Myślicie, że sportowa? Akurat. Wyszło mi dzisiaj jakieś takie ogólne przemyślenie o szrocie, bezpieczeństwie, wszechświecie i całej reszcie. Że safety first, tylko że safety - srafety.
Ale może po kolei.
Sporo znajomych i nieznajomych rozwaliło wózki ostatnio, no bo zima sroga i wredna. I sporo tych, przeważnie delikatno-kolizyjnych, rozwałek, zaczęło mi dawać do myślenia, szczególniej o nowszych uczestnikach. Bo jak to jest - jakiś całkiem nowy kompakt wymusza, ale na śliskim ni zdanża, i nagle vectra 1 gen. przede mną hamuje, blokując co się da zablokować, no i wjeżdża w przednią ćwiartkę kompakta (jakiś francuz bodaj). Obczajcie, 15-20km/h, kompakt obraca tylko o jakieś 30 stopni, chociaż na śliskim, vectra stoi prosto. No stłuczka przedelikatna, w vectrze trudno znaleźć ślady trafienia. W kompakcie - winkiel rozpieprzony, ba, cały przód wicherek, zderzak wyrwany, koło wyłamane z zawiasu do poziomu, półoś HGW gdzie, i w ogóle nie zapala... Odjeżdżam zaraz, ale myślę se, co to kurde było? ulepiony ze szpachli ten kompakt? no może.
Ale potem ktoś opowiada, jak na fiaciku 500 żony poszedł w harmonię całkiem nowy cadillac CTS.
A potem ktoś zagapia się w lewo i rusza Yeti, nie patrząc, że trupowata astra nie odjechała jeszcze w prawo, i tłucze w tej astrze lampę swoim prawym błotnikiem (szczęśliwie nie zaczepiło przednią wypaśną lampą). Który to błotnik, wiecie, coś jakby SUVa błotnik, idzie W HARMONIĘ. NA LAMPIE ASTRY. NOWA SKODA YETI JEST Z PAPIERU!
I jak się zastanowić, to prawie wszystkie tańsze wózki za ostanią dekadę, są z gówna jakiegoś i z papieru, a nie z metalu i plastiku. I we wszystkich stłuczkach rozpadają się i gną się jak folia, na starszych szrotowatych pordzewiałych odpowiednikach o podobnym wagomiarze. Żebyśmy się rozumieli - te szroty też są moim zdaniem raczej słabe, ale nowsze są z jeszcze większego gówna.
Tylko proszę mi nie wyskakiwać w tym momencie z tekstami, że gną się i rozpadają dla bezpieczności, i że to lepiej niż na sztywno i całym tym marketingowym bla bla bla. Bo owszem, to prawda, ale jeśli rozmawiamy o jakiś wołgach czy innych złomach z USA z lat 50 zeszłego wieku. Od czasu mniej więcej volvo 240, czyli lat 70 u ludzi cywilizowanych, no powiedzmy od '80 w powszechnej dziczy, istnieją kontrolowane strefy zgniotu, koncepcje klatki przeżycia, spec-profilowanie blach i wszystkie te cudowności, które powodują, że po stłuczce 60km/h wychodzi się z co większych wozów na nogach i z uśmiechem, a nie ląduje na oiomie.
Problem w tym, że to wszystko można zrobić z blachy 1mm i z jakością wystarczającą na 30 lat, ale jak widać, można też z folii z jakością ledwo wystarczającą na 5 letnią gwarancję.
Teraz drugi wątek, który doprowadzi nas do nieuchronnej konkluzji - kolega szuka cywilizowanego maluszka na dalsze dojazdy do pracy, czyli szrotka za grosze, coś koło 15 lat, mały silniczek, aLPaGa, itd. Jest całkiem spory wybór takich, pierwsze przymiarki - Toyota Paseo, czyli wariacja na Toyocie Tercel, która jest wariacją na Toyocie Starlet oraz Mazda 323 5gen. Ok, ok, rozważmy. Jak zaczynam rozważanie takich wózków? A normalnie, wyciągam
dane HLDI o bezpieczeństwie w rocznikach 95-97 (w sensie - koszta deaths & injures porównuję względnie, jeśli dane modele lub bardzo podobne są osiągalne w danych USA), no i oczom nie wierzę, co ja paczę... bo w te rejony wagomiarowe raczej rzadko paczę...
To, że wszystkie kompakciny i subkompakciny są ze dwa razy "droższe" w trupsach i kalekach, niż normalne wozy, a ze trzy razy niż bydlaki, to jest oczywiste, jasne, wiele razy to mówiłem, a fizyka i statystyka mi wtórowała. Ale tak konkretnie wśród tych niebezpiecznych maluszków, to są nadal względne różnice, i jednak lekki szok, że, wiecie, to Toyota, a mimo to Tercele/Paseo LEŻĄ NA MULE NA DNIE, czyli na koreańcach (Hyundai Accent i Ford Aspire, czyli przebrandowana Kia), które leżą naprawdę na dnie. A Mazda 323 (czyli Protege) jest nieco wyżej, ale to nadal strefa mułu.
I co doradzać w takim przypadku??? nie ma wyjścia, sunę paluszkiem w stronę niższych kosztów w ludziach, mijam wynalazki albo takie, które nie mają małych silników albo których wrogowi bym nie polecił, i nagle TADA! trafiam na Hondę Civic. Która jest nadal "worse than average", ale względem koreańskiego mułu, no to jest w pół drogi do normalnych samochodów. I można ją mieć na założonej półce cenowo-gazowej, co najwyżej utrzymanie w serwisie jest chyba kapkę droższe. Ale uważam, że warto, że safety first, że to jednak inna jakość, więc podpowiadam koledze Civica (a przy okazji Neona 1.8, ale to żartem i w sensie, że w ogóle istnieją).
I na tym by się sprawa skończyła, gdyby paluszek nie omknął mi się nieco za daleko w górę listy, i nie pierwszy raz trafił na największą zagadkę motoryzacyjną ostatnich 20 lat. Czyli Hyundaia Sonatę. No to się k... w pale nie mieści - jak można zrobić samochód tej wielkości i wypasu, RÓWNIE NIEBEZPIECZNY jak najgorsze kompakty i subkompakty? To wiedzą tylko w Korei.
Ale tu nastąpiło mi krótkie spięcie i motoryzacyjne satori. Otóż zrozumiałem, dlaczego tak gówniane są obecnie (w sensie - dekady) samochody popularnych marek, kiedyś całkiem normalnych; grupy GM, forda, toyoty, grupy VW itp. dlaczego rozpadają się od patrzenia na nie, nie mówiąc o stłuczkach, opisanych w części pierwszej. To dlatego, że od późnych '90 musieli konkurować z tym całym szambem wypływającym z Korei, a nie tylko z tradycyjnym chłamem od fiata i renault/nissana. I to wyrównało rynek, także bezpieczeństwo i "szkodowość" w dół, do poziomu Hyundaia i Kia; ok, może ten poziom odniesienia koreańskiego mułu obecnie nieco podniósł się wzg. 1997, ale niezbyt wysoko.
Bo jedno pewne - od zasady, że uogólniona konkurencja powoduje rozwój i doskonalenie jakości, daleko ważniejsza jest zasada, że "pieniądz gorszy wypiera lepszy"; że TAŃSZA konkurencja zawsze w końcu wymusi spadek jakości.