Jakiś czas temu pracodawca podłapał projekt u wiodącego producenta łyskacza single malt (ale innego i nieco mniej wiodącego, niż moje
poprzednie przygody) - nieco podobnie jak wtedy, budowa systemu sterowania dla 8 fermentatorów, całkiem nowych, włączonych w istniejące systemy dużej (i głównej i znanej) gorzelni. Projekt dostał koleś całkiem kumaty, acz z przyzerowym doświadczeniem w gorzelniach, co mnie nieco zdziwiło, gdyż "to ja tu jestem policja", tj. jedyny kumaty w praktyce w szczegółach fermentatorów i podobnych, no ale z zadawania pytań "czemu ja nie dostałem tego projektu?" wyrosłem gdzieś tak około 1999; nie moja sprawa jak pracodawcy wykorzystują dostępne zasoby, i jakie mają powody dla swoich decyzji. Zresztą, sam pamiętam parę powodów, dla których nie dałbym sobie jeszcze raz tego czy podobnego projektu, jakbym był pracodawcą, co nie.
Kolega, normalnie przyjazny i miły, acz z natury nieco nerwowy (w sensie - ew. drobne jąkanie i nerwice, a nie, że jak przekroczy masę krytyczną wkurwu, to zostaje krater), dłubał w projekcie przez parę miesięcy, starzejąc się w tempie ok. roku na miesiąc, rzucając niespotykanymi u niego przekleństwami, kiedy zwieszały mu się środowiska developerskie za tysiące funtów, itd. itp.
Nie wnikałem za specjalnie, bo mam dosyć swoich porąbanych projektów z niekumatymi ludźmi, żebym miał jeszcze wnikać w cudze, ale nie dało się nie zauważyć, że projekt jest z gatunku podobnego jak moje fermentatory 4 lata temu, tj. trudny i pod górę, bez odpowiedniej wiedzy, zaplecza, zasobów, itd. Np. odbiór "na sucho" programów u nas na miejscu trwał bodaj tydzień, a plotka mówi, że był jednocześnie upierdliwy i wyłącznie symboliczny. No ale hasztag-a-co-nowego.
Ze dwa czy trzy tygodnie temu, koledzy ruszyli uruchamiać system na obiekcie. Znaczy, idea, wyjęta z czyjegoś odbytu chyba, była, że kolega A (projektant jw.) będzie wspierał na początku, ale głównie minimalnie i zdalnie, a uruchomieniem zajmie się głównie kolega B. Kolega B jest młodym inżynierem, raczej elektrykiem, z jakąś praktyką w programowaniu, ale brakami wiedzy głębokość Rowu Puerto Rico, no i deficytami uwagi i skupienia klasy Rowu Mariańskiego.
Po chwili okazało się, że jest źle, a nawet bardzo źle, i kolega A musiał udać się na północ, ratować co się da, bo klient dostał wkurwu.
Przez to, że wybył z nagła, musiałem przelecieć się za niego do Irlandii Pn. na farmę wiatraków w budowie. Oczywiście, nie widziałem wcześniej tego projektu na oczy, no ale - Irlandia wygląda jak nieco przypłaszczona Szkocja, Belfast wydaje się mały, a wiatraki są budowane jak to wiatraki, czyli zwykłe SNAFU. Tj. systemy są składane przez elektryków, którzy nie mają pojęcia o osieciowaniu i nowoczesnych systemach automatyki (np. na moje obiekcje, co do logicznie pozaplatanych jak kołtun trzech sieci prywatnych TCP/IP, łączących różne urządzenia i raczej trudnym zdalnym dostępie do niektórych (co im się z nagła zamarzyło), menago odparł "Jak to nie ma sieci?", okazując na telefonie zasięg 4G...).
Zanim jeszcze odleciałem z Irlandii do domu (poprzedni czwartek), złapał mnie dyrektor ds. nieważnych (główny dyro akurat na wakacjach był), czy nie przejechałbym się następnego dnia do gorzelni w dolinie Spey na chwilę albo i dłużej, bo szambo narasta i gęstnieje, i kolega A nie ogarnia a nawet chce wracać do domu na weekend, kolega B, cóż, wiemy rozumiemy ile może zrobić, a klient zara wybuchnie jak bomba.
Obśmiałem się gromko, aż podwożący mnie między wypożyczalnią samochodów a lotniskiem kolo się wystraszył, i zaznaczyłem, że gówno wiem o projekcie, gówno wiem o kliencie oraz gówno wiem o obiekcie, pomimo doświadczenia z gorzelniami, więc czy na pewno dyrekcja wie, co mówi i o co się prosi? Tudzież nawet jeśli jakimś cudem zrobię cokolwiek w Highlandsach, w poniedziałek inny klient, u którego byłem już umówiony, będzie na granicy wybuchu, a zaraz potem następny, od moich wiatraków. Nie wspominając dawno wkurzonego klienta z projektem opóźnionym o miesiące...
Poproszono mnie, żebym może jednak. Stwierdziłem, że jak sobie chceta, mogę się przejechać i udawać inżyniera i mądrze kiwać głową. Dzieci mi nie płaczą, żona jest przyzwyczajona, ja po dekadach mam już dostatecznie zen wyjebane, żeby mi powieka nie drgnęła na takie czelendżowanie kejsa.
Kolega A uciekł zaraz do domu, leczyć na łonie rodziny stargane nerwy; kolega B został ze mną, na poły pomagać (bo jednak po dwu tygodniach kumał projekt i szczegóły znacznie bardziej niż ja, który nigdy tego wszystkiego na oczy nie widziałem), na poły z letka wkurzać nieogarem i głupimi pomysłami.
I tak przesiedzieliśmy poprzedni weekend i tydzień, z małą przerwą, bo przejechałem się na chwilę do domu z przyczyn nieważnych (Szkocja jest mała, 3-4h jazdy w jedną stronę, to jest nic dla Prawdziwego Twardziela (TM)).
Projekt okazał się zjebany wielostronnie, wielokrotnie i wielopoziomowo znaaacznie bardziej niż się spodziewałem (nieco uprzedzając wypadki, jak w końcu przeczytałem założenia, waruny, oferty, itp. obśmiałem się jak norka i że tak bardzo zgadzają się z
komciem pod poprzednią notką). Nie chce mi się wypisywać nudnych szczegółów, więc w dużym skrócie: to jest gorzelnia osieciowana na maksa hej (co oznacza, że po wysadzeniu parę razy
całej sieci w kosmos, czasem z winy kolegów, czasem z winy niezwykle drogich i spieprzonych sprzętów, jesteśmy dosyć, eee, "popularni" na obiekcie); używają zaawansowanych i kompletnych rozwiązań firmy Rockwell (FactoryTalk plus PlantPAx), które są bardzo fajne, tylko, że niekompatybilne wstecz (np. kolega zrobił całą niedużą SCADA w zbyt nowej wersji, więc musiał zrobić ją jeszcze raz, bo nie ma importu wstecz, a nikt normalny nie zupgrejduje wielkiego obiektu do "troszeczkę nowszej wersji", ryzykując po prostu zatrzymanie wszystkiego); obiekty osadzane w PlantPAx (czyli między PLC a SCADA) są przekombinowane jak coś naprawdę NAPRAWDĘ przekombinowanego; plus lista zwykłych bugów, małym druczkiem, dłuższa niż moja noga, i tylko nieco krótsza życzeń i drobnych poprawek klienta. O zwykłych brakach i dziurach w dodatkach do SCADA (alarmy, trendy, itp., wszystko ponad bazową funkcjonalność), nawet jeszcze nie zaczęliśmy rozmawiać.
Aha, dla ustalenia uwagi, 8 fermentatorów jest przekombinowanych "hydraulicznie" i operacyjnie też, bo użyli spec zaworów, spec topologii, 4 chłodnic na 8 zbiorników, itd itp. Więc niby to tylko 8 wielkich drewnianych kadzi plus trochę rur, ale tak naprawdę schemat hydrauliki (więc i np. główny ekran SCADA) przypomina niezbyt ogarnięte spaghetti. Tudzież połowa zadań (od strony wielkich parzelników, wypompowania zacieru w stronę destylarni, no i całe mycie i czyszczenie), jest włączona w stare obiekty, zarówno "hydraulicznie", jak i programistycznie. Co działa różnie, poprzecznie i podłużnie, jak na razie.
Pomimo tygodniowych starań i wspólnego siedzenia z klientami nad tematem po 16h dziennie, szambo nam opadło spod oczu pod nos, może. Ale daleko jeszcze do pełnej funkcjonalności czy rzetelnego pospinania ze starymi obiektami.
Był plan, żeby kogoś z młodszych inżynierów złożyć w ofierze bogom automatyki, gdzieś na wzgórzach nad Spey, że może to pomoże i przyspieszy nasze testy i debuggowanie, ale plan upadł, bo kolega B nie wydaje się być ofiarą, którą jakikolwiek rozsądny bóg, nawet Cthulhu, zechciałby z radością oglądać, a koleżanki od klienta może i by się nadawały, ale trochę szkoda jednak. Zresztą, koleżanka sama się złożyła w ofierze na ołtarzu przemysłu i wcale nie poszło szybciej, a nawet wprost przeciwnie. Akurat nie byłem obecny, ale z opowieści - główny menago projektu od klienta motzno rozciął paluszek o niewykończone drzwi, ale że to szkocki twardziel, to nie chciało mu się iść do baraków do apteczki, tylko przyszedł piętro wyżej w kącik koło szaf sterujących, gdzie dłubiemy na cztery albo i sześć rąk, na 4 czy 5 laptokach, po taśmę elektryczną, żeby se palec zacisnąć i opatrzyć - na ten widok młoda pani inżynier, wice menago projektu, odłożyła kanapkę, nieco zbladła, po czym jak stała, tak padła bezprzytomnie. Na szczęście (bo moje pierwsze pytanie, jak mi pokazano ślady krwi na przemysłowej kracie, która robi za podłogę na szczycie zbiorników, było "TWARZĄ?"), uderzyła "tylko" tyłem głowy, więc nieduża kałuża krwi, szycie i może mały wstrząs mózgu; bo huknęło, że koledzy myśleli, że rusztowanie poleciało piętro niżej. Ale że menago z rozciętym paluszkiem powiózł ją do szpitala za róg, oraz że z powodu minor i major accidents, zebrana naprędce komisja bardzo uważnie przyjrzała się burdelowi wkoło i stanowi pomroczności jasnej wszystkich obecnych, poproszono niedobitego "paluszkowego" menago, żeby se poszedł do domu i nie wracał na razie. A my wybyliśmy zaraz za nim, bo bez obu managerów nie dało się pracować, zarówno formalnie jak i funkcjonalnie. Stąd straciliśmy pół czwartku i piątek, nie to żebyśmy nic nie zrobili, no ale.
Meganeros klienta mają wrócić jutro, więc ja też mam tam wrócić - gdyż kolega A (projektant) z pracy woli jednak nie wracać. Pewnie PTSD mu się może niechcący wzmocnić.
Jest wersja, że się boi klienta, no bo fakap jest fakap, a dodatkowo z powodu, że jeśli ja w 5 min. robię jakieś poprawki czy sztuczki-magiczki, o których ktoś twierdził, że "się nie da" albo że "Rockwell tak ma", klient naturalnie zauważa, że się nie dało, a tu nagle się da, i wyciąga nieuchronne wnioski.
Jest też wersja, że boi się mnie, zupełnie niepotrzebnie, gdyż mi to wszystko lotto, i może nie kołczuję ani nie pouczam "w imię zasad" i wydaję się zdystansowany na żale kolegów, no ale przecież nie trzeba się mnie zaraz bać (a tę zjebkę przez tele, zabrane koledze B, dostał za niewłaściwe i w złym momencie interakcje z kolegą B, a nie za zylion bugów i dziur, i głupot w projekcie). Jak komentują ludzie obyci (ze mną) "mięczak jakiś" - ale możliwe, że to dlatego, że ludzie obyci mają 20 lat praktyki w obyciu, kolega ma dopiero kilka lat.
Ogólnie, ciąg dalszy nastąpi, a zen-wyjebanie wydaje się podstawą pracy ponowoczesnego inżyniera.