(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)
Chyba każdy kto nieco słucha muzyki pop, ma swój ulubiony jej rodzaj i często - "wiodącego" wykonawcę tejże. Z moich obserwacji, na ogół wdrukowuje się to ludziom za młodu, tak jakby za starszego nastolatka - przynajmniej patrząc po pokoleniu moich rodziców, moich 10-15 lat starszych kolegów, po moim pokoleniu, no i po pokoleniu moich córek. Prawie każdemu "zostaje" muza jaka towarzyszyła czasom kiedy był piękny, zdrowy i młody, no i kiedy się kształtował na serio. I oby nie zakorkowała delikwentowi neuronów na resztę życia, bo trochę żal, kiedy skądinąd fajny człowiek zasklepia się na jakąkolwiek nową muzę, i kisi się wyłącznie w ulubionych kawałkach, nie ważne czy to jazz z 1975, czy techno z 2005.
Dla mnie, i dla żony takim pierwszym i najważniejszym kawałkiem popu jest synthpop spod znaku Depeche Mode. Tak, tak, depeszowcy jesteśmy. Metrykalnie patrząc, moglibyśmy być floydziarzami, metalami albo i disko (oby nie polo), jak wielu rówieśników - ale jednak, uff, dopadły nas Depesze, jak wielu rówieśników.
Dla mnie DM zaczęło się gdzieś około 1985 od
Some Great Reward - wcześniej jeszcze nie miałem głowy do muzy, ani nie było skąd brać dobrej muzy, także DM, w najbardziej szaroburej rzeczywistości stanu wojennego - lista przebojów IIIpr, trochę radia, przyzerowe teledyski w nędznej TV. Około 1985-86 zaczęło się poprawiać z muzą i nawet z TV, stąd z dużą siłą trafiły mnie
Master and Servant i People are People. A później Blasphemous Rumours. Ogólnie, dobre sample, dobre połączenie elektroniki i muzyki, dużo energii i rytmu, niezłe jak na tamte czasy i mój wiek słowa - czego chcieć więcej. A za "chwilę", już prawie na styk z premierą światową, bodaj
Beksiński, puścił Black Celebration (poprzedzając ją całą dyskografią DM, w cyklu tygodniowym - to były czasy, kiedy DRM wydawał się bardziej niemożliwy niż podróż na Marsa... tyle, że trzeba było czatować z magnetofonem, ale jakoś wszyscy dawali radę). Oh mama. Urwało mi neurony i tak już zostało. Bo nagle okazało się, że tam gdzie inni wykonawcy New Romatic czy synthpopu lat '80 klepią w kółko to samo (jak np. Clark po odejściu z DM...) chłopaki z DM nie tylko nie zwijają się w kółko, ale rozwijają jak mało kto - pod każdym względem, brzmienia, techniki, muzy i liryki. I tak im już zostało, a nam razem z nimi.
Bo w zasadzie, każda płyta od SGR z 1984 po Sounds of the Universe z 2009 niesie nam coś fantastycznego i nowego, i z każdej przynajmniej parę kawałków dostarcza nam jak wywrotka, i przepysznie mizia nam korę mózgową. Na przykład to:
Niby człek już stary i widział i słyszał sporo, ale jak pierwszy raz usłyszałem i zobaczyłem Wrong, bodaj od razu w HD z porządnym dźwiękiem, to zawalcowało mnie na zimno, zupełnie jak Master and Servant ponad 20 lat temu...
A co jeszcze piękne i dobre w DM, to że ich muza kręci też nasze córki - może nie tak mocno jak nas, ale - również. Naprawdę niewiele zespołów ma taki potencjał i wkład w jednoczenie pokoleń...
(Triggerem dawno spodziewanej notki - wyhaczenie maniackiego
Sounds of The Universe Deluxe Box Set Limited Edition w cenie podobnej jak w linku z Amazona, tyle że po kursie mniej więcej $/PLN 1:1. I niechaj będą pochwalone outlety Empiku, moje czujne oko snajpera (bo wypatrzyłem), tudzież upór Grażyny (bo sam bym tego jednak raczej nie kupił))