Dziś na
warstacie malkontenta druga połowa przygód Pirxa, czyli dalszy ciąg błędów Lema.
Dla przypomnienia i wbrew pozorom,
rozważane opowiadania cenię wysoko, a Ananke, Rozprawę i Polowanie mam najwyżej.
Oczywiście UMIARKOWANE SPOJLERY!!!
"Wypadek"
Tego opowiadania nie cenię wysoko, jest w bok od normalnych Pirxów, od uniwersum, od wszystkiego co w Lemie cenię, plus nie cenię wynurzeń
taternickich. Nie chciało mi się go nawet porządnie przeczytać, ani tym bardziej analizować.
"Opowiadanie Pirxa"
Zbieranie złomu rakietowego z tak daleka (okolice orbity Merkurego) bezsensowne, a jeszcze bardziej do "przetopienia w martenach"
Latanie na ekliptyce nie wydaje się aż takim ryzykiem, jak się Lemowi zwidywało.
Podawanie zdalnie rozwiązań nawigacyjnych (że satelity+ich "kalkulatory" rozwiązują mechanikę orbitalną i transmitują statkom) to nie pomysł SF, to brak wyobraźni SF.
"Odruch warunkowy"
Tradycyjne zmyślone problemy z łącznością na Księżycu podstawą, hm, fabuły i wszystkiego.
Latanie na Księżyc przez biegun Ziemi, przez "dziurę stref promieniowania" kosmicznego, to jakiś bardzo durny pomysł, musiał mieć Lem słabszy dzień.
Znana omyłka z żartem Pirxa na temat jego wieku, że ma 111 w układzie dwójkowym, została poprawiona w nowszych wydaniach na 10111 (23 lata).
Opisy kurzu na Księżycu nie są błędem, są nietrafioną SF sprzed lądowań na Księżycu.
Rozważania o hydroponicznej szklarni na Księżycu są formalnie OK, tyle, że pomimo imponujących cyferek moim zdaniem nie jest aż "olbrzymim solarium hydroponicznym" ze średnicą ok. 15m czyli średniego domu. Tudzież sam pomysł szklarni, przy 14 dniach nocy księżycowej, promieniowaniu, itd. jest raczej nietrafiony.
Rakieta księżycowa jak opisana, z ażurowym bardzo wysokim podwoziem, lądująca gdziekolwiek, prosi się o sterowanie/kontrolę amortyzatorów itd. która radzi sobie spoko z 10 stopniowym przechyłem albo i trochę większym.
W pozbawionej pyłu próżni księżycowej, jak każdej innej, nie ma żadnych "poziomych słupów światła słonecznego" i być nie może.
Mechanizm "magicznego oka" sprzężonego z oddechem kogoś w skafandrze, jak w przypadku umierającego Rogeta i fabularnie ważny, ma jedną cechę która mi od dziecka przeszkadza - tam jest jedno "magiczne oko"; wskaźnik włącza się automagicznie po otwarciu klapy Stacji i tylko dla jednego człowieka poza stacją. Ale w stacji i wkoło niej może być wielu ludzi dyszących w skafandrach (przecież przy wymianie załogi jest 4). Jakoś autor zapomniał o przełączaniu, wielokanałowej łączności, i w ogóle problemie. I dlaczego akurat system włączył się dla Rogeta po zejściu lawiny i zniszczeniu transporterów, przecież Roget nie był ze Stacji...
Nadajnik "oka magicznego" "pracujący na częstotliwości bliskiej podczerwieni", w dyskutowanych warunkach i zastosowaniu, to jakaś pomyłka Lema w temacie częstotliwości.
Manipulacje przez automat anteną radaru po utraceniu odbicia skafandra człowieka poza stacją są co najmniej dziwne, ale załóżmy, jakaś topografia terenu je z najwyższym trudem tłumaczy.
"Polowanie"
Nie chce mi się liczyć mocy rakiety Pirxa, średniego drobnicowca "Cuiviera", ale zdaje się jest o wiele za duża. Moc Setaura (45MW) jest na pewno ze 100x za duża jak na nieco ponad 2m robota, nawet jak na SF. Powiedziałbym, że 4.5MW to o wiele za dużo, nawet uwzględniając laser. "Poprawiając" Lema w duchu Lema, w
"Labiryncie" dałem "ciężkim uniwersalnym" robotom moc 400kW i też jest to lekko bzdura, bo laserów nie mają i ze 40kW byłoby dość.
Horyzont na Księżycu dla rażenia laserem z 2m wysokości to jednak bardziej 2.5km niż 2km.
Albo "Cuivier" ma dysze, które wymagają przeszlifowania, albo ma odrzut klasy ">6000 stopni Celsjusza w odległości 900m", ale nie oba na raz. Ewentualnie ma tradycyjnie SF-rozrzutne dwa rodzaje napędu (np. borowodory itp. ORAZ magiczno-SF-plazmowy), ale na to nawet u Lema jest chyba troszku za mały.
Jak zwykle u Lema, na Księżycu satelity łącznościowe nie chcą działać, potrzebne są przekaźniki na masztach, kable na powierzchni, itp. Czemu satelity nie chcą działać? Głównie "bo ponieważ ale o", a jeśli od święta Lem wypisywał jakieś przyczyny to ściemniał, bo przecież zupełnie tak samo zakłócane byłyby radiolinie itp. na powierzchni.
Krater Torricellego ani nie ma jakichś wielkich grani, ani nie wynurza się zza horyzontu w odległości 200km, dopiero z 70-80km, jeśli nie mniej.
Pirx w "nielekkim skafandrze" powinien ważyć nieco więcej niż ekwiwalent 15kg na Księżycu, czyli tylko 93kg ziemskie.
"Rozprawa"
Co ciekawe, manewry zejścia nad pierścienie Saturna i różne szczegóły są całkiem OK, jak na Lema i rok 1967 (tj. długo przed przelotami sond koło Saturna).
Podchodzą pojazdem "na bezpieczną jeszcze odległość do granicy Roche’a". Strefa Roche'a i pływy grawitacyjne nie mają znaczenia dla statków kosmicznych nad planetami jak Saturn, nie te skale, nie te siły. Dopiero nad czarną dziurą, taką mniejszą niż większą, może.
Silnik jonowy o ciągu rzędu jednej czwartej tony to czyste handwavium. Realne silniki jonowe mają ciągi rzędu 10g, eksperymentalne-rekordowe rzędu 500g. Tzn. nazwa jest nieadekwatna do rozwiązania fabularnego, niechby to był "silnik meta-jonowy", czy "magneto-hydro-pulsacyjny", dowolny neologizm, ale "jonowy" jest za bardzo hard i złą SF.
Kolejność wyrzucania sond nie jest bardzo rozsądna - sensowna to "stróż1 - badawcza - stróż2" a nie "badawcza - stróż1 - stróż2", właśnie po to, żeby uniknąć możliwego fiaska misji, jak w opowiadaniu. Ale wtedy opowiadania by nie było.
"Radarowy altimetr" to słaba zbitka dla naprowadzania sondy w szczelinę Cassiniego, raczej "radar" po prostu.
Klasyczna astronautyka ze słabego SF: "dał całą wstecz, a potem całą naprzód", bez obrotów statku; jak zwykle u Lema statki albo mają dwa silniki ("hamownice" itp. bezedeury), albo napędem steruje się niczym w samochodzie Lema, wrzucając biegi w przód i w tył.
Pojazd "Goliat" rozwijający w normalnym szczycie 14g a po zerwaniu bezpieczników rzędu 100g to już nie jest myśliwiec kosmiczny, to naprawdę spora przesada. Oraz Lem nie potrafił na palcach policzyć tych wszystkich g: w jednym miejscu mamy 100g i max ciąg rzędu 10tys ton, w innym, że "Goliat" ma masę spoczynkową 6tys ton. To się nie spina, oczywiście. Np. gdybym to poprawiał, masa 6k ton jest SF-spoko, ale napęd byłby klasy 2g normalnie (czyli ciąg też jak w tekście 10-12k ton), 3g max. Ale nie 14 czy 100g...
Moce silnika "Goliata" są podane z czapy. Oraz dynamika kontroli tego napędu (skoro można komuś "zgnieść słowa na ustach przeciążeniem") jest jeszcze bardziej z czapy. Żeby uzmysłowić poglądowo: 14g oznacza, że w SEKUNDZIE pojazd przyspiesza o KOLEJNE 137m/s, w tekście dochodzi do >10g w ułamku sekundy.
W CV Caldera zaliczone "lądowania na Wenus" są już niekoszerne jako SF z 1967.
(ciekawostka) Mikroprocesory klasy jak mózgi androidów w opowiadaniu, o "16 miliardach elementów dwójkowych", osiągnęliśmy w ostatnich latach, powiedzmy technologia 5 i 3nm daje takie możliwości.
"Ananke"
Dygresja o lądowaniu w burzy marsjańskiej itd. niczym z "Marsjanina" Weir'a; nie, nie tak wyglądają i nie takim problemem są burze pyłowe na Marsie, a parametry jego rozrzedzonej atmosfery są znane od dawna.
Nie ma na powierzchni Marsa punktów, więc baz, placów budowy itp. odległych o "kilkanaście tysięcy mil", bo nawet po przeciwnej stronie planety są odległe o jakieś 6600 mil. Mars jest mały.
Latanie Ziemia-Mars nieco po opozycji Marsa w ok. 3 miesiące nie klei się z resztą opowiadania i ogólnie z uniwersum Pirxa.
Bardzo głupie "po opozycji odległość Ziemia-Mars będzie latami rosnąć" i dalszy kawałek. No jednak opozycja Marsa i każdej innej planety zewnętrznej jest CO ROKU ziemskiego... Prawdopodobnie Lem pomylił opozycję z max. zbliżeniem i może rozważał wzg. eliptyczności orbity Marsa, ale nadal: nie jest to aż tak istotne w skali rozsądnej mechaniki lotów Ziemia-Mars, jak się wydaje.
"Przeraźliwe setki milionów kilometrów" dodatkowe, dla Ziemia-Mars w koniunkcji Mars-Słońce to są po pierwsze malutkie setki oraz w mechanice orbitalnej, szczególnie SF jak Pirxa ("jutro będę 4mln km stąd"), nie powinny być wielkim problemem, jw.
Jeśli marsjański piach na wietrze przecina porzucony/zmarłego skafander w parę dni, to znaczy, że to bardzo gówniany skafander, w logice świata opisanego (bo nie - rzeczywistych warunków na Marsie, jw.)
Lem źle sobie wyobraził lądowanie ciężkiej rakiety "na ogniu" - z 200km czy 100km rakieta nie schodzi pionowo, ale "na boku", dopiero znacznie niżej staje "do pionu", tako rzecze mechanika orbitalna. Ale i tak kudos, że Lem lansował tę koncepcję, którą obecnie można obejrzeć przy powrocie byle Falcona, a co mu wielu (np. Marek Oramus) wytykało jako niemożliwe i złą SF.
Dlaczego pozostałe stutysięczniki nie mogą wejść na orbitę Marsa, żeby choć poczekać na wyjaśnienie katastrofy, albo i zostać pomału rozładowane, już pomijając pomysł o bzdurnym (w tym uniwersum) zapasie paliwa na lot tylko w jedną stronę? Bo opowiadania by nie było.