W zamieszaniu ogólnym, jednak kompletuję sobie sprzęt muzyczny do przeprowadzki. Pewnie zabiorę od razu co się da, także analog i winyle.
Żałuję, że mam tak mało dobrej poważnej, że w ogóle nie mam czasu jej słuchać. Ale to może się zmienić, bo cóż innego będę miał do roboty przez następne miesiące, poza słuchaniem muzyki. I czytaniem. I pisaniem.
I nagle wpadam na
notkę u Nameste, z którą mniejsza czy się zgadzam (samaniewiem), ale w której fragment o
Romeo i Julii Prokofiewa trafia mnie obuszkiem. Bo właśnie rozmyślałem jw. czemu mam tak mało klasyki, a mało co jest większą w moim małym światku niż Prokofiew.
Czasem mi się zdaje, że muza plus obraz/ruch to więcej niż muza, a czasem jednak, że mniej, bo wyobraźnię zabiera, ale jedno pewne - bywają dostarczane obrazy, do tej samej muzy, nieporównywalne w ogóle ze sobą pod względem siły i jakości przekazu, i tu Nameste ma 100% racji w notce, że w dyskutowanym tańcu Royal Ballet to może ekipie Bolshoi najwyżej baletki czyścić. Bo zresztą, rosyjski balet to jest, przeważnie, po prostu, TO.
Co mi przypomina najbardziej fenomenalny balet jaki w życiu widzieliśmy - załapaliśmy się na "Mistrza i Małgorzatę" w realizacji
Eifmana, jeszcze w Leningradzie, około 1990. Niestety, youtuba ma tylko słabej jakości obrazki, ale daje to jakieś pojęcie, jeśli ktoś zainteresowany:
Muza Pietrowa akurat nie była bardzo mocną stroną tej realizacji, ale za to balet... Woland... całość i wrażenie na żywo... no słów mi brak. Słusznie Eifman opowiadał, że w 1986 czy 87 nie miał żadnej nadziei, że pozwolą mu to wystawić i zupełnym fuksem załapał się na pierestrojkę i nowe podejście do sztuki. Bo jeszcze w 1990 było to coś niesamowitego.
I na koniec zasmuca mnie, bo zapewne istnieją całe obszary muzyki, baletu, teledysku, itd. których nie widziałem, nie słyszałem i nie mam czasu i środków, a nawet zbytnio - woli, żeby po nie sięgać.
Stąd wracam na początek - muszę spiąć się, i pod pretekstem przeprowadzki pobrać znacznie więcej muzy poważnie poważnej.