... czyli okrętowe kompendium, czyli inspirowana komciem pod poprzednią notką ściąga dla znajomych i nieznajomych, wyczytujących moje głupotki na tematy około - morsko - wojenne, ale bez przygotowania czy zacięcia do studiowania historii militariów morskich, szczególniej w kontekście techniki. Przelecę przez epoki od momentu początkowego floty nowożytnej moim zdaniem, czyli końca drewnianych żaglowców, zaznaczając najpierw kluczowe techniki i technologie, potem nieco komentując dany okres. Przelecę mocno ścinając pobocza i plankton wojenno-morski, a nawet ważne rzeczy jak niuanse lotnictwa pokładowego czy okrętów podwodnych, bo i tak zrobiło się tego za dużo.
Wolno zgłaszać umiarkowane poprawki i uwagi.
(Miałem dodać zylion linków, obrazków i przykładów z wojen, ale to kiedyś indziej może)
Ok. połowy XIXw. (wróć do spisu treści)
Z rewolucją przemysłową wchodzą do gry powszechnie całe hałdy nowych technologii wojny morskiej:
-metalowe konstrukcje kadłubów, nadbudówek itd.
-napęd parowy (cylindry a la lokomotywa)
-śruba napędowa
-opancerzenie okrętów
-działa gwintowane, ładowane odtylcowo
-pociski odłamkowe (mordercze dla drewnianych okrętów)
-wieże obrotowe itp. konstrukcje (ogólnie, celowanie armatami a nie całym okrętem i niekoniecznie strzał z całej burty, jak w filmach pirackich)
Przełom to Royal Navy i jej HMS Warrior (obecnie okręt-muzeum w Portsmouth), 1861, mający prawie wszystko z powyższej listy, nieco wcześniejsze francuskie "pancerniki" (na które Warrior był odpowiedzią) jeszcze miały drewniane kadłuby. Okręty tego rodzaju nazywa się w lit. angielskiej "ironclad", w polskiej "fregaty pancerne" itp. zbitki. W ciągu "jednej nocy" rewolucyjnie dezaktualizowały wszystko, co pływało bojowo, ale było drewniane i pod żaglami.
W tym momencie tarcza wygrywa z mieczem - działa, pozornie potężne, są jeszcze bardzo upierdliwe i wolne w obsłudze, i nie mają odp. przebijalności; state-of-art pancerz Warriora, z żeliwa na amortyzującym podkładzie z drewna (teaku), jest w praktyce nieprzebijalny przez jakąkolwiek artylerię z epoki na możliwych do pomyślenia dystansach - czyli rzędu najwyżej paru km. Prędkości osiągane rzędu 15-17 węzłów, paliwem - węgiel, żagle (zapasowy/pomocniczy napęd) szybko zanikają.
Czwarta ćwiara XIXw. (wróć do spisu treści)
Wchodzą:
- coraz potężniejsze działa (lepsze i dłuższe lufy, nowożytne zamki z "właściwym" uszczelnianiem, mechanizacja podawania amunicji, naprowadzania; rosną zasięgi i przebijalność, pierwsze pociski przeciwpancerne), miecz zaczyna doganiać tarczę
- coraz potężniejsze i ekonomiczniejsze silniki parowe (wielocylindrowe czyli wielokrotnego rozprężania, najczęściej potrójnego), nadal paliwem - węgiel
- stal zamiast żeliwa, wszędzie, ale w pancerzach najbardziej znacząca
- pierwsze nowożytne torpedy, stąd - torpedowce itp.
- nowożytne miny morskie
Zaczyna się rozwarstwienie dużych (i coraz większych) okrętów na pancerniki (ang. battleship), obecnie klasyfikowane jako pre-drednoty (sprzed rewolucji HMS Dreadnought 1906), czyli ekwiwalent dawnych wielkich żaglowych okrętów liniowych, strategicznie przeznaczone do miażdżenia podobnie zbudowanych sił wroga w walnej bitwie (najlepsze możliwe pancerze, prędkości rzędu 18 węzłów, działa rzędu max 240-280mm z realnymi zasięgami rzędu paru km) i na krążowniki (ang. cruiser), czyli ekwiwalent dawnych żaglowych fregat, strategicznie przeznaczone do "szybszych" zadań, rozpoznania, itd. i wspierania pancerników, acz samodzielne w sensie zasięgów i operacyjnym (mające mało pancerza, ale zwinniejsze, szybsze ok 20 węzłów, ekonomiczniejsze, najeżone działami mniej więcej połowę mniejszymi niż pancerniki).
W starciu 1:1 typowy pancernik zjada typowy krążownik, nawet nieco młodszy, bo opancerzenia i działa mają nieporównywalne. Okręt młodszy o 10-20 lat, mając o generację nowsze działa, łatwo zjada starszy tej samej klasy.
Nowożytna torpeda gwałtownie daje rację bytu małym jednostkom, nieważnym w poprzednich epokach (bo w praktyce nic nie mogły zrobić ani liniowcom epoki żagli, ani wczesnym pancernikom, zanim nie zostałyby rozstrzelane) - torpeda jest tak groźna i tak kompaktowa, że nagle ścigacz, torpedowiec, cokolwiek, może wzg. łatwo uszkodzić albo zatopić nawet największy pancernik. Jeśli dopłynie na zasięg torped...
Żeby nie dopłynęły na zasięg torpedowce itp. zagrożenia i "na zasadach ogólnych" wszyscy kombinują z układem artylerii tak, żeby mieć dookólne i "nasycone" pola ostrzału i żeby mieć "strefową" obronę, tj. zaczyna parę wielkich dział z daleka, bliżej włącza się parę nieco mniejszych, potem jeszcze bliżej kupka mniejszych, no i z bliska zylion małych.
Nie bardzo to wszystko sprawdzono, bo mało było pełnoskalowych starć, nie wiadomo czy dałoby się trafić i rozstrzelać zmasowane ataki torpedowców, albo czy torpedowce trafiałby skutecznymi torpedami skutecznie.
Przełom XIX-XXw. (wróć do spisu treści)
Wchodzą:
- okręty podwodne zaczynają raczej pływać, a nie raczej tonąć
- turbiny parowe, rewolucyjnie zwiększające wydajności i moce, ergo prędkości okrętów, nadal paliwem węgiel
- działa ewoluują swoim stały tempem - dłuższe lufy, większe energie, większe kalibry, większe zasięgi (ale nadal praktyczne rzędu 10km najnajwyżej)
- "nauka i technika" hartowanych pancerzy, ale też utwardzanych pocisków przeciwpancernych - tarcza zaczyna wyraźnie przegrywać z mieczem, okręty stają się stopniowo "jajkami z młotkiem"
- z powodu wzrostu zasięgów lepszych dział zaczynają się na serio prace nad dalmierzami, dalocelownikami, przelicznikami artyleryjskimi itp.
- parę przełomowych prac z teorii taktyki morskiej, podlanej słuszną statystyką, zmienia postrzeganie i "sens" artylerii morskiej (w skrócie - wykazują, że kto ma więcej dalekonośnych dział, i zaczyna strzelać wcześniej, wygrywa z łatwością z nawet liczniejszym przeciwnikiem, mającym mieszane duże-średnie działa, bo zanim średnie działa wejdą do akcji, to ich nosiciele już toną albo są uszkodzeni), co wiedzie do koncepcji "all-big-guns"
Następuje rewolucja porównywalna z HMS Warrior 50 lat wcześniej. Po pracach teoretycznych i efektownym wyniku bitwy pod Cuszimą 1905, parę flot myśli o nowej generacji pancerników, ale to Royal Navy błyskawicznie buduje w nowej koncepcji "turbiny i all-big-guns" pancernik HMS Dreadnought, 1906, czyli drednota - w "jedną noc" resetując cały wyścig zbrojeń morskich. Dreadnought ma 10 solidnych dział 12 cali czyli 305mm (teoretycznie może walić 6-8 w dowolną stronę) do rozniesienia wszystkiego co zechce, z dużej odległości, plus 27 dział średnich 76mm do obrony. Ma porównywalne opancerzenie z przeciwnikami. Na turbinach rozwija 21 węzłów, czyli może ganiać się z krążownikami poprzedniej epoki, a pre-drednot na silnikach parowych wielocylindrowych nie może ani go dogonić, ani mu uciec. Wszyscy klną i idą zamawiać kopie.
Krążowniki ewoluują w stronę coraz cięższych dział i dokładania pancerza, starając się nie tracić prędkości i zasięgów (w krążowniki pancernopokładowe, pancerne, itd.). Ale niektórzy, widząc, że i tak nie ma to sensu, bo "jajko z młotkiem" jest na serio, zaczynają stopniowo lansować koncepcje krążownika liniowego (ang. battlecruiser), czyli "postawmy wielkie działa jak okrętów liniowych, na szybkim krążowniku bez istotnego pancerza ale z istotną maszynownią", czyli "jajko do kwadratu, z młotkiem", za to teoretycznie tańsze i trudniejsze do trafienia.
Nadal pancernik-drenot łatwo zjada krążownik, drednot prawie równie łatwo zjada starszego pre-drednota (no bo powiedzmy, strzela 6 dział 305mm do 2 dział 280mm)
Wszyscy nagle się orientują, że małe szybkie okręciki uzbrojone głównie w torpedy, mające zwalczać wielkie okręty, czyli torpedowce, i małe szybkie okręciki uzbrojone głównie w działa, mające zwalczać te pierwsze (niszczyć je, stąd "destroyer" i niszczyciel) to był jakiś głupi pomysł. Okręty znacznie mniejsze od krążownika, różnych rodzajów, zaczynają zlewać się w niszczyciele, mające jakieś tam działa i jakieś torpedy (ogólnie, rodzaj i ilość uzbrojenia zależny od fantazji i widzimisia, tj. doktryny zamawiającej floty), przyzerowe opancerzenie, ich "ochroną" coraz większe rozwijane prędkości. Z powodu małej wyporności i zapasów paliwa nie są samodzielne tj. nie pełnią zadań krążowników, ale eskortują duże okręty, zwalczają mniejsze siły nawodne czy marynarkę handlową wroga, w razie czego mogą się odgryźć nawet największym, bo mają torpedy.
I wojna światowa (wróć do spisu treści)
Wchodzą praktycznie:
- radio
- silniki diesla w różnych małych i średnich zastosowaniach
- ropa (tj. mazut) jako podstawowe paliwo okrętów, węglowe stopniowo odchodzą do lamusa historii
- okręty podwodne
- pancerze i działa ewoluują technicznie, ale nieco wolniej jakby
- dalocelowniki, dalmierze, przeliczniki pozwalają na celowanie na coraz większych dystansach coraz lepszymi działami
- krążowniki liniowe robią się modne, ale zaraz przestają być modne, bo za dużo ich łatwo wylatuje w powietrze (są za bardzo jajkiem, które nawet nie zdąży na serio użyć młotka)
- bardzo nieśmiałe początki lotnictwa w wymiarach wojenno-morskich
Duże okręty, szczególniej pancerniki, "puchną" z generacji na generację co parę lat; każda następna jest o parę tys. ton wyporności większa, z działami o cal większymi, z pancerzami o cal grubszymi, itd. Powiedzmy, okręt o dwie generacje starszy, czyli 10 letni, nie ma szans z "obecnym" przedstawicielem swojej klasy. Rzecz jasna, pancernik leje wszystko; krążownik liniowy, jeśli jeszcze nie wyleciał w powietrze, też próbuje; krążownik leje wszystko poniżej pancernika i krążownika liniowego; niszczyciele ganiają się ze wszystkim co popadnie; i na wszystkich polują okręty podwodne.
Bo rewolucją okresu są bez wątpienia okręty podwodne, zarówno ich pojedyncze sukcesy, jak i działania grupowe, czyli wojna na Atlantyku. Ale ich strategia, taktyka i technika nadal raczkuje, nie mylimy I wojny na Atlantyku z II wojną na Atlantyku, czyli z wilczymi stadami, wielkimi konwojami itp. Ale też pamiętamy, że na I wojnie, szczególniej na początku, okręty nawodne nie miały żadnych narzędzi rozpoznania podwodnego i zwalczania okrętów podwodnych.
Desanty itp. kombinowane operacje morsko-lądowe były zawsze, czasem z wyspecjalizowanym sprzętem, okrętami, oddziałami, ale to na I wojnie zaczyna się nowożytna epoka desantów i wyspecjalizowanego sprzętu do nich.
Wojna minowa wielkoskalowa staje się faktem, stawia się dziesiątki tysięcy min w obronie i "ofensywnie". Minowanie i rozminowanie robi się oddzielną gałęzią taktyki.
Międzywojnie (wróć do spisu treści)
Wchodzą na serio:
- lotnictwo w różnej formie i zakresie
- początki pomysłów na lotniskowce, czyli żeby mieć więcej samolotów ma morzu ze sobą
- ewolucja pancerza bardzo zwalnia (dochodzi się do granic technologii najwyższego gatunku stali powierzchniowo nawęglanych i hartowanych, koszta wykładniczo rosną, zyski nie bardzo, masa bez zmian)
- ewolucja dział nieco przyspiesza (lepsza metalurgia daje lepsze i dłuższe i tańsze i lżejsze lufy, więc lepsze celności i zasięgi, przynajmniej teoretycznie; lepsze materiały miotające i wybuchowe, również teoretycznie), młotek zdecydowanie wygrywa z jajkiem, miecz z tarczą - jeśli trafia...
- nowe kotły i turbiny parowe dostarczają z generacji na generację coraz większe moce (ale wielkie siłownie wymagają coraz większych/dłuższych okrętów), prędkości max nowych dużych okrętów robią się lekko absurdalne
- wchodzą turbiny z przekładniami, bardzo poprawiające ekonomię i zasięgi okrętów
- wchodzą diesle jako konkurencyjne napędy dla okrętów i statków większych niż podwodniak czy ścigacz (ale konkurują ekonomią, nie mocami)
Generalnie, wydaje się, że w tym okresie kluczowy był znaczny postęp materiałówki. Oraz nauki i techniki ogólnie, nie tylko dający coraz sensowniejsze lotnictwo, ale też kluczową optykę, mechatronikę, pierwociny elektroniki, itd.
Rewolucją (przynajmniej na chwilę) są traktaty ograniczające zbrojenia morskie - braki w kasie po I wojnie, potem Wielki Kryzys, przy co najmniej liniowym wzroście realnych kosztów kolejnych generacji kluczowych dużych okrętów przekonał władców świata do ograniczenia na chwilę wyścigu zbrojeń morskich umową; tonażowo i liczbowo, wg. skomplikowanych zestawów reguł dla sygnatariuszy (głównych potęg morskich). Przeszło wszystkim około 1933-35, prawie wszyscy rzucili się zamawiać nową generację pancerników, znacznie większych niż "traktatowe", z większymi siłowniami, prędkościami, lepszymi działami, sky was the limit (i portmonetka). Na trzymaniu się traktatów chyba najgorzej wyszła Royal Navy, która trzymała się Drugiego Traktatu Londyńskiego z 1936 kiedy nikt go się nie trzymał.
Standardem pancerników stają się działa pomiędzy 360mm (14") a 406mm (16"), z silnym wskazaniem na "tradycyjny" kaliber 381mm (15") ale w nowych długolufowych wcieleniach. Plus przegięta wariacka odchyłka Japończyków z 460mm (18.1") w Yamato. Ogólniej nie tyle same działa, co kompleksowo artyleria morska dochodzi do pewnych granic tj. coraz drobniejsze usterki projektów, wykonania, koncepcji, materiałów, celowania, itd. robią różnicę między "spoko skuteczny pancernik" czy nawet "krążownik", a "pancernik/krążownik który w nic nie trafia, jak trafia to nieskutecznie, zużywa lufy jakby były z drewna, itd. itd.". W działach średnich i małych jest technicznie znacznie łatwiej, stąd dochodzą do bardzo dobrych rozwiązań.
Ci którzy mają dużo złomu z I wojny i okolic z jakimś potencjałem, modernizują go na ile się da, czasem do całkiem zacnego stanu (Brytyjczycy, Włosi).
Ci którzy mają duży teatr działań (Brytyjczycy, Amerykanie, Japończycy) zaczynają na serio budować lotniskowce, "traktatowe" albo i nie, no i specjalizowane samoloty do nich, itd. nakręca się kolejna spirala wyścigu zbrojeń.
Co mądrzejsi zaczynają przebąkiwać, że samoloty zaorzą pancerniki i lotniskowce, bo nie da się do kolosalnego opancerzenia pionowego dołożyć odpowiedniego opancerzenia pokładów, zarówno przed strzelającymi z coraz dalszej odległości działami (czyli spadającymi stromotorowo zaawansowanymi ciężkimi pociskami przeciwpancernymi), ale i wyspecjalizowanymi i coraz cięższymi bombami. Inni mówią, że eee tam, przecież nie trafią.
II wojna i zaraz po (wróć do spisu treści)
Wchodzą:
- radar, radar wszędzie
- długodystansowe lotnicze rozpoznanie morskie, także fotograficzne, także jako całe systemy rozpoznania
- optyka nowej generacji, przeliczniki artylerii też, na granicy komputerów
- meteorologia nowożytna, punkty i patrole meteo, itd. - sztormy itp. przestają być zjawiskami losowymi z punktu widzenia operacji morskich
- wyspecjalizowane coraz lepsze lotnictwo przeciwokrętowe (torpedowe, nurkowe)
- pierwociny broni (bomb) kierowanych
- coraz sensowniejsze okręty podwodne
- coraz sensowniejsze metody wykrywania i zwalczania okrętów podwodnych (ZOP)
- broń atomowa
Wydaje się, że największą i najgłębszą rewolucję na morzu w II wojnie przyniósł radar, ale postęp techniczny był kolosalny pod b.wieloma względami.
Pancerniki osiągają poziom "ultymatywny", tj. jak się zdaje optymalnej kombinacji wielkości, siły ognia (na zasięgu horyzontalnym i wystarczająco celnie), z potwornymi siłowniami dającymi absurdalne prędkości (pancerniki rzędu 50 tys. ton z prędkością rzędu 33 węzłów czyli 60km/h), z optymalnym opancerzeniem. Ale natychmiast zostają odesłane do lamusa historii, bo odpowiednio przygotowane lotnictwo zwalcza skutecznie okręty dowolnie mocno opancerzone i dowolnie mocno bronione działami. Dokładniej pancerniki robią się bez sensu nie tyle dlatego, że ich pancerze są za słabe (to było wiadomo), że prędkość i uniki nie chronią wiele (to się wyjaśniło w praktyce II wojny), ale dlatego, że ich wspaniałe działa "nie mają do czego strzelać" - pancerni nosiciele zostaną wykryci, zbombardowani/storpedowani i zatopieni zanim znajdą jakiś cel wart ostrzelania. Większość pancerników, nawet niezłych, jeśli nie została zatopiona na wojnie, zaraz idzie na złom. Krążowniki też nie mają za wiele sensu, ale przynajmniej są dużo tańsze (także w ludziach). Niszczyciele analogicznie, tylko jeszcze tańsze.
Samoloty rządzą morskim polem walki, stąd lotniskowce, udoskonalone latami wojennej bolesnej praktyki, zdecydowanie przejmują pałeczkę, jako wiodąca metoda projekcji siły militarnej na morzu. Ich samoloty pokładowe zatopiły hałdę ciężkich okrętów, a bodaj tylko dwa lotniskowce zatonęły od ognia artylerii (i oba raczej z winy ludzi, a nie z winy bycia lotniskowcami). Ich myśliwce pokładowe, przy odpowiedniej organizacji, są w stanie ochronić własną flotę przed nalotami wroga zylion razy skuteczniej niż najbardziej wypasione działa plot (a skądinąd wypasiony system średniej okrętowej artylerii plot z końca II wojny, z radarami, automatyką, nowymi zapalnikami, byłby czystym SF nawet 10 lat przed wojną).
Atomówka dokłada ciężkim opancerzonym okrętom krzyżyk na drogę do stoczni złomowej, bo testy już w 1946 pokazują, że żaden okręt jej się nie oprze.
Okręty podwodne pokazują na co je stać, jeśli się je odpowiednio zorganizuje i dopieści technikę. Nie tylko w sensie niemieckie "wilcze stada" na Atlantyku, ale np. okręty amerykańskie na Pacyfiku też. Z poprzednich okrętów "czasem zanurzających się" do ataku czy schowania się przed wrogiem, ewoluują w "czasem wynurzające się", prawdziwie podwodne patrolowce, czające się pod wodą i nie ryzykujące zbędnego wynurzania. Szczególniej, że w ZOP stopniowo angażuje się lotnictwo, także pokładowe, coraz bardziej skutecznie, więc leżenie na powierzchni całymi dniami jak w I wojnie już nie wchodzi w grę.
Zmienia się paradygmat walk nocnych - jeszcze w początku IIw niektórzy mają podejście XIXw, "w nocy się śpi", także na okrętach. Bolesne nauczki, głównie konwojów, ale też bitew nocnych z udziałem coraz lepszych radarów, zmieniają paradygmat w "walczy się 24h/dobę". Analogicznie z lotnictwem, z "w nocy się raczej nie startuje/ląduje, nawet jeśli gdzieś się lata" w trakcie IIw. zmienia się w "niestety, w nocy trzeba 'normalnie' latać".
Pomału wchodzą nowe istotne okręty mniejsze niż niszczyciel, wyspecjalizowane w zadaniach eskortowych albo ZOP: korwety, fregaty. Bo niszczyciele, pozostając mniej więcej uniwersalne, robią się za duże i za drogie, kiedy potrzeba np. setek eskortowców.
Specjalizowane siły desantowe, ze specjalnym sprzętem i okrętami itd., rozwijane od I wojny, rozkręcają się w zupełnie nowe ilości i jakości, z kulminacją w wielkich desantach Aliantów na Pacyfiku i w Europie. Ich wpływ pozostanie trwały na następne dekady, aż do koncepcji "4 rodzaju broni", jak amerykański korpus Marines.
Wojna minowa, rozwijana ciągle od I wojny, korzystając z postępu elektroniki i materiałówki, osiąga nowe jakości (miny akustyczne, ciśnieniowe, magnetyczne, stawiane z samolotów, itd), ilości (setki tysięcy) i bardzo znaczące efekty.
Pierwsze dekady po II wojnie, pierwsza połowa Zimnej Wojny (wróć do spisu treści)
Wchodzą:
- elektronika
- sonary na serio
- radary udoskonalane w morderczym tempie
- coraz większe i lepsze samoloty odrzutowe, wkrótce ponaddźwiękowe
- pociski (i bomby) kierowane, zarówno przeciwokrętowe jak i przeciwlotnicze
- napęd atomowy
- napęd turbinami gazowymi (tj. "silnikami odrzutowymi" adaptowanymi na okręty)
- pociski balistyczne dalekiego zasięgu
- coraz większe lotniskowce, mieszczące coraz większe samoloty
- śmigłowce
Rewolucją jest napęd atomowy, szczególnie dla coraz większych okrętów podwodnych, z mało komfortowych klasyków II wojny szybko doszły do krążowników podwodnych. Duże okręty nawodne też kolosalnie zyskały na elastyczności po wsadzeniu reaktorów. Ale koszta tych siłowni są monstrualne, więc mało kogo stać, i tylko dla kluczowych okrętów, epoka "atomowa", czyli zachłyśnięcia się technologią nuklearną "i silnik atomowy w każdej lokomotywie" szybko mija. Ale nowoczesne turbiny gazowe, również w hybrydach z dieslami itp. to też nowa jakość w napędzie "konwencjonalnym" okrętów.
Lotniskowce nadal rządzą. Krążowniki robią się wicekrólami, nadal mogąc działać w miarę samodzielnie i stopniowo odzyskując możliwości obrony przeciwlotniczej. Niszczyciele nadal są końmi roboczymi, niezbyt samodzielne, acz uniwersalne.
Wyspecjalizowane okręty podwodne dostają pociski balistyczne (najpierw "małe", potem międzykontynentalne ICBM), włączają się w "triadę nuklearną" (pozostali nosiciele: samolotów z bombami atomowymi i pociski balistyczne odpalane z lądu), stopniowo stają się coraz ważniejszym jej elementem (bo nic tak nie chroni nosiciela, jak tajemnica, cisza, brak łączności, i pół km wody). Okręty podwodne "myśliwskie" czy "uderzeniowe" robią się większe, coraz bardziej zaawansowane, szybkie, ciche - bo muszą polować na te z ICBM. Oraz na lotniskowce.
Na okręty podwodne zaczynają polować wszyscy - wyspecjalizowane okręty, samoloty, śmigłowce.
Rakiety przeciwlotnicze dają drugie życie okrętom nawodnym, z prymitywnych pocisków robią się coraz bardziej skuteczne, i samoloty nie mogą już bezkarnie zbombić kogo chcą i jak chcą.
Samoloty i inni nosiciele, nie pozostają dłużni, pociski przeciwokrętowe też robią się coraz bardziej skuteczne, większego zasięgu itd.
Ale wraca jakaś tam równowaga, siły nawodne, szczególnie w formie grupy z lotniskowcem, mogą działać jak w poprzedniej epoce pancerniki z obstawą, tj. popłynąć gdzie chcą i wklepać komu chcą, szczególniej jeśli przeciwnik nie ma bardzo dobrego lotnictwa czy okrętów podwodnych.
Zanikają pancerze, panuje filozofia "i tak zostaną przebite, więc po co się męczyć i wykosztowywać", coś jak z zanikiem zbroi po udoskonaleniu palnej broni ręcznej - "kto nie trafiony, ten fika; kto trafiony, ten już umarł i nie żyje".
Średnie działa morskie automatyzują się, zarówno w senie mechaniki jak i sterowania, nadal mają jakąś tam swoją niszę.
U tych którzy je mają, atomówki walają się wszędzie, nie tylko jako strategiczne, ale także taktyczne, atomowe-przeciwlotnicze, torpedy atomowe, atomowe bomby głębinowe, itd.
Druga połowa Zimnej Wojny (wróć do spisu treści)
Wchodzą:
- zaawansowana elektronika, automatyka i komputery na serio
- technologie cyfrowe
- zwiad z orbity
- pociski manewrujące średniego i dalekiego zasięgu
- nowe generacje samolotów, radarów, pocisków rakietowych
- bardzo zaawansowane radary
- bardzo zaawansowane metody walki elektronicznej i zakłócania, eee, wszystkiego, oraz technologie stealth
Obrona przeciwlotnicza robi się na tyle wielowarstwowa i tak wielkiego zasięgu, że jeśli kogoś stać, może obronić okręty przeciw nawet dosyć sensownemu lotnictwu. Szczególniej, jeśli ma lotniskowiec i pierwsze najdalsze warstwy obrony robią mu dobre myśliwce z dobrymi pociskami i nad tym wszystkim czuwa dobry zwiad (extra radary, satelity, itp).
Ale jak ktoś ma extra lotnictwo, z dobrym rozpoznaniem i/lub stealth i/lub zakłócaniem, to też może próbować zaorać zbyt pewnego siebie nawodnego przeciwnika.
Lotniskowce królują. Krążowniki nadal są vicekrólami, bo robią za stacje radarowe i baterie coraz doskonalszych rakiet plot, chroniące lotniskowce. Niszczyciele nadal są końmi roboczymi, acz drożeją i "rosną", stąd w ich poprzednie role "mały, tani, uniwersalny" zaczynają wchodzić fregaty.
Wszyscy mają koszmary na tle okrętów podwodnych wroga, jak poprzednio; zabawy w ciuciubabkę podwodno-nawodną uprawiają wszyscy ze wszystkimi, tyle, że okręty podwodne coraz cichsze i lepsze, no ale skomputeryzowane sonary też lepsze.
Wszyscy dostają pociski manewrujące, "w obie strony", tj. okręty mogą napieprzać np. 500kg konwencjonalnymi głowicami, precyzyjnie i na znacznie odległości - a jeśli kogoś stać, może napieprzać precyzyjnie w cudze okręty ze znaczniej odległości. Wszystko bez pocisków balistycznych, czyli bez podnoszenia alarmu potencjalnie grożącego zagładą nuklearną. Kwestia kasy i ew. rozpoznania.
Pociski przeciwokrętowe są na tyle dojrzałe i groźne, że trochę powtarza się historia z torpedami, nagle mały okręcik czy podwodniak z paroma średnimi rakietami, może narobić nawet grupie wielkiego lotniskowca jakichś problemów, jak kiedyś torpedowiec pancernikowi czy okręt podwodny krążownikowi w 1914r.
Z powodu rosnącej wszechstronności i możliwości pocisków rakietowych, niektórzy (Rosjanie) stawiają na wielkie, coraz większe, krążowniki rakietowe napakowane setkami wypasionych rakiet, a nawet wielkie okręty podwodne z rakietami przeciwokrętowymi. Inni (Amerykanie) stawiają nadal raczej na lotniskowce, w doktrynie, że samolot jest droższy, ale jest "pierwszym stopniem startowym" dla przenoszonych przez niego pocisków, a przy tym wielokrotnego użytku, latającym daleko i długo, i elastycznym. Mniejsi gracze nie mają kasy na forsowanie jakichś b.rewolucyjnych koncepcji (może poza brytyjskimi pionowzlotami "Harrier"). Nie wiadomo kto ma rację, bo nikt nie testuje wielkich flot w walce.
Zwiad z kosmosu robi się rutyną, a nie SF; poza podwodniakami nie ma takiej opcji, że ktoś się na morzu schowa przed odpowiednio bogatym przeciwnikiem, który ma "oczy" na orbicie. Co nieco zmienia strategię i taktykę.
Wszyscy się automatyzują, co drastycznie zmniejsza załogi okrętów, czyli koszta, objętości/wyporności "bytowe", itp.
Z powodu zaniku pancerzy, zanikają pociski/bomby przeciwpancerne, wszystko robi się ogólnie rzecz biorąc odłamkowo - zapalające. Działa w formie uniwersalnych szybkostrzelnych automatów średnich kalibrów (127mm, 76mm) nadal istnieją, bo dostarczają efektów za ułamek ceny rakiet.
Stopniowo nieco wracają pancerze i odporność na pociski wyłącznie zapalająco-odłamkowe.
Wchodzą do użytku pionowe wyrzutnie rakiet (bo są lepsze rakiety), pomału zanikają wyrzutnie "kierowane na cel". Różnych rodzajów rakiety powszechnie zmieniają się z pół-aktywnych (tj. okręt bierze jakiś udział w ich naprowadzaniu na cel) w czysto aktywne lub pasywne (tj. okręt tylko wybiera cel i pajechali).
Wchodzą do użytku automaty "ostatniej linii obrony", czyli działka, przeważnie rotacyjne, próbujące zestrzelić w/w pociski przeciwokrętowe, samoloty, cokolwiek, w promieniu paru km. od bronionego okrętu (bo większe działa "nie zdanżają" i nie są dość skuteczne, a typowe rakiety tym bardziej nie zdanżają na krótkich dystansach. Chociaż zaczyna się projektować nietypowe w tym celu).
Atomówki, które walały się wszędzie, zostały pozbierane i w większości pozamykane na klucz w magazynach, bo wszyscy zrozumieli, że to się skończy źle, bardzo źle.
Po końcu Zimnej Wojny do teraz (wróć do spisu treści)
Wchodzą:
- nowe generacje samolotów, pocisków kierowanych, radarów itp. drogie jak cholera,
- drony
- lasery, railguny, itp. egzotyczne bronie "energetyczne"
- nowe technologie łączności i sieci komputerowych i pokrewnych
W pierwszym świecie ogólnie zastój nieco - brak kasy, bo za bardzo nie ma się z kim bić wielkimi drogimi flotami, a przynajmniej trudno wmawiać płatnikom, że jest się z kim bić. Zyliony przekombinowanych albo zaawansowanych projektów, również "broni energetycznych", idą do kosza. Większość tych, które zostały, kosztuje bazylion razy drożej niż planowano bo a) jest drogo i tak trzymać, na koła do rolls-royce'a musi się zarobić b) zamówienia pozmniejszały się okrutnie w porównaniu z planami, a koszta R&D itp. oczywiście nie.
Zanikają krążowniki rakietowe (tj. chyba nikt nie zamawia nowych), jako za drogie i za duże. Niszczyciele zajmują ich miejsce i role, jako podstawowych okrętów uniwersalnych i samodzielnych (bo co nowsze niszczyciele "puchną", a różne ważne systemy miniaturyzują się). Podwodniaki ewoluują bez rewolucji.
Kraje drugiego świata, klasy BICS, albo i niżej w hierarchii dziobania, te które zarobiły najbardziej na globalizacji, fundują sobie rzeczy, które niedawno były nie do pomyślenia - lotniskowce, atomówki, rakiety balistyczne, atomowe okręty podwodne z rakietami balistycznymi, itd.
Z istotnych zaszłości techniczno-taktycznych - pociski przeciwokrętowe powszechnie robią się ponaddźwiękowe ergo trudne do zwalczania. Zwykłe przeciwokrętowe czy manewrujące tanieją do poziomu fistaszków. Pociski przeciwlotnicze też robią się bardzo skuteczne, acz raczej drogie. No ale samoloty jeszcze droższe.
Za chwilę wejdą do sił morskich (i innych też) drony na serio jako lepsza i tańsza alternatywa samolotów, a nie tylko jako rozpoznanie, czy leniwe Predatory.
Modne, ale czasem też ważne robi się "osieciowanie" informatyczne wszystkiego - wymiana informacji między np. okrętami i/lub samolotami w czasie rzeczywistym daje nowe jakości taktyki i świadomości operacyjnej, w porównaniu z poprzednimi epokami meldunków, ciszy radiowej, rysowania planszetów i map, nawet jeśli na komputerach. Ale trzeba mieć bardzo mocne łączności, najlepiej satelitarne, mocne kodowania i i nikt nie wie, jak miałyby te wszystkie sieci działać na prawdziwej wojnie z solidnym przeciwnikiem, z prawdziwym zakłócaniem i wypalaniem całej łączności.
Na tle dron i ich osieciowania i łączności, i jej ew. braków i zaburzeń, pełna autonomiczność broni (czyli wyspecjalizowane AI) staje się SF coraz bliższego zasięgu.
Wchodzą do gry przeciwokrętowe pociski balistyczne z głowicami konwencjonalnymi, albo z jeszcze bardziej fikuśnymi rozwiązaniami "penetratorów".
Co prawie uniemożliwia ich zwalczanie, a za tym - zdolność przetrwania wszelkich co większych okrętów, jeśli przeciwnik ma extra rozpoznanie i extra pociski. O zasięgu 1000km. O prędkości Mach 5. Albo Mach 10. Albo nieco manewrujące (tj. b.trudne do trafienia, nawet laserem) przy prędkościach Mach 10.
Ergo - zmienia się wzg. szybko 50 letni paradygmat, że tak jak kiedyś pancernik z obstawą, tak grupa lotniskowca może popłynąć gdzie chce i wklepać komu zechce w "III świecie". Wobec posiadania przez "wszystkich" pocisków przeciwokrętowych nowych generacji, i zwiększeniu się ilości lokalnych mocarstw atomowych, operacje dużych okrętów robią się coraz bardziej ryzykowne w zasięgu kilkuset km. od brzegu byle Iranu itp. do nawet ponad 1000km od Chin czy Indii itp. Przez co zaczyna się kwestionować sens tychże kosztownych grup i lotniskowców "I świata", bo z takich dystansów coraz mniej mogą zdziałać, ew. trzeba by je kosztownie i na gwałt "przekonstruować". Albo trzeba "poddać się" i szybko przesuwać środki z wielkich okrętów nawodnych na okręty podwodne i bazy na wyspach itp., ale na to duma Waszyngtonu czy Londynu czy Moskwy najwyraźniej jeszcze nie pozwala.
Ze zbiegu powyższych zaczyna się wyścig zbrojeń antybalistycznych na serio (bo pomału rozpędza się od 20 czy 30 lat), zarówno w sensie zbrojeń morskich, jak i ogólnie. Oraz próby naszkicowania nowych strategii i taktyk wojny morskiej XXIw (jak amerykańska AirSea Battle, 2010) wobec zmian zasobów, techniki, zasięgów, szczególniej Chin, ale też całego "III świata" - a bez zmieniania paradygmatu "polityki kanonierek prowadzonej wielkimi grupami okrętów/lotniskowców", ukochanego przez amerykańskich czy rosyjskich "jastrzębi", polityków, a może i obywateli.
Jest to chyba największe zagrożenie dla tej śmiesznej planety, większe niż trzy globalne ocieplenia na raz i zyliony imigrantów i pierdyliardy islamskich terrorystów, których tak bardzo boi się Smith i Kowalski.
Ale na razie Smitha i Kowalskiego to niezbyt interesuje.