Jest takie dosyć popularne podejście i pojęcie, że wycofanie ze świata, wewnętrzne emigracje, te wszystkie chińskie i japońskie klasztory na pięknych górkach czy inne leśniczówki w Bieszczadach; te wieże z kości słoniowej myślicieli i naukowców czy wyobcowane apartamenty bogaczy i celebrytów na wysokich piętrach apartamentowców; te wszystkie oświecenia i alienacje - to ruch w górę, uwznioślenie, droga do Boga albo bóstwa albo do nieba i świętego spokoju, i w ogóle z wysokiego narożnika dowolnej Świątyni cały świat jest w dole.
Tylko, że nie.
Właściwa analogia jest odwrotna - oczywiście cały świat i cały social network był, jest i jeszcze długo będzie tam gdzie zawsze, na płaszczyźnie - to delikwent jest coraz niżej i niżej, nie ważne czy z powodu oświecenia czy depresji czy sławy i bogactwa czy co tam innego akurat powoduje alienacyjne ciążenie. Najłatwiej przekonać się, jak właściwa jest perspektywa, w której odpada się i opada się od powierzchni świata do własnego mikrokosmosu-osobliwości (oby nie do osobliwości-w-samotności), to jeśli spróbować wrócić znad horyzontu zdarzeń do normalnej płaskiej przestrzeni i jednorodnego pola społecznej grawitacji ludzi, zdarzeń, zjawisk. To oni są W GÓRZE.
Praca jakiej to wymaga jest gigantyczna. A w pewnych przypadkach wydaje się nieskończona - co chyba pośrednio sugeruje, że osoba jest już pod horyzontem zdarzeń.
Żeby było jasne - pomimo negatywnych konotacji i złych skojarzeń studni grawitacyjnej czy czarnej dziury nie mówię, że te oderwania-opadania są koniecznie złe czy negatywne, osobowość-osobliwość na dnie społecznej studni grawitacyjnej może być całkiem dobrą i szczęśliwą osobliwością. Może.