Licencja

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Trzeba siać
Sun, 16 Sep 2018 12:52
@igor, Lem Może tak - rozumiałem o co mu chodzi i...

igor - Trzeba siać
Sun, 16 Sep 2018 08:36
Lem o tym pisał w latach 90. A ja (i, w zasadzie,...

Boni - Trzeba siać
Fri, 14 Sep 2018 21:01
@zz_top IĆ STOND! właśnie się dziś...

zz_top - Trzeba siać
Fri, 14 Sep 2018 12:52
@Wolałbym, żeby tzw. ludzie rozumieli a nie ślizgali...

Gatling - Dialogi
Mon, 10 Sep 2018 12:21
Koraliki, bigle/zapinki/inne komponenty, dużo metrów...

Boni - Dialogi
Mon, 10 Sep 2018 11:23
@Gatling @sroko-chomiki Zdefiniuj "skład...

Gatling - Dialogi
Mon, 10 Sep 2018 11:18
Oj bo na koralky.cz mają co jakiś czas wyprzedaże...

Boni - Dialogi
Mon, 10 Sep 2018 10:34
@Gatling "Panie, czy pan mnie usiłujesz obrazić?",...

Gatling - Dialogi
Sun, 9 Sep 2018 17:03
Koraliki japońskie, unless Preciosa wypuściła...

hellk - Top gun
Mon, 3 Sep 2018 16:12
@bibliografia Jakieś 10 lat temu dostałem od...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP

Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2011-07-08, piątek
Tagi:  fun, szrot, nazakupy
___________________________________
(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)

Po pieczarkach trza się pośmiać z czegoś innego na szrotcie - pogadajmy o zakupach tych śmiesznych samochodzików. I o pozbywaniu się autek też. Czyli, żeby życie miało smaczek, raz maluszek, raz pontiaczek.

Pierwszy maluszek był potrzebny, bo potrzeby były, budowa domku, rodzina, jakieś pomysły handlowe w typie PPHU. A u mnie świeże prawo jazdy (robiłem późno, jako żonaty, dzieciaty, pracowaty), i zero doświadczenia moto, a już szczególnie w zakupach autek, bo w rodzinnym domu nigdy nie było samochodów. Dlatego rozsądnie dałem się namówić na "auto od znajomego", akurat znajomego ojca. Maluszek był 10 letni, w stanie na oko przeciętnym, jeździła nim żona znajomego, i miał iść na giełdę, ale zrobiło mu się coś takiego, że zaczął okrutnie szarpać przy ruszaniu (dużo później doszedłem, że docisk sprzęgła be), i na giełdę raczej nie dało się pojechać, raczej do mechanika. A jak nie do mechanika, to po znajomości i po taniości, dla młodego jelenia - obejrzałem, wzruszyłem ramionami i tyle. Nie narzekałem, bo był sporo poniżej ceny giełdowej, a i tak pożyczono mi na niego rodzinnie szmal (jakieś pół mojej wypłaty wtedy) no i jeździł siako tako. Mineło ze trzy lata znikąd, zajeździłem i obtłukłem go bardzo okrutnie (w "pieczarkach" jest głównym bohaterem wpisów o maluszkach...). Na deser wjechałem nim nieco pod ciężarówkę Jelcz, więc się troszkę pogniótł i zwichrowała mu się nieco podłoga. Postał chwilę i sprzedałem go tak jak stał rozbity, znajomym chłopakom, którzy potrzebowali na cześci. Po następnych trzech latach zaczęło się dochodzenie, bo "znalazł się" maluch na moich papierach, roczny, kradziony jak wół. Po następnych trzech latach udało się zacząć rozprawę, i złożyć zeznania w sądzie, i już nie musiałem świadkować i jeździć przez pół Polski do sądu itp. ("przekręciły" maluszka "karki" o 3-4 właścicieli ode mnie, prokuratura cofnęła się aż do mnie - a sprawa była trudna do rozpoczęcia, bo była dodatkiem do przekrętu szefów tychże karków, na 14 oskarżonych i kupę samochodów, słynny wieśmacki salon firmy R... sprzedający na boku prawie nówki używki firmy R... tyle, że kradzione na zachodzie).

Morał - czasem dość trudno pozbyć się samochodu i jego spraw, nawet jeśli to baaardzo tani złomek.

Kiedy pierwszy maluszek uległ wyraźnej biodegradacji i zaczęły się sypać rzeczy poważne, jak hamulce, przyszedł czas na drugiego. Ale skąd go wziąć, zapytasz czytelniku miły jak ruskie pierogi w sosie teriyaki? Bo ok '94 to internet w PL dopiero pełzał, płatne ogłoszenia gazetowe raczej nie dotyczyły rzęchów maluchów, a giełdy bałem się jak ognia, bo za dużo widziałem za młodu przekrętów przed- w trakcie- i po- giełdowych. Stąd wzięło się moje parcie na komis samochodowy, który nadal wydaje mi się niezłym pomysłem - w przeciwieństwie do giełdy: nie ma ciśnienia, jest czas, można se badać do woli przekręty sprzedających i ich autek. Jedyny problem, że w komisie jest ile? jeśli nawet 100 samochodów, to w wybranym zakresie i przedziale cenowym - 3? 5szt? Więc trzeba wiele ogłoszeń i komisów zwiedzać itd itd. no ale w temacie malucha około '94 nie był to bardzo wielki problem. Tyle, że już po znalezieniu następcy-maluszka i wybraniu się po niego na serio, okazało się, że nieogarnięty jestem w temacie minikredytu na samochód jak Warzecha z parkowaniem prawie, i nie pocieszyło mnie to, że to miał być mój pierwszy w życiu kredyt (bo miałem ok 50%, czyli jedną wypłatę, "w ręku") i że ojciec który się ze mną wybrał "dla bezpieczności", też nie ogarniał niuansów. A sprzedawca w komisie coraz bardziej wybałuszał oczka na naszą ignorancję - "jak to? pan chciał sepulkę... tfu... kredyt? bez żony???". Trochę się wkurzyłem, i pytam starego, ile ma drobnych po kieszeniach. Razem z moimi drobnymi nazbieraliśmy coś koło 90% ceny - i facet machnął na nas ręką. I jeszcze wyrwaliśmy od niego drobną resztę na paliwo, bo bak suchy, a my spłukani do cna. Po czym oddaliliśmy się żwawo w kierunku dalszych przygód.

Morał - zamiast próbować wziąć kredyt na samochód lepiej poszukaj drobnych po kieszeniach, najlepiej po kieszeniach rodziny. Albo poszukaj tańszego samochodu.










Engine: Anvil 0.88   BS 2012-2018