... lecz takie są widać wytyczne
by kochać cię jak Irlandię.
Nie przepadam za solidnie planowanymi i "dużymi" wycieczkami w super-popularne miejsca, bo jest z nimi tyle zachodu... Trzeba wytyczać, planować, kombinować, bukować noclegi z wyprzedzeniem. Ryzyko nieprzewidzianych przypadków krzyżujących plany, czy nawet ryzyko pogodowe, jest znacznie większe niż przy naszych typowych spontanach 1000 kilometrowych "bo akurat słońce wyszło".
Rzecz jasna, ze spontanami są inne problemy - np. okazuje się, że 400-500km zasięgu weekendowego to nie jest jakoś porażająco wiele, oraz, że przeważnie dopiero po powrocie i rozkminie powycieczkowo - fotograficznej dowiadujemy się, co żeśmy "po drodze" przeoczyli albo ominęli. No i całkiem często odbijamy się od "niespodziewanie" zamkniętych obiektów.
Zabawne, a może "zabawne", że powyższe dylematy i "sprzeczności" planowania wycieczek wydają się nieuniknione, a przecież są tylko wyrazem biedy, czy mówiąc elegancko, "przymusów ekonomicznych". Bo jeśli ktoś dysponuje odpowiednimi środkami, to ani czas (ergo - nawet pogoda, jeśli można se od niechcenia przełożyć wycieczkę), ani noclegi, ani oczywiście sam transport czy organizacja itp. nie jest problemem, jak dla nas. Wszystko to jest względne rzecz jasna, ktoś kto ma na "urlopy"/wycieczki o rząd wielkości większe środki niż my, ma o rząd wielkości łatwiej czy bardziej komfortowo; ktoś, kto ma o rząd wielkości mniejsze środki niż my, ma o rząd wielkości trudniej czy mniej komfortowo.
Morał jest trywialny, ten sam, co zwykle, "pieniądze szczęścia nie dają, ale płacz w lexusie jest nieco wygodniejszy, niż w autobusie".
Z pozornie innej beczki, jeśli znajoma emigracja chciałaby się spotkać z nami w Dublinie pod wieczór we wtorek 04-06-2019, niech poszuka kontaktu na zakładce "autor".