkiem rzędu 10% w drzwiach była taka zabawna! Na całe szczęście wózek widłowy - krab zmieścił się na warsztacie i wyjechał bokiem z szafami; bo plan był, że wywieziemy to "ręcznie", ale był to bardzo głupi plan).
Klient w miarę zadowolony, ja w miarę rozczarowany, reszta w normie.
Drugi projekcik, który mnie kosztował czas i troszkę zamieszania, to przestawianie i integracja kawałków linii produkującej i zadrukowującej folię PE, coś w typie jak worki na cement czy na ziemię ogrodową, od ekstruderów tworzywa, przez rozdmuchiwanie, rękaw foliowy, zadrukowanie, składanie, po zwijanie na rolki do transportu/konfekcji. Niby trywialne i mamy wprawę, tudzież jesteśmy oswojeni z klientem, no ale zawsze możliwe są fakapy, nieprawdaż. Oraz dojazd mnie zabijał, bo fabryka jest o 1-1.5h jazdy przez wiochy a nawet objazdy szkockie.
Już po ogarnięciu nieco niestandardowego (czytaj - przestarzałego) systemu przycisków bezpieczeństwa na złożonej do kupy linii, okazało się, że "nowa" wypasiona nawijarka (taka ze zmianą rolek folii rzędu fi 2m i 1t, "w locie", z regulacją prędkości, docisku, naciągu i frytki do tego) nie kontroluje naciągu i nie bardzo wiadomo dlaczego.
Potem okazało się, że "składacz" foli (taka wieża 5-6m, która skanuje i składa przelatującą folię wzdłuż w jakieś origami) kręci się w drugą stronę.
"Składacz" to był trywialny błąd, w zasadzie mój, gdyż uwierzyłem w dokumentację po germańskich oprawcach i że niemożliwe, żeby jeśli wejście jest opisane 0 do 10V, to działało jak -10 do 10V tj. uwzględniało polaryzację/kierunek. Zanim to sprawdziłem organoleptycznie, bo pod wieczór mi się już ckniło do domu, poprawił to miejscowy elektryk.
A problem wypasionej kontroli naciągu/momentu nawijarki okazał się też problemem trywialnym - kiedy już przyszło do "no to trzeba rozgrzebać całe sterowanie i dojść co tu nie działa, chociaż "ALE DZIAŁAŁA OSTATNIO NA STAREJ LINII!1!"", na całe szczęście, zanim straciłem dzień czy dwa, kiedy sprawdzałem etykietkę kluczowego czujnika, żeby od niego zacząć grzebanie w zaprawdę zesranych schematach, dotknąłem kabli i wtyczki czujnika. A ten ch... zamrugał do mnie inaczej niż przedtem. I cała maszyna zadziałała (no, wymagała kalibracji od nowa, ale).
Czy to mechanicy przestawiając maszynę ruszyli wtyczkę (ale nie powinni akurat tego czujnika odłączać), czy wypasiona acz niedokręcona wtyczka chwiała się od lat i rozłączyła akurat przy przestawianiu, nikt nie dojdzie. Ale oczywiście kosztowało to nieco frustracji moich, naszych oraz klienta. Zresztą, klienta bardziej, bo produkcja! a tu jak tylko uruchomiliśmy nawijarkę, dęba stanął wentylator na poniemieckim wypasionym głównym silniku maszyny... jak ostatnio sprawdzałem, nadal czekali na dostawę z Niemiec, no ale mogli produkować, omijając nową nawijarkę górą, w kierunku starej topornej ale działającej nawijarki (z którą po przesunięciu o 10m też był mały fakap, ale nie piszę tu książki oraz zadziałała po małej chwili czy trzech momentach).
To były dwa główne tematy w pracy za ostatni miesiąc-półtora. Plus trochę pobocznych, ale takich normalnych i bez większych problemów, oraz właśnie pobocznych.
Poza pracą było też życie, ale to może opiszę w kolejnych notkach. Oraz melancholijnie - jesienno (
detektyw Murtaugh mode on): "I am too old for this shit".