Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2014-07-26, sobota
Tagi:  DIY, fun, varia
___________________________________
(zainspirowane jak zwykle zabawnym Radkowieckim)

Dawno dawno temu budowałem se pierwszy dom i potrzebowałem listew, no gładkich listwek takich, cholera wie do czego, już nie pamiętam, pewnie przy tynkowaniu były potrzebne. I był z tym kłopot, bo chociaż drewna walało się na budowie sporo, to elektrosprzętu wtedy prawie nie miałem jeszcze, ani pilarki ani heblarki ręcznej, pustynia i bida początku lat '90. Z tej biedy polazłem wieczorkiem do teściów, którzy mieli zbunkrowaną praktycznie nieużywaną bardzo solidną krajzegę (znaczy typową stolikową heblarkę z piłą, silnik parę kW, wałek 400 albo i 500) - mieli ją, jak miało się wiele innych rzeczy w latach PRL, na zasadzie "przyda się", nawet była chyba zrobiona na zamówienie. No więc polazłem ją odgruzować w piwnicy i spróbować zrobić te cholerne listewki - żeby nie było, że omg bhp wariat: miałem niejakie obycie z takim sprzętem i zagadnieniami, bo ojciec majsterkowicz i pomagałem mu nieraz, tudzież bawiłem się, podobnej klasy sprzętem. Ale zaraz okazało się, że ta u teściów jest prawienówka nieśmigana nie bez powodu - była nie tyle zrobiona, co spieprzona na zamówienie; jeden stolik był za długi o ułamek milimetra i jeśli ustawiło się noże właściwie, to zaczepiały, a jak się ustawiło je, żeby nie zaczepiały, wałek i spora maszyna dostawały wibracji, że weź. Po dłuższej walce ustawiłem ją po japońsku, czyli yako-tako; wibracja nie przesuwała maszyny po piwnicy, tylko nieco zamazywała ją w oczach.

(Gdzieś w tym momencie, wobec wycia silnika i kolejnych prób, teściowa rzuciła na górze do żony "żeby on bez palców nie wrócił", ale temat wiedźmiej prekognicji u teściowej i jej potomstwa, to inny temat)

Wybrałem pierwszą listwę na próbę, obejrzałem czy bezsęczna czyli w miarę bezpieczna i pojechałem. Po jakichś 20-25cm listwa prysła z hukiem a mi prawica poleciała w wałek, tylko leciutko go dotknąłem środkowym palcem, ale jednak złapał po kości, skubany. Obejrzałem se nieco przemielony czubek i stwierdziłem, że będzie trzeba do lekarza; przyszło wyłączyć maszynę i wydostać się z piwnicy, starając się nie pochlapać zbytnio krwią okolicy. Nawet rozglądnąłem się za brakującymi fragmentami, ale ani mięska ani kawałka listwy, w sporej zagraconej piwnicy - ani śladu. Kiedy wylazłem, na górze rozegrało się małe pandemonium, po tym jak już wydukałem "na pogotowie trzeba" trzymając palec w gębie, żeby dywanów nie pobrudzić. Trochę opatrzyliśmy, przebrałem się w odświętne ciuchy (żartuję, przebrałem się z roboczych) i pojechałem przez niewiekie miasto, maluszkiem, na pogotowie, zmieniając biegi lewą lęką i z niesmakiem obserwując szybko przesiąkający bandaż.

Na pogotowiu było luźno, więc zaraz mnie profi przewinęli zatamowali krwawienie i trzasnęli zdjęcie rtg. Na którym było widać i bez 7 lat studiów, że co nieco się w paluszku obróciło i jest mocno poprzestawiane, nie tylko czerwone, ale białe też. Mój przypadek dostał się dyżurnemu chirurgowi S., bardzo młodemu, nie pamiętam czy nie na stażu wtedy. Pomedytował nad zdjęciem, pogadaliśmy, że trochę tu więcej jest niż szycie, bo odłamki kości trzeba wydłubać i z mielonego zrobić bitkę, ale ogólnie ramy dadę i nie ma co się zasiadać, trzeba się szykować na zabieg. Zaordynował przygotowanie sali siostrom, poszedł się myć i przebierać, mnie nieco przepakowano w szpitalne ciuchy, ale bez napinek czy jakiegoś szaleństwa łóżkowo-rozbieranego, bo przecież to tylko palec.

Który se spuchł i napierdalał, ale nie żeby jakoś śmiertelnie; zresztą, jak się zastanowić, to jestem dosyć odporny na ból w kończynach itp. tudzież rany tłuczone czy cięte, dopiero walenie w łeb albo w organy robi ze mnie, jak z każdego chyba, kupkę nieszczęścia. No więc byłem raczej zaciekawiony niż obolały czy nieszczęśliwy. Wsadzili mnie na fotel a la dentystyczny, obłożyli serwetami, kazali nie patrzeć, na co zrobiłem "meh", i zaraz doktór zajebał mi prawicę prokainą (o ile pamiętam), z 10 zastrzyków znieczulających w palec i dłoń. Bo skądinąd, po doświadczeniach u dentystów, kazałem mu brać poprawkę, że mam coś spieprzone w genach czy innych transportach sodu czy potasu czy HGW czego i mnie te lidokainy, prokainy i inne takie nie ruszają zbytnio. Więc może się przejął, w każdym bądź razie, nawpieprzali mi sporo, znieczuliło w miarę skutecznie, i już można było bawić się zestawem małego chirurga-majsterkowicza w czyszczenie z odłamków kości i obracanie i przycinanie mięska, żeby przypominało palec.

Po zakończeniu tej fazy, okazało się, że jest zaskakujący plan, żeby właśnie-powstałe otwarte złamanie przykryć przeszczepem skóry z przedramienia. Co wydało mi się nowoczesnym i fajnym pomysłem (i takie było) ale szkoda, że zapomniano mnie wcześniej poinformować. No ale nic to, doktór zapieprzył mi kolejne 5 czy 8 znieczulających w przedramię, od łokcia do nadgarstka, odczekał przepisowo, po czym zabrał się ochoczo do wycinania kółeczka-przeszczepu, na co zrobiłem się nagle "ejże co jest, przecież nie znieczuliło jeszcze!" - na co on "naprawdę?" i dziub mnie skalpelem w przedramię, na co zdaje się moja lewa pięść była w pół drogi do jego głowy a ja "RILI!", więc przestał. Siostry się pośmiały, poczekaliśmy deczko, sprawdziliśmy jeszcze raz i już zgodnie uznaliśmy, że możemy się rżnąć. Wyciął zgrabne kółeczko i zgrabnie zaszył ranę (BTW nie wierzcie w jakieś bajki rodem z horrorów czy thrillerów, jak to ze skóry zdartej z niewinnych badgaje robia se kamizelki czy coś tam - mało co się zbiega szybciej i wredniej niż świeża skóra, więc z pleców niewinnej dziewanny to se można raczej rękawiczkę uszyć, a nie kamizelkę).

Po czym zajebał mi prawicę kolejną serią znieczuleń, bo poprzednie dawno przepadły jako sen złoty, i zaczęła się mordęga z dopasowaniem i rozciąganiem płatka skóry na czubku palca, i przyszywaniem go tak, żeby trzymało i żeby nie uszkodzić. Serio, było to trudne i upierdliwe.

Gdzieś w tym momencie (koło północy) wparowała na salę zombie-anestezjolog, zaspana jak nieboskie stworzenie, spytać czy ją potrzebują i co się w ogóle wyrabia. Na co wszyscy byliśmy ogólnie "nie, NIE, idzie precz spać dalej" bo tu nie ma czasu taczki załadować, a chirurg się na serio poci. Na co ona, jak już nieco rozkleiła powieki i przejrzała na zombie-oczy, i przyjrzała się co i skąd przyszywają, zaczęła wydziwiać "ale doktor się w plastykę bawi, ohohoho, fiufiufiu, to chyba będzie jakiś wielki koniak za to..." i dalej w ten deseń. Ale zaraz się zmyła, wyczuwając zgęszczęnie atmosfery, bo jeszcze chwila, góra dwie, a grzecznie bym poprosił, żeby pospierdalała i dała ludziom pracować.

Bo praca wrzała a nawet paliła się, no ale było jej od groma, tych malutkich szwów i naciągania i żeby nie rozedrzeć skóry, zarówno palca jak i przeszczepu, i nagle okazało się, że znieczulenie puszcza, a do końca jeszcze kawałek. O w dziuplę. Przez chwilę byłem twardy, ale siostra zauważyła, że zaraz wycisnę lewicą sok z metalowego podłokietnika, i dała doktorowi znak-sygnał, że Houston mamy problem. Na co wszyscy zamarli i doktór się zafrasował i mówi tak "jak zapieprzę 4 serię w dłoń, no to nie jest dobrze i ze dwa dni nie ruszysz ręką...", ja na to "ile zostało szwów?" - "ze trzy" - "no to jedziemy, raz dwa, póki znieczulenie jeszcze deko trzyma, może nie wyrwę podłokietnika". Więc pojechaliśmy bez trzymanki, a w zasadzie z trzymanką, bo się trzymałem tego podłokcia, że chyba odbiłem w nim linie papilarne. Doktór starał się jak mógł naszybciej i najdelikatniej szyć, tymi malutkimi zakrzywionymi igiełkami, jednak po znieczuleniu zrobiło się wspomnienie, zacząłem sykać, i nagle jak nie jebnie mnie w jakiś nerwu! trochę się uniosłem, podłokieć chyba się deko wygiął i wysyczałem "no i właśnie w tym momencie ten wielki koniak w pizdu rozpłynął się na horyzoncie...". Z czego zrobiła się bryndza, bo się doktór zaczął śmiać, obie siostry też, przestali szyć, ja w sumie też zacząłem się śmiać, ze sterczącymi z palca igłami i nitkami, bo już było wszystko jedno. Jak już się pośmialiśmy, udało się dokończyć paroma sprawnymi ruchami i bez trafień w jakieś podejrzane nerwy (które skądinąd do dziś dnia są w tym palcu poprzestawiane).

Przeszczep się przyjął i palec nieźle zagoił (od strony wierzchu dłoni praktycznie nie widać uszkodzenia, paznokieć odrósł i zamaskował); rana na przedramieniu po przeszczepie się rozeszła, bo deski na budowie nosiłem, więc mam bliznę jak 50gr; usuwanie tego zyliona malutkich szwów przyniosło czułe bluzgi u pielęgniarek; dostarczyłem załodze koniak, bardziej dla zabawy i z kontynuacji żartu, niż z potrzeby.

Wtedy też dowiedziałem się, że plastyka była unikalna i miałem farta, bo S. się w tym szkolił i chciało mu się, jak to młodemu - jakbym trafił na starego ordynatora, to byłby jeden strzał z dłuta, kikut zawiązany na okrętkę, i fakuś o pół paliczka krótszy i bez paznokcia. Więc jedyny morał jest taki - po tym i paru podobnych doświadczeniach, zdecydowanie wolałem młodszych lekarzy, może mniej doświadczonych, za to ze świeżą wiedzą i chęcią, niż tych wszystkich ordynatorów i profesorów, przeważnie zblazowanych i zdehumanizowanych, albo starych po prostu.





Wed, 30 Jul 2014 11:09:17
Czytam to, i Radkowieckiego też, jak bajki o żelaznym wilku. Bo jak inaczej, skoro w wieku 43 l. mam na rozkładzie raptem jedno zwichnięcie, a znieczulenia nie miałem nawet u dentysty - nigdy nie było potrzeby... Więc, szacuneczek, twardziele ;)

Boni avatar Boni
Wed, 30 Jul 2014 17:21:28
No mógłbym mały cykl popełnić w temacie wypadków i vs. służba zdrowia, ale nudny raczej. Inna sprawa, że przy okazji zastanawiałem się, że choć było tego trochę, to nigdy nic sobie nie złamałem. Musi twardziel, przynajmniej w sensie, twarde gnaty (a może właśnie flexi i gniotsa-nie-łamiotsa? w sumie, hukers).




Licencja

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Srebrny ciągnik
Mon, 18 Jun 2018 00:30
@rozie Że niby jak masz zamiar osieciować zderzaki...

rozie - Srebrny ciągnik
Sun, 17 Jun 2018 20:37
Opon i tłumików to może i nie zepniesz. Ze...

Boni - Srebrny ciągnik
Sun, 17 Jun 2018 11:30
Nawet mogę spróbować zgadnąć, kiedy to szydło...

rozie - Srebrny ciągnik
Sun, 17 Jun 2018 09:41
@cmos Dobra wymówka, ale get real. Wszystko to jest...

cmos - Srebrny ciągnik
Sat, 16 Jun 2018 18:41
@boni Przy całym moim sceptycyzmie co do tego...

Boni - Srebrny ciągnik
Sat, 16 Jun 2018 17:58
Kiedy piszę "wyprujemy całą elektronikę" mam na...

rozie - Srebrny ciągnik
Sat, 16 Jun 2018 15:23
Kosztowało to jedno, ale tylko czekać jak zaczną...

cmos - Srebrny ciągnik
Sat, 16 Jun 2018 10:58
@boni "wyprujemy z niej całą zbyt nowoczesną...

Boni - Srebrny ciągnik
Fri, 15 Jun 2018 15:46
@cmos Cuuudo. To ja może jednak zacznę na serio...

cmos - Srebrny ciągnik
Fri, 15 Jun 2018 11:35
@boni Hłe, hłe, security... Akurat męczę się z...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP


Engine: Anvil 0.87   BS 2012-2017