NIGHT   RSS blog   RSS komentarze
Licencja Wpisy Losowo Autor Rejestracja




Autor: Boni
Kiedy: 2015-01-12, poniedziałek
Tagi:  fun, triptrop     
___________________________________

Takie krótsze może:

(2000, Kopenhaga)

Wracając z Danii z przesiadką w Kopenhadze, jakoś tak sprytnie przeszedłem dryblingiem bramki, że wyszedłem z portu krajowego na zupełnie bezludne rentgeny i security między portem krajowym a międzynarodowym. Rozejrzałem się po pustym hallu, wzruszyłem brewką, stwierdziłem, że skoro służby mają zen-wyjebane to ja nie będę gorszy, i spoko pomaszerowałem na międzynarodowy. Tam znalazłem agenta od moich biletów (to było niby LOTem, ale już w jakiejś grupie, tej od Qualiflyera chyba, bo jeszcze przed StarAlliance), robimy check-in i ciągle coś mnie gniecie w tej całej sytuacji i przesiadce. W końcu na deser, mając już podbite bilety i wejściówki w ręku, pytam się agenta, jak to jest, że na port krajowy można przy odrobinie wysiłku wejść z ulicy, między krajowym a international nie ma żadnej kontroli, teraz wejdę do samolotu w zasadzie na wydruk z rezerwacji i nikt nawet o paszport nie pyta? Na co agent strzelił fejspalma oburącz aż zadzwoniło, i stwierdził, że to on powinien mi sprawdzić paszport, i czy mógłbym okazać, proszęproszę? Łaskawie okazałem.

(luty 2003, chyba Frankfurt)

Podstawiają nam do Japonii bardzo eleganckiego Jumbojeta Lufthansy, robię mu śliczne zdjęcia z gejta, bo stoi nosem przed samym oknem, pakują go kateringiem itd. itd. ale coś nagle w procesowaniu zwalnia, bramki nie otwierają, robi się małe opóźnienie, po czym większe; po czym ogłaszają, że dupa zbita i tym Jumbo nie polecimy. Mówię do P., mojego duńskiego szefa, że to będzie do dupy trochę i trochę strach lecieć 15h pożyczakiem do Japonii, śmieje się ze mnie, że przecież to Lufthansa, a nie jakieś czartery znikąd. Samolot rozładowują, nawet nie odjechał od rękawa; nas ładują w autobusy i jedziemy - wzdłuż international, wzdłuż cargo (oba zastawione Globemasterami itp. i kontenerami w kolorach szarych lub maskujących - akurat szła logistyka do drugiej wojny w Zatoce), wzdłuż jakichś wygwizdowów, zimowych krajobrazów, jakichś samolotów znowu, aż na zaśnieżony i odległy w cholerę parking, jakby to powiedzieć, no, pożyczaków. Tyle, że prawie same Jumbo. Pakujemy się do jednego, faktycznie Lufthansy, ale nawet zupełny lajkonik zauważy, że nie taki nowy, lśniący i odpicowany jak ten, co sie spsuł. A kiedy siadamy, nagle widzę strach w oczach P. i pytam co się stało, a on na to "ty k... miałeś rację, to j...ny pożyczak, który tu stoi od mięsięcy - mam zamarznięty fotel...". Ale po rozgrzaniu jakoś do Japonii doleciał.

(około 2011, Okęcie)

Nie ma nic zabawniejszego z samego rańca, niż kiedy mały złomowaty dwusilnikowiec (bodaj Embraer) LOTu jakoś tak nie za bardzo rusza spod terminala a kapitan coś tam ściemnia o drobnej usterce. Po czym zjawiają się dwaj ziomale, wyglądajacy jak pan Ździsio i pan Heniu, którzy przed minutą pocięli za halą jakiegoś szrotwagena, nawet jeśli takiego ze skrzydłami - na biegu rozbierają kawałek pod kabiną pilotów i kurc-galopkiem wymieniają oba akumulatory. Normalka, co nie, przecież każdemu może się zdarzyć padnięta bateryjka, nawet w lecie, nawet na minutę przed startem. A najlepsze, że w takim małym samolocie tego nie da się za bardzo zasłonić ani ukryć przed pasażerami, każdy widzi co Heniu i Ździsiu robią, więc połowa obecnych nagle chce wysiadać i jechać koleją. Ale stewardesy szybciutko polały wszystkim dla kurażu i w ramach przeprosin za opóźnienie, plus zrobiły sensowny wywiad w sprawie przesiadek, więc naród jednak pozostał na miejscach; a po testach bez problemu polecieliśmy do Hamburga.








 

Engine: Anvil 1.08   BS