Dawno temu miałem więcej zapału do restauracji [1] rzeczy, czy systemów, niczym Restaurator z niezapomnianego "Co w kaloryferze piszczy"
(drugiej części w "Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa") T.Baranowskiego:
Ale na starość entuzjazm mi obłazi z zielonej, pozytywnej farby, niczym z kaloryfera Eskimosa. Skądinąd, kaloryfera nieskutecznie naprawionego przez Orient-Mena, i co z tego wynikło.
Oczywiście, nadal satysfakcje przy naprawach, czy trouble-shootingu są nieco większe, niż przy zmywaniu garów, czy jakiejś odmóżdżającej powtarzalnej pracy, jakimś klepaniu w klawisze, czy w nity. Ale na starość bardziej doskwiera myśl, która rzecz jasna zawsze była pod spodem, że
nijak nie da się tego świata naprawić na dobre.
Za ostatni czas-okres, restauracja
lexusa SC430 zajęła ze 3 miesiące, ze względu na powolną diagnostykę i jeszcze wolniejsze dostawy części. Gdyż nie jestem fanem podmieniania kosztownie-hurtem starych modułów i komputerów w samochodach; jeśli mogę, działam kroczek po kroczku. Oraz ECU (główny komputer wozu) od 20 letnich lexusów nie walają się na szrotach irlandzkich, jak ECU od byle toyoty. Skądinąd, walają się na szrotach brytyjskich, ale szroty brytyjskie po brexicie nie chcą nawet gadać o wysyłce czegokolwiek większego/droższego do EU, nawet Irlandii, "paaanie, to mi się nie opłaci", cła, opłaty, opóźnienia - wydaje się, że łatwiej taki ECU w Polsce kupić, z rozbieranych "anglików"...
Z powyższych powodów, chciałem sobie kupić za ciężkie dolary ECU stuningowany, prosto z USA (są firmy wyspecjalizowane w modyfikowaniu oprogramowania lexusów LS/SC 430, głównie pod kątem zapakowania do lexusa ręcznej skrzyni, albo turbo, albo obu, a przy okazji - ew. podkręcają automaty, wyłączają immobilizery (YES!) itp.). Ale firmy z Kalifornii też nie chcą gadać o wysyłce czegokolwiek do Irlandii, cłach, podatkach, gwarancjach.
W końcu udało się zdobyć prawie-właściwy ECU (sądząc po kodach Lexusa), w wersji UK (nie JP, nie US), przysłany z USA - trudno powiedzieć, skąd on się tam wziął... Przesyłka szła długo i boleśnie, zygzakiem przez Illinois z jakichś bliżej nieznanych przyczyn, no ale do tego jesteśmy przyzwyczajeni, jak w poprzedniej notce.
Właściwa naprawa, jeśli ma się pod ręką właściwy zapasowy ECU, i tylko ECU jest zepsuty, to około 1h, z przerwami na marudzenie i piwo, jeśli ktoś pija.
BTW stary ECU prawdopodobnie padł z powodu, że byli już w nim wcześniej druciarze, z lutownicą w garści. Zdaje się, ktoś "dopasował" ECU do kluczyków+immobilizer przelutowując pamięć EEPROM, zamiast zaprogramować kluczyki do komputerów (co da się, ale jeśli ma się master-key, bo jak się nie ma, to trza zaprogramować "głębiej", albo u Lexusa za kufereczek stóweczek, jeśli w ogóle zechcą się schylić do 20 letniego szrotwagena, albo i tak grzebiąc w EEPROMach itp.)
Zaprawdę, bardzo miło mieć z powrotem ulubiony samochód na chodzie. Ale jak w prologu, no nic nie da się naprawić na dobre, po 3 miesiącach nieco zastał się przedni zacisk hamulca oraz podobno zepsuł się niezbyt ważny sensor - albo ten ECU jednak nie jest w 100% kompatybilny z wózkiem, i tylko mu się wydaje, że czujnik się zepsuł.
Z innych drobniejszych restauracji, acz znacznie bardziej stresujących, bo zawodowych - jak tylko udało się naprawić lexi, na dwa dni przed testami z Ważnym Klientem (tzw. FAT, zdalny, na symulacjach i naszych hypervisorach - niezbyt poważany, gdyż nawet Big Pharma rozumie, że "mapa to nie terytorium" i symulowane testy są symulowane), nagle straciłem połączenie do istotnej maszyny wirtualnej, porąbanej niczym wywrotka drewna opałowego. Aż może opiszę, także dla siebie, jak to idzie przy pracy z domu: lapek -> net+VPN -> jumpserver -> hypervisor ESXi -> wylot na dedykowany fizyczny switch -> PLC fizyczny + PC fizyczny -> VM (Win 2000...) na fizycznym PC -> narzędzia wewnątrz VM do fizycznego PLC. BTW narzędzia z innej epoki, egzotyczne nawet wtedy.
Taaa... Zanim ktoś zacznie, że ależ głupi ci Rzymianie, zauważę, że nie ma oficjalnie, oraz nieoficjalnie też, żadnej symulacji PLC jw. stąd mamy taki fizyczny-zdobyczny na ścianie serwerowni, w kolekcji podobnego złomu (a klient ma taki jako serce ważnego kawałka fabryki Big Pharma...). Oraz nikomu nie udało się zwirtualizować narzędzi jw. bez fizycznego PC po drodze, choć firma VMware nie takie rzeczy obiecuje, i próbowało paru lepszych w te klocki ode mnie. A poprzedni fizyczny PC spalił się jakoś w styczniu, odtworzyli koledzy na ciut nowszym, też ze szrotu.
Dygresyjnie i bonusowo - "cudowne" dawne narzędzie od Siemensa, robiące programy-diagramy takie i owakie (NIE function blocks i NIE sieci Petriego, tylko kuchenny wynalazek Siemensa), nakładka na popularne zabytkowe narzędzia Step7, ma taką cechę, że zupełnie i całkowicie nie ma Ctrl+Z (or compatible) oraz buforowania. Tzn. jak się coś zmienia z paluszka, to natychmiast jest to odwzorowane w wersji "offline" / na dysku, a żeby wrócić, trzeba se narysować dany kawałek diagramów ponownie, ew. wgrać poprzedni backup, skopiować, wkleić i modlić się, żeby wszystko nam się nie pop... Czy wspominałem, że przy pełnym downloadzie "online" PLC wywraca się raz na cztery, oraz można zaorać lub przestawić coś takiego, że nie zgadniemy, jak to przywrócić, albo nie ma tego w "pełnych" backupach? No więc posługujemy się wyłącznie "partial downloadem" w stanie "online", w praktyce NIGDY nie resetując czy zatrzymując ten PLC. Co akurat zgadza się z wymaganiami klienta, któremu ktoś kiedyś pokazał, że tak się da, i od dekady klient wymaga prac, na tym obiekcie, bez jakiegokolwiek zatrzymania produkcji...
Do pracy w środowisku jw. z TYMI klientami (to inna historia, dużo korpo + dużo (pod)dostawców = kłopoty koordynacji/ projektowe/ międzyludzkie) skończyli się we firmie chętni, oraz podobno bywały fakapy techniczne i organizacyjne niezwykłej mocy i piękności. Stąd wrabia się w takie kawałki projektów starych ludzi (jak mnie), którzy ogólnie mają zen-wyjebane oraz sobie jakoś poradzą. Jak dotąd na 3 SATy (zmiany na obiekcie) miałem jeden malutki błąd; kosztował stresy, papierologię a la BigPharma, i dodatkowe 2h testów. Ale jeszcze ani razu nie wysadziłem rzeczonych systemów w kosmos, ani nie zatrzymałem fabryki, co liczy się za pewien plus. BTW moje prace przy starociach, to tylko stopniowe usuwanie i dodatki, kiedy zespół młodszych kolegów i koleżanek dostarcza nowe systemy kontroli rzeczonego zaplecza Big Pharma, i synchronizujemy "płynne" przejście ze staroci na nowe PLC, SCADA, szafy. Jeśli ktoś nie zrozumiał, wymieniamy 15 letnie systemy kontrolne 4 silników jumbojeta na nowe, jeden po drugim, tylko, że w locie.
Wracając do restauracji - no nie lubimy utraty narzędzi na dwa dni przed zdalnym FAT, szczególnie jeśli w grę wchodzą palące się PCty - gdyż tylko PCta mi wcięło; cały net i ESXi, wirtualizowana SCADA, drugi symulowany PLC i ten PLC na ścianie - nadal gadały. Przyszło przejechać się do biura, bo choć po południu jeszcze byli w nim kumaci koledzy, nie podejmowałem się wytłumaczyć im systemu jw. i gdzie mają szukać fakapu.
Po przybyciu, nie byłem pewien nawet tego, gdzie szukać "nowego" PCta, gdyż koledzy, odtwarzający PCta w styczniu, nie są fanami nowych nalepek na desktopach, i zostawili starą [2]. A chyba jasne, że serwerowni mamy, obok dwu racków wypasionych blade-serverów, zapewniających nam ze 20 mocarnych hypervisorów, dla 10 klientów, także full rack 19" zastawiony dziwnymi PCtami jak "mój". Bodaj jest tam m.in. nawet jeden desktop z Linuxem, też dla Dużego Klienta, ale dalipan, nie mam pojęcia Skąd To Się Ulęgło.
Jak już ustaliłem, który box jest mój (i przybiłem mu naklejkę), poszło z górki, gdyż umarł mu kabelek-paczkord między PC a fizycznym switchem. Czyli klasyczne "wysunęła się RJtka" (wtyczka 8P8C) na switchu, skądinąd nawet nie połamana, zatrzask miała cały. Ale się wysunęła, stąd mi wcięło PC i spec-VM narzędziową na nim, wystarczyło poprawić wtyczkę, i wszystko wróciło do sp... normy. BTW dlaczego ja nigdy nie napisałem mega-rantu na te wszystkie RJ + 8 żyłowe kable "ethernetowe", które są mega-martnotrawstwem i mega-badziewiem jednocześnie, "bo taki mamy standard rodem z '70 i ch..."?? Albo lepiej nie, po co się denerwować.
A na dość udanym SAT w tym tygodniu połamałem okulary i musiałem je restaurować, zanim wynajdę jakieś nowe (bo stare są naprawdę stare). Syzyfowe prace.
Dobrze, że odrestaurowuję tylko złom i szrot, nie muszę być lekarzem czy psychologiem, naprawiać ludzi od dowolnej strony.
[1]
Ciekawe, że "restauracja", odrestaurować" w sensie naprawiania czegoś, idzie ogólnie od łaciny, ale głębiej aż z praindoeuropejskiego, i ogólnie idzie od "na-prostować" albo "re-u-stawić" coś. Dużo później można znaleźć etymologie jak polska "na-prawa", związane z całą symboliką prawej-lepszej-sprawnej strony, w przeciwieństwie do lewej-złej-zepsutej. Najwyraźniej 4 czy 5tys. lat temu ważniejsze było, czy to, co postawiliśmy, nam się nie wywaliło, niż po której stronie kto siedzi, którą ręką się żegna, czy mieczem macha itp.
[2]
Jeden z największych fakapów elektrycznych "w rencach" miałem taki (ze 25 lat temu): przechodząc przez produkcję (spożywczą), zauważam, że dymi się skrzynka elektryczna przy maszynie do obkurczania opakowań (wanna z gorącą wodą, maszyna opuszcza do niej na chwilę kosz z produktami, opakowanymi folią termokurczliwą). Aha, 20kW grzania wanny, nie było miejsca na skrzynkę el., więc za mała, więc za mały stycznik, więc się znowu pali. Ok, wskazałem palcem produkcji, że to nie para, tylko dym, trza wyłączyć i wołać elektryków. Ok, okazuje się, że nie ma wyłącznika głównego, DKJP (gdyż spalił się był, razem z poprzednią skrzynką...). No dobra, wyłączę na rozdzielni, ze dwa pomieszczenia od maszyny, no problemo. Idę na nowoczesną rozdzielnię wydziałową, ze 3 szafy bezpieczników automatycznych (S-ów jakie macie w domu), szukam właściwego. Jest, numer i pozycja się mniej więcej zgadza, opisany "KIOSK" (bo maszyna tak wygląda), 63A zwłoczny, wszystko pasuje, siup go w dół.
Wracam do maszyny, chyba mniej się dymi, bo prądu nie ma. Po chwili pomyślunku, zdecydowałem się odłączyć to g... bo elektrycy pojawią się "kiedyś", a jak znam życie i ziomali na podlaskiej produkcji, mogą spróbować ten bezpiecznik z powrotem podnieść, żeby "jeszcze trochę zapakować, bO To pILnE!1!". Aha, nie da się otworzyć skrzynki, bo się nadtopiła, zresztą, jako czołowy automatyk nie chodzę z dużymi narzędziami, tyle co mam w kieszeniach fartucha - mały i średni śrubokręt, średnie szczypce-"kombinerki", jakaś taśma izolacyjna i długopis.
A to może upi... kabel (idący od boku maszyny, aż do sufitu 6m w górze) i zaizoluję, będą musieli poczekać na elektryków. Jak pomyślał, tak zrobił, wcisnął kabelek coś koło 5x2.5mm2 (3 fazy, grubości mojego małego palca) w ostrze szczypiec i sru, tniemy. No i zaraz słowem kluczowym okazało się "SRU!" gdyż kabelek i szczypce nieco huknęły i wybuchły mi w rękach. Nie kopnęło mnie, tylko błysnęło jak porządna spawarka i wyszczerbiło szczypce, znakiem tego, nadal jest prądzik, i widać ze dwie nadtopione żyły. TO CO JA TAK NAPRAWDĘ WYŁĄCZYŁEM?? bo na pewno nie ten kabel.
Załoga twardo-podlaska działu pakowania wędlin, z 5 czy 7 osób wkoło, zamarła z wrażenia. Ja na to, że nic-nic, i że spoko-loko. A będąc młody i głupi, stwierdziłem, że coś pomerdane na rozdzielni, ale właściwy S już spadł, no to skończę operację. Zasadziłem się porządniej kombinerkami, i tniemy.
Drugie "sru" zrobiłem znacznie bardziej w typie KABOOM!! Kiedy przejrzałem na oczy, po błysku łuku el. (nadal - nie kopnęło mnie, szczypce miały izolację do 1000V), zobaczyłem gasnące na paru m2 podłogi iskry po rzygnięciu ogniem, brak 3 czy 4 żył w kablu oraz brak znacznego kawałka kombinerek, za to efektownie "pozłoconych" miedzią. Oraz brak załogi wkoło, bo wszyscy uciekli, tylko brygadzista wyglądał ostrożnie zza futryny drzwi działu, czy żyję. No żyję, żyję, nadal spoko-loko, ale trzeciej próby nie będzie, między innymi z powodu, że mi się ostrza w kombinerkach stopiły. Ale także ze znacznie ważniejszych powodów, powiedzmy, bezpieczeństwa i higieny pracy.
Kazałem brygadziście pilnować, żeby nikt się do kabla przy maszynie nie zbliżał (czy wspominałem, że stoimy na bardzo mokrym betonie?) i poszedłem rozwiązać zagadkę na rozdzielni.
Która była bardzo prosta, w duchu obecnych kolegów, mających alergię na zmiany etykiet czy nalepek na PCtach - poza bezpiecznikiem 3xC63A opisanym KIOSK, znalazłem też drugi KIOSK, na dole szafy, w polach rezerwy, 3xD100A... (bardzo zwłoczny, i 100 zamiast 63A). Wyłączyłem go, i poszedłem dokończyć mordowanie kabla, a zaraz potem, poszukać elektryków, żeby dowiedzieć się, komu dać w łeb nadtopionymi kombinerkami.
Powiedzmy, doszło do karczemnej kłótni, gdyż jedyny kontrargument brygadzisty el. R., że powinienem sprawdzić brak napięcia przed "odłączeniem", jakoś słabo się mnie imał, jako że po mojej stronie argumentacji był: brak wyłącznika, dwa razy ten sam opis, podpięcie z dupy 20kW i tego kabla na D100A, nie mówiąc, że i 63A to było za bogato na ten kabelek (ori był na 32A ale za często spadał; stąd wymienili 32A na 63A, a kiedy i ten spadał, ktoś przepiął na 100A i nawet podpisał!...).
No ale jakoś obaj, jako kumple-brygadziści, nie eskalowaliśmy sprawy wyżej...
A rzeczone kombinerki nadal mam, na pamiątkę, że opisywanie urządzeń jest WAŻNE. Metody ich odłączania też. Ale to wszystko było dawno i nieprawda.