...czyli wycieczki mało-wiele, czyli wypad do Aberdeen z żoną i robotą.
Początek wyszedł jakiś taki zdupny, bo koledzy zgubili mi samochód. Hm, brzmi dziwnie. Po kolei - van nam się pomału rozłazi, więc miałem wziąć służbową hondę crv (niezgorsza, poza ręczną skrzynią). Ale kolega gdy ją przepakowywał zauważył, że światełko zdechło, i podrzucił ją do autoelektryka po sąsiedzku i że "za pół godzinki światełko zrobią". Za pół godzinki okazało się, że nie ma ani wozu, ani kluczyków, ani autoelektryka (możliwe, że zamknął wóz w warsztacie). Unbilivibili. Stąd wylądowałem w kolegi służbowym seacie ibiza tdi w manualu, pełnym "roboczego" krapu kolegi - co mi nie poprawiło humoru przed delegacyjką. Jedyny jasny punkcik tego wózka to w miarę żwawy napęd i pełniusia elektryka, o reszcie lepiej nie mówić.
Ale cóż, wywaliliśmy trochę zbędnych gratów, zapakowaliśmy się i przejechaliśmy się do Aberdeen. I nawet jakoś przeskoczyliśmy śnieg (niewielki) i wichury/deszcze (niewąskie). Grażka obłaziła całą esplanadę (a nawet Esplanadę), obejrzała sobie port, statki, nawet przypływ ładnie zauważalny.
A ja, cóż, zrobiłem klientowi dobrze (trudno powiedzieć w jakiej kolejności se namieszali, ale jeśli ktoś "miesza" a nie potrafi sprawdzić zwykłego 4-20mA i podstawowych parametrów falownika, no to musi zapłacić komuś, żeby to zrobił za niego, jeśli rozumiecie co mam na myśli). Czyli w pewnym sensie przez
rok niewiele się zmieniło.
Ale jednak - wycieczki są miłe.
PS. właśnie odkryłem jak bardzo obolały jestem po pier... kopaniu się z pedałami i po pierd... poniemiecko-frankistowskim fotelu. Wycieczki są miłe, ale może lepiej nie w gównianym seacie.