Ponieważ Polcon w tym roku jest w cholerę daleko, na jakimś końcu świata w Bielsku Białej (aczkolwiek źródła dobrze poinformowane donoszą, że
"bardzo przyjemny. Nieduży, ale chyba i niemały, dużo młodych i pierwszorazowych, dużo starych i znajomych, a zaplecze barowe przebija wszystkie poprzednie"), zastępczo wybraliśmy się na comic con w Glasgow. A dokładniej na
MCM Comic Con, któremu znacznie bliżej do targów (organizowanych przez MCM Group w różnych miejscach co miesiąc-dwa), niż do konwentu w typie Polconu, no ale zastępczo się nada.
Pierwszy ślad, że nasi tu są, zauważyłem jeszcze na drodze do SECCu, kiedy w tylnym lusterku zobaczyłem, że wózkiem za mną kieruje Joker z Batmana. Potem było przebierańców i cosplejowców znacznie znacznie więcej (Jokerów też), tudzież w ogóle znacznie znacznie więcej ludzi dobijających na con, niż można by się spodziewać. I zaraz okazało się, że ta kolejka, co ma ze pińcet osób i się żwawo przesuwa, to jest priorytetowa i dla ludzi obytych (jak córka) i z właściwym papierem na dowód obycia; a ja, to mogę se najwyżej dołączyć na koniec parotysięcznego tłumu, który czeka w blokach na wybicie godziny, w której runie na konwent.
Stąd stwierdziłem, że mi się odechciało i ruszyłem dogonić żonę, która oderwała się wcześniej, bo na konwety nie chadza. Poszliśmy na miasto, a konkretniej nie za daleko, bo na dzielnię zwaną Kelvingrove, na skraju, powiedzmy, centrum Glasgow. Dzielnia jest dosyć fajna, trochę bohemiasto-artystowska, dużo knajpek, galeryjek i sklepików, czasem z dziwnymi rzeczami (a czasem normalnych, stąd zaraz, na osłodę po nietrafieniu w konwent, zasponsorowałem lokalny biznes i w końcu kupiłem nowszą nVidię do starego kompa - zaprawdę, powiadam wam, Skyrim czy Battlefield 2 na max, w prawie-HD i 50" dostarczają).
W Kelvingrove centralną atrakcją jest
Kelvingrove Art Gallery and Museum, podobno najbardziej nawiedzane muzeum w UK poza Londynem.
Muzeum okazało się znacznie większe niż ustawa przewiduje. I znacznie bardziej pogięte. Budynek jest spory (więc udeptaliśmy się setnie a i tak obeszliśmy jakieś 60%), eksponatów dużo, a miszmasz niewąski. O ile galerie są w miarę spoko i ok (holenderska, francuska, parę szkockich tematycznych, fajna sztuki użytkowej z przełomu XIX/XXw; z nazwisk Rembrandt, van Gogh, Monet, Renoir, Cezanne i wiele innych dość znanych), poza wkurzającymi szybami na większości obrazów i zdupnym podświetleniem niektórych rzeźb i eksponatów (matowe jarzeniowe od dołu? ooorili???), to muzeum "naturalne" i jego "działy" okazały się mieszanką typu "szwarc, mydło i powidło" tudzież "pojedyncze perełki wsadzone między kupę średnich eksponatów", doprawione freakshow.

O ile prawdziwy Spitfire nad wypchanymi zwierzakami, czy samochód obok sukni balowej (to dział sztuki użytkowej co prawda), czy dział eksponatów "naj-" (najmniejsze, największe, naj-cośtam, itd), czy podobnie wymieszany kicz i śliczne perełki, były dla nas raczej śmieszne (i mocno przypominały filmy "Noc w muzeum"), to niektóre fragmenty już takie zabawne nie były, bo np. konkluzja w połowie, bardzo solidnej, ekspozycji Starożytnego Egiptu była oczywista - "ależ nakradli, sukinsyny". A wystawianie mumii czy po prostu szczątków ludzi ("oto prawdziwa zmumifikowana głowa, rączka i nożka", no może jeszcze frytki do tego), spowodowało, że poszliśmy sobie z niesmakiem. A ćwiartkę "znacjonalizowaną" (z galeriami jak "Scottish Identity in Art", itp.) w ogóle sobie odpuściliśmy.
Zdaje się, są to konsekwencje prób siako-tako spójnego pokazania najlepszych eksponatów z olbrzymiej liczby zupełnie przypadkowych kolekcji, przekazanych przez ostatnie 200 lat, przez różne osoby i instytucje. Ale z drugiej strony, w jakimś sensie jakby ciągle unosił się tu duch wiktoriańskiego kolonializmu, także w sensach klasowych i kulturowych - "zbierzemy w jednym miejscu najbardziej zadziwiające i modne eksponaty, żeby klasa niższa i średnia naszego imperium mogła podziwować się dinozaurom i mumiom i tygrysom i dzikim ludziom i Rembrandtom i tysiąc słoni do tego".
Ale ogólnie, warto było, bo pomimo chorego pomieszania i połowy eksponatów do bani, jednak sporo śliczności i perełek.
Szczegóły techniczne - wstęp wolny, bardzo miła i względnie tania restauracja, parkingi w miarę dostępne. Generalnie, na pełne zwiedzanie potrzebny co najmniej cały dzień.
Dzisiaj chyba trzeba będzie odwiedzić, póki pogoda śliczna, ogród botaniczny Glasgow; gdyż podobno wypasiony jest i zacny, a wybieramy się do niego przez całe lato, tyle, że jakoś się nie składało.
A Comic con wg. córki okazał się przedni: