Jakieś zapracowanie ostatnimi czasy, na przykład na delegacji w Irlandii Północnej tydzień temu. Nie miałem za wiele luzu, ale uparłem się, że mając do dyspozycji tylko późne popołudnie plus wieczór jednak coś zwiedzę, tyle że bez napinek i logistycznie "coś łatwego".
Padło na
Mount Sandel Fort i okolice, przedmieście sporego (jak na Irlandię) miasteczka Coleraine, na północnym wybrzeżu, przy ujściu rzeki Bann.

Mount Sandel ma dwa znaczenia. Wzgórze dawnego grodziszcza epoki żelaza, później zameczku średniowiecznego (na zdjęciu), jest efektowne, zaskakująco wysokie i nieźle zachowane, ale dosyć typowe. Przypomina inne założenia w tym rodzaju, jak Europa, a może i świat, długi i szeroki - rzeka wycina coś na kształt klifu, może nie aż cypla (pod spodem muszą być skały, skoro od tysiąca lat wzgórze jest tam, gdzie jest) - no to odcinamy cypel/wzgórze fosą, materiał przerzucamy na planowane grodziszcze, podnosząc je i umacniając; stawiamy jakiś częstokół czy wał, czy mur, zależy na co nas stać, i włala, mamy siedzibę władyki, warlorda, rycerza czy komesa, jak wszędzie, za lata 1000pne-1500ne mniej więcej.
Ale drugie znaczenie jest ważniejsze. Otóż miejscówka u ujścia Bann, gdzie rzeka jest już sporą i zasobną, ale jeszcze nie "morzem" i do przepłynięcia, na obronnym z natury klifie, była "zbyt dobra", żeby leżała odłogiem aż do epoki żelaza. Każdy przytomniejszy Janusz, który widział te miejsce przez wieki miał zapewne "ej, tu jest spoko, rzeka i las, niedaleko do morza, i klif niezły do odcięcia i obrony, no i rzeka nas nie zaleje na nim, nie to co po drugiej stronie, GRAŻYNA, TU ROZWIJAMY CHAŁUPĘ!".
I tak zrobili już około 7000 lat przed naszą erą. Bo obok fortu ziemnego czy grodziszcza, nieco na wschód (na zdjęciu - w dół, dalej od rzeki), odkryto stanowiska ze średniej epoki kamiennej. Czyli myśliwych-zbieraczy, jeszcze sprzed uprawy, hodowli itd. "pakietu neolitycznego", ale już z finezyjniejszymi narzędziami itp. i nieco różnorodniejszą "cywilizacją", niż ganiający się za mamutami paleolitycy.
Stanowisko pod Mount Sandel jest prawie-najstarszym mezolitycznym odkryciem w całej Irlandii, jedyne starsze to jakieś ślady po jaskiniach. A Mount Sandel to już nawet ślady chat w typie jurty z żerdzi, obite skórami prawdopodobnie, i palenisk, i podobno suszarni ryb, a nie tylko parę narzędzi i obgryzionych kości.
Na moje oko, miejscówka jest tak dobra, że musiała być w użyciu prawie ciągle przez ostatnie 9000 lat. Tyle, że grodziszcze "zniknęło" wszystko, co było pod nim i w obrębie wykopu pod "fosę", więc wykopaliska z lat '70 odkryły ślady tylko od "fosy" w "las". Należałby całe wzgórze przekopać warstwami aż do skały na poziomie rzeki i byłyby pewnie po drodze wagony artefaktów i odkryć, no ale nikt się na tak inwazyjne "skanowanie" zabytkowego grodziszcza nie zgodzi.
Skądinąd, jest to już z powrotem las, a dalej osiedle Mountsandel po prostu; w terenie nie ma większych śladów po wykopaliskach, co najwyżej zapomniana tabliczka "tu wykopaliśmy mezolity około 1970". Więc wycieczka w przestrzeni nie jest zbyt efektowna, widziałem fajniejsze wykopaliska czy grodziszcza; ogólniej rzecz biorąc, poza megalitami neolitycznymi jak dolmeny czy inne kurhany, nie warto oczekiwać po takich miejscówkach zbyt wiele - przeważnie jakiś las czy łąka czy wzgórze i po paru dekadach nawet śladu nie ma po ważnych odkryciach i stanowiskach sprzed tysięcy lat.
Ale lubię sobie obejrzeć miejsce, poczuć atmosferę takiego mezolitycznego Mount Sandel czy jeszcze starszego
Cramond w Szkocji (ok. 8500pne). Rozejrzeć się po terenie, rzece, linii brzegu; o których wiemy, że są mniej więcej takie, jak były te 9000 lat temu, że nie zalała wszystkiego woda, że jezioro nie zamieniło się w torfowiska, że las, nawet jeśli skarlały, jest tam gdzie był las od czasów ustąpienia zlodowacenia. Wyobrazić sobie ludzi, małe rodzinne plemiona i "osady", próbujące się utrzymać na wygodnym styku dwu żywiołów - wody (rzeka jako spichlerz i droga?; morze jako spichlerz i ryzykowna autostrada?) i puszczy (dla nich - groźnej żywicielki?).
To ważne ćwiczenie moim zdaniem, bo na co dzień nie tylko my, laicy, ale i mam wrażenie, specjaliści, archeologowie i historycy, nie rozumiemy czy wypieramy, jak bardzo inne były te światy i jak bardzo obce. Jesteśmy w najgłębszych pokładach naszej kultury, cywilizacji, w samym rdzeniu, dziećmi indoeuropejskiej Europy i rewolucji neolitycznej. Do czasów historycznych czy wręcz nowożytnych, nie przetrwały praktycznie żadne kultury zbieracko-łowieckie w Europie czy większe przekazy o nich, a archeologia dostarcza tylko trochę, ale nie za wiele.
Można wyobrażać sobie, że mezolityczni pre-europejczycy byli mniej więcej jak niezbyt-neolityczni Indianie Ameryk czy niektóre kawałki Azji, gdzie długo przetrwały kultury łowiecko-zbierackie. Ale czasem mam wrażenie, że to jest równie sensowne, jak wyobrażanie sobie neandertalczyków jako prawie-małpy, czy paleolityków jako typowych "jaskiniowców".
Już samo to, że kultury mezolityczne, te osady na granicy puszczy i wody, były w miarę stabilne przez jakieś 6000 lat (powiedzmy, kolonizacja Irlandii, wzg. późna, to ok 10000 pne, "pakiet neolityczny" w Irlandii to ok. 4000 pne; na kontynencie podobna rozpiętość, tylko zaczęło się wcześniej oraz wcześniej przyszło rolnictwo i hodowla), powoduje mi opad szczęki i mindblow.
Obczajcie - na skali czasu cała "nasza" historia, indoeuropejska, od stepów i kurhanów, przez Partenony i katedry, religie i parostatki, po dziś dzień, jest co najwyżej porównywalna.
Zaoraliśmy, dosłownie i w przenośni, Europę bardzo dokładnie, po Tamtych nie pozostał żaden istotny ślad, materialny, kulturowy, genetyczny nawet.
Ale miejsca zostały.