(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Ktoś mnie zapytał czemu poszedłem sobie w diabły z blipa.
Odpowiedź długa, dobra i piękna jest w eseju Jacka Dukaja "Za długie, nie przeczytam" i w minieseju Paula Grahama "Disconnecting Distraction" (via Ogólna teoria wszystkiego).
Odpowiedź skrócona i po mojemu - nie mam ochoty jeszcze bardziej przebudowywać sobie strukturę mózgu, co korzystanie z social networków i messengerów gwarantuje, szybko, drastycznie, i jak się wydaje, prawie nieodwracalnie. Już wystarczająco zjebał mi mózg "normalny" networking, usenset, google, fora, itp. i nie życzę sobie jeszcze większych problemów ze skupieniem, ba, z resztkami skupienia, z prokrastynacją, z rozumieniem słowa pisanego, i z wyobraźnią, żeby jeszcze mocarniej warunkować się blipem, twitem czy innymi podobnymi smsami. Zresztą, z podobnych powodów zawsze znajdowałem niekomfortowym i daremnym irca czy chaty, nawet gg czy shoutboxy na forach.
Jasne, że w ten sposób wyłączam się ze sporego kawałka teraźniejszości w sieci, tudzież z przyszłości ludzkości - bo moim zdaniem przyszłość to zanik myślenia analitycznego na rzecz asocjacyjnego; zawężenie fabuł czy wątków już nie do rozmiaru klipu, ale do półminutowej reklamy; i wykształcenie u większości wykształconej i podłączonej do nowych mediów populacji procesu analizy-decyzji-emocji (analizy jezykowej i okołojęzykowej strumienia docierających danych; decyzji co analizować, ergo "w co kliknąć" i gdzie przeskoczyć dalej, i dlaczego za 5min a nie za 5s; i emocji i pamięci wyzwalanych przez pierwsze dwie), związanych w jeden nierozplątywalny konglomerat, na który jeszcze nawet nie ma nazwy ("ADE", analyse-decision-emotion, analiza-decyzja-emocja, w sumie jest niezłe, "ja byłem dziecko emo, a ty jesteś dziecko ade", "mam niskie ade", "jej ade jest najszybsze w klasie").
Bo ogólniej, w moim wieku i kąciku, mam wyjebane na większość świata, i co sobie i o mnie ludzie myślą. A jeszcze lubię to jaki byłem i jestem, i chciałbym taki pozostać - chcę nadal móc przeczytać w dwa popołudnia grubą książkę, a nie odkładać każdą zmęczony i znudzony po 40 stronach; nie chcę stracić zdolności analitycznego planowania procesów czy projektów w 40 krokach i dla 10 zmiennych (nawet jeśli to samo można osiągnąć asocjacyjnie/intuicyjnie i też jest fajnie i zen); nie chcę stracić resztek zdolności (i tak przecież niewielkich, w ludzkiej naturze) oddzielania emocji i pamięci od decyzji i/lub "tekstu"; chcę potrafić pracować 8h nad jednym problemem, bez 4h prokrastynacji "w międzyczasie". W skrócie - jednak dobrze mi z byciem dinozaurem, a grubych książek i normalnych filmów starczy mi jeszcze na długo.
W szczególe, jeśli się zastanowić (i moim skromnym zdaniem), sporo konfliktów i kwasów jakie powstają i powastawały w moich rozmowach z pokoleniem ADE (czyli niektórzy około 30 i większość około i poniżej 20), jest niezależna od mojej niewątpliwej bucery, czy od orientacji oponentów, ale jest wynikiem właśnie sposobu myślenia, a nie tematu, orientacji, czy nawet argumentów. Wydaje się mniej ważne, czy strony to korwinoidalny prawicowiec, lewicujący feminista, czy randysta-anarchista, ważniejsze, czy są ADE czy nie, czyli czy mają podobne struktury umysłu i wrażliwość decyzyjną i na strumień tekstu i hipertekstu. Gdyż oczywiście, że się pokłócimy tak czy owak, ale jest różnica, czy kłócimy się w warunkach rozumienia się nawzajem i komfortu językowego i poznawczego; a inaczej jeśli towarzyszy temu dodatkowo okrutna mordęga i chujnia, bo wysiłek porozumienia przekracza ludzkie pojęcie - jak kiedy jedna strona ma asocjację 20 rzeczy na raz, jest mistrzem onelinera, i ma skupienie niewystarczające do zrozumienia dłuższego zdania podwójnie złożonego i tekstu ponad 300 znaków, a druga strona nie nadąża w ogóle za dialogiem, a jednak próbuje analizować i rozbierać problem krok po kroku w miniresearchu i długich "usenetowych" akapitach.
Pytanie pomocnicze - a jak uniknąć przemeblowania ceberka w ADE, co dosyć trudne, no bo jednak sieci nie wyłączę całkiem. Co czyni temat zaskakująco podobnym do zagadnienia diety przeciw otyłości - trudno o zupełną abstynencję od jedzenia. Ludzie (w tym z esejów do których odwołałem się na początku) próbują rozwiązac problem prokrastynacji i rozproszenia ADE przez ustalenie sobie limitów, albo podzielnie "komp do pracy/pisania/książek, bez netu" - "komp do prokrastynacji/zabawy, z netem", tyle że to a) przeważnie nie działa b) i nie dziwne, bo przypomina to jedzenie o wyznaczonych porach, ale na przemian ekochlebka z pomidorkiem, i wiadra kremówek.
Stąd próbuję abstynencji nie - okresowej, czy warunkowania (że w warunkach A pracuję, B bawię się), tylko abstynencji od najbardziej "szkodliwych", a niekoniecznych, mediów i form (jak abstynencja od cukru w diecie). Takich jak blip, czy social media, czy ogólniej od wszystkich miejsc, gdzie populacja przywykła do message jakości i pojemności smsa, i gdzie nie można sensownie rozmawiać w interwale minimum, powiedzmy, godzin (znaczy, nawet jeśli technicznie można, to nikt tego nie robi i nie istnieje dialog dający miejsce czasowe na przemyślenie i przeanalizowanie czegokolwiek, a standardem jest - rzut oka na obrazek, czy wysłuchanie początku piosenki, czy rzut oka na 20 onelinerów czy dwuakapitową notkę). Czyli moje minimum to fora, usenet, emaile, z trudem łapią się niektóre blogi.
A cokolwiek szybszego i na krótszym (hiper)message - dziekuję, dinozaur wyłącza się, bo chce pozostać dinozaurem.