...czyli Koncert. Depeche Mode w
The Hydro (taki katowicki Spodek, tyle, że w Glasgow), suport: The Jezabels.
Na początku było dziwnie, bo pusto, przeciąg, nieliczni ludzie na płycie i na widowni i wyglądało to raczej marnie
Potem zrobiło się normalniej
i jeśli ktoś znosi synthpop z okolic nowego indie - australijska grupka daje radę, The Jezabels wypadają stylem gdzieś między Ladyhawk a Ladytron, no, technicznie jeszcze troche się powinni podciągnąć. Ale z czystym sumieniem polecam rozwadze, podbało misie.
Potem zrobiło się zacnie i tak jak być powinno
czyli Depeche Mode dają radę. Ktoś powiedział, że dla nich był to, ot, zwykły poniedziałek, kolejny zwykły koncert w trasie, ale jednak - dają chłopaki z siebie wiele. Z jednej strony jest to profeska na światowym poziomie (światło, telebimy i klipy, szoł itd), i w ogóle na poziomie (nie tylko muza jako taka, ale i aranżacje wy-mia-ta-ją-ce) a z drugiej strony - czuje się, że się ciągle nieźle bawią, że im się chce. Co było pięknie widać, kiedy Gore dośpiewał "wolną" część, i tłum jakoś nie chiał przestać śpiewać "But not tonight" - a Gahan naprawdę się z tego śpiewania kumpla i robienia za p.o. frontmana zacieszał.
Jedyne zastrzeżenie miałbym co do jakości nagłośnienia - miał być kilowatowy wykop, ok, miały być klubowe wersje piosenek, ok, miało być podkręcanie z każdą kolejną potencjometrów, czemu nie. Ale nie powinno być chamskich rezonansów, a potem to i zagłuszenia wszystkiego przez perkusję (skądinąd fenomenalną) i przester gitary Gore'a, że aż Gahan robił za mima. No ale to drobiazg w paru momentach i poza tym - sam mniut, cud, orzeszki i przynajmniej raz w życiu trzeba zobaczyć ulubioną kapelę.