Notka z cyklu
"marynat" ulęgła mi się pod pretekstem rocznicy pewnego wydarzenia, ale też z ogólnego namysłu ostatnio, nad impotencją obecnych ludzi, organizacji tzw. Zachodu. "Ku pokrzepieniu serc" spróbujmy przyjrzeć się czasom, kiedy ludzie robili, próbowali robić to, co słuszne; merytorycznie, pragmatycznie i do utraty tchu, a nie kręcąc przy tym emocjonalne i emocjonujące "lody", i do prawdziwego końca, a nie co najwyżej do momentu znudzenia się dyskusją, końca psychologicznych profitów i "a teraz niech ktoś się tym zajmie".
Royal National Lifeboat Institution (RNLI), brytyjska morska służba ratunkowa, ma dokładnie 200 lat, powstała w 1824. Oczywiście, przez dwa wieki zmieniała się nazwa, organizacja, o sprzęcie nie mówiąc. Ale fundament i zakres działania, pod wysokim patronatem monarchy angielskiego (pozwolenie na "royal" dostali praktycznie od ręki za Jerzego IV, oficjalny royal charter w 1860), pozostaje ten sam: organizacja charytatywna (bardzo rzadko dofinansowana przez rząd itp.), obsadzona głównie przez wolontariuszy, ratująca ludzi na morzu przybrzeżnym i śródlądowo nieco też, w okolicy Wysp Brytyjskich (całych, tj. działa też w całej Irlandii).
Łódź podobna do dyskutowanej w notce, nieco wcześniejsza, 1862W XIXw ruch morski wkoło Wysp rozwinął się wielokrotnie, rozwinęła się też sieć stacji RNLI, ilość łodzi, ludzi, ale też wezwań i akcji. Dla ustalenia uwagi, praktycznie do I wojny prowadzonych przeważnie ciężkimi wiosłowymi łodziami - "szalupami", (prawie) niewywrotnymi, obsadzonymi przez najtwardszych ludzi morza, ochotników z nabrzeżnych wiosek i miasteczek.
12 stycznia 1899 wieczorem o 19:52 do stacji RNLI w Lynemouth, wsi na wybrzeżu Devon, ale od strony tego drugiego Kanału, tj. na północy nad Kanałem Bristolskim, czyli wodą oddzielającą Walię od Devon i Kornwalii, dotarło telegraficzne wezwanie alarmowe. Wkoło cały dzień dmuchał średni sztorm, więc nie było to bardzo dziwne.
Na Kanale kilka mil od Lynmouth 1900 tonowy trzymasztowy szkuner
Forrest Hall stracił ster, wzięty na hol porwał liny, znosiło go na skały, razem z 18 osobową załogą.
Zwarta i gotowa ochotnicza ekipa RNLI w Lynmouth nie była w stanie wypłynąć ciężką łodzią ratunkową z półotwartego ujścia rzeki West Lyn, pod wiatr i fale sztormu.
Zamiast załamać ręce i oddać sprawę Dowolnie Wybranej Osobie Boskiej (or compatible), ekipa RNLI podchwyciła szalony pomysł sternika (ergo - szefa łodzi) Jacka Crowcombe, że z Lyn za Chiny Ludowe nie wypłyną, ale z porciku rybackiego Porlock Weir, mającego niezłą osłonę od zachodu namiastką półwyspu i wzgórzem, powinni dać radę wypłynąć.
"Drobnym" problemem było to, że Porlock Weir leży jakieś 15 mil (24km) na wschód od Lynmouth, licząc drogą, jak też po drodze jest wzgórze Countisbury Hill, nieduże, "tylko" jakieś 434m nad poziomem morza (chyba nie muszę tłumaczyć, że łódź była na poziomie morza?).
Dla jeszcze dokładniejszego ustalenia uwagi, łódź
Louisa na podwoziu miała 10m długości i ważyła 10 ton.
A, żebym nie zapomniał: wjazd pod i z górki Countisbury miał mniej więcej 25% nachylenia, jak 1:4.
Czy wieczorem 12 stycznia kogoś to powstrzymało? No chyba rozumiemy się, że [censored] nie, bo by notki nie było.
Sześciu chłopa ruszyło natychmiast na drogę, POSZERZAĆ JĄ w niektórych miejscach.
We wsi nastąpiła totalna mobilizacja. Do zaprzęgu znalazło się 18 koni, zebrała się ponad setka ludzi, w tym kobiety i dzieci.
Pchając i ciągnąc, w sztormie i ciemności, konie i ludzie wciągnęli 10 ton na 430m wzgórze pod 25% górkę. Po drodze naprawiając koło wózka łodzi, które złośliwie odpadło.
Na szczycie odsapnęli przy Blue Ball Inn, wszystkie kobiety i dzieci, i część mężczyzn, wrócili do Lynmouth, zostało 20 chłopa, żeby przejechać a potem asekurować, również 25%, zjazd w stronę Porlock Weir. Po drodze udało się dobrać 6 koni u farmerów na wzgórzach, czyli mieli 20 (tak, rachunek zgadza się, cztery konie padły po drodze).
Na skraju Porlock okazało się, że łódź na wozie nie zmieści się między domami. Właściciel pozwolił zburzyć narożnik domu, żeby przejechała.
Poniżej okazało się, że najkrótszą drogę do pochylni zmył sztorm, potrzebny był mały objazd.
O 6:30 rano po 10 godzinach dotarli do pochylni w Porlock Weir, łódź została natychmiast spuszczona na wodę, załoga powiosłowała w sztormie do
Forrest Hall, któremu udało się rzucić kotwicę i zatrzymać przed samym brzegiem Devon i rozbiciem, ze dwa kilometry na wschód od Porlock.
Statek był w miarę stabilny na kotwicy, jego załoga też walczyła o przetrwanie całą noc. Łódź ratunkowa RNLI jeszcze nie zdejmowała załogi, wszyscy czekali na świt, ale żeby utrzymać się W MIEJSCU ochotnicy RNLI musieli cały czas wiosłować.
O poranku dotarły holowniki, podano hole, ale załoga statku była tak wyczerpana, że nie była w stanie podnieść kotwicy, ludzie z Lynmouth musieli wejść na pokład i pomóc.
Łódź RNLI na wszelki wypadek asystowała przy przeciąganiu
Forrest Hall na drugą stronę Kanału, do walijskiego Barry, szczęśliwie dotarli tam 14 stycznia o 5 rano.
Louisę i jej nadludzką załogę odholował do Lynmouth parowiec, nie musieli znowu mierzyć się z kilkudziesięcioma kilometrami morza...
I tyle. Akcja była umiarkowanie głośna, ale nie za bardzo, bo ani nie największa, ani cel nie był znaczący, czy rozbił się na serio, no i nikt nie zginął. Więc media, plotkarze i podobni, nie mieli za wiele pożywki z tego wydarzenia.
Ale ja mam, zastanawiając się, kiedy motta, jak motto RNLI, wykute na pomniku założyciela, Williama Hillary, postawionego przy siedzibie RNLI ku czci ponad 600 ochotników, którzy zginęli niosąc pomoc innym, stały się bardzo bardzo pustymi sloganami, zamiast dość prozaiczną wskazówką: MAJĄC ODWAGĘ, NIC NIE JEST NIEMOŻLIWE.