(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)
Czasem miewam fazę na militaria, ale z braku czasu i lenistwa, rzadko drążę tematy. Kiedyś, jak byłem piękny i młody, potrafiłem studiować sobie dla przyjemności jakieś bardzo niszowe tematy z WWII czy współczesnych militariów (szczególnie w kontekście technikaliów), ale teraz raczej już nie. No dobra, od paru lat nie. Teraz, to jak z doskoku se poczytam czy odświeżę o czymś to jest cud. I dzisiaj cud nastąpił, bo tak se odświeżałem o odlecianym, aczkolwiek całkiem udanym pojeździe. Tada!
M50 Ontos:
Cudo po prostu, dostaje +5 do charyzmy za nazwę (z greckiego "rzecz" czyli "cosiek", taka nazwa pojazdu w USA? czasem nawet jastrzębie mają poczucie humoru, że niech się Monty Python schowa...) i +50 do terror za wygląd (podobno nieraz żołnierze NVA uciekali na sam widok). I co najciekawsze, pomimo wyglądu przywodzącego na pierwszy rzut oka zylion absurdalnych projektów militarnych pogrzebanych przez historię, był to całkiem udany pod każdym względem pojazd.
Powstał w latach 50 w USA jako szybki i lekki niszczyciel czołgów, przystosowany do transportu powietrznego, w praktyce przeważnie robił za działo szturmowe, i to całkiem skuteczne. Koło 8-9 ton masy czyli pchełka (w późniejszym okresie, co cięższe śmigłowce mogły go przenosić). Przez to mobilny i szybki, tudzież nacisk na podłoże żaden w porównaniu z czołgami, które wtedy już osiągały powszechnie 50 ton - Ontos wcisnął się wszędzie i po każdym podłożu, a czołg niekoniecznie (czołgi na Półwyspie Indochińskim? przeważnie dżouk). 6 dział bezodrzutowych 105mm - skuteczność pocisków na lata 50 i 60 całkiem wystarczająca, 400mm przebijalności, zasięg rzędu kilometrów. Oczywiście - nikłe opancerzenie, ale jednak, kompletnie chroniące załogę, żadnych głupich półotwartych przedziałów itp. odchudzeń. Wada pozorna - system celowniczy w typie "złomex" i przystrzeliwanie z karabinów specjalnych .50 okazało się niezbyt dokuczliwe, jak opowiadał dowódca Ontosa z Wietnamu - "dobry celowniczy wprowadzał poprawki na podstawie smugacza, i strzelał celnie ze 105 zanim pocisk półcalówki uderzył w cel". Wada z gatunku "jak się nie ma co się lubi" - ładowanie z zewnątrz adaptowanych dział bezodrzutowych, pod ogniem nic fajnego (głównie dlatego Armia nie chciała go zamówić). Ale po to było 6 rur gotowych do strzału, wózek był mobilny i mógł odskoczyć do przeładowania, drzwi tylne ułatwiały przeładowanie, więc jakoś sobie radzono. Wada istotna - zapas amunicji 18 sztuk, czyli raczej mało.
Po prostu wzorcowe "jajko z młotkiem".
Załogi go ogólnie lubiły, piechociarze lubili (reguła nr 923 - piechota zawsze lubi mobilną artylerię szturmową direct fire, którą można mieć pod ręką na szczeblu plutonu, i nie ważne, czy to działo samobieżne, czy Onkos, czy porządny transporter opancerzony z granatnikiem czy rakietami, czy, w ostateczności, nawet pelotka w typie ZSU czy podobnych. Albo śmigłowiec czy inny gunship. Bo nie ma pewniejszego wsparcia, jak coś mobilnego, co podjedzie/podleci jak poprosić, i
po rozejrzeniu się, przypieprzy bez ceregieli z ogniem pośrednim); dowódcy też lubili, bo kto nie lubi artylerii w cenie fistaszków. Oczywiście, gdyby miał za przeciwników czołgi w "typowej" ilości, to może okazałby się bardziej jajkiem, niż młotkiem, ale niekoniecznie - wiele lekkich pojazdów dawało sobie radę na polach bitew, nasyconych innymi pancernymi bydlakami tak, że na pierwszy rzut oka, czas życia "maluchów" powinien być przyzerowy. A jednak masowe średnie działa szturmowe dawały radę w WWII, obecnie BWPy też jakoś tam sobie radzą (co prawda, kolega który był kierowcą BWP w latach '80 został powitany na szkoleniu taktycznym info, że średni czas życia jego BWPa na polu walki w obecności czołgów wynosi 17 minut. A bez czołgów - może godziny...).
Ontosa zastąpiły pojazdy z rakietami TOW, które to pociski tak naprawę miały tylko jedną zaletę - były kierowane, więc celność miały nieporównywalną. Ale inne parametry niekoniecznie lepsze. I cenę o pierdyliard dolarów wyższą. Dlatego typowe działa M40, z których pochodziła wersja dział Ontosa, można zobaczyć jeszcze nawet dziś,
na technicalach, i w wersji naziemnej, w całym Trzecim Świecie, np.
w ostatnich walkach z Libii. I czasem dziwię się, że w Trzecim Świecie ktoś nie tłucze kopii Ontosa, nawet niech bieda-kołowej, bo mam wrażenie, że nowoczesna wariacja na temat sprzedawałaby się jak świeże buły.
Szkoda, że nie kontynuowano prac nad wersją z ładowaniem rewolwerowym - mógłby być jeszcze ciekawszy pojazd. Wyobraźmy sobie Ontosa z dwoma lufami z rewolwerowym ładowaniem, albo to, czyli japońską wariację na temat "postawmy M40 na czymś", nie jako dubeltówke, ale z automatem ładującym...
Chyba po prostu lubię rzeczy, które wyglądają jak nierzeczywiste, działają rzeczowo, i jeszcze na deser nazywają się The Rzecz, i to po grecku. Kudos!