Licencja

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Epoka wyuczonej bezradności
Sun, 15 Jul 2018 11:35
@janekr Możesz też wcale nie używać czytnika,...

janek.r - Epoka wyuczonej bezradności
Sun, 15 Jul 2018 08:11
Ja jestem bezradny i nie jest to bezradność wyuczona....

Boni - Epoka wyuczonej bezradności
Sat, 14 Jul 2018 18:36
W sumie racja, to nie był najlepszy przykład. Inna...

Bober - Epoka wyuczonej bezradności
Sat, 14 Jul 2018 17:36
@Boni Ale to nie jest bezradność. Bezradnością...

Boni - Epoka wyuczonej bezradności
Sat, 14 Jul 2018 16:38
@Bober Przykład z wczoraj czy dzisiaj - masz fajny...

Bober - Epoka wyuczonej bezradności
Sat, 14 Jul 2018 10:56
"Oczywiście, można by wypisać tu zylion anegdot w...

Boni - Historie ze złomowiska
Thu, 12 Jul 2018 18:40
@Gatling Dzięki. Co do sprzęta, powiem tak,...

Gatling - Historie ze złomowiska
Thu, 12 Jul 2018 12:51
miło się czyta takie radosne notki, dają vicarious...

Boni - Historia jajem się toczy
Wed, 4 Jul 2018 20:18
@charliebravo IMHO może i jest jakaś tam większa...

zz_top - Historia jajem się...
Wed, 4 Jul 2018 08:48
Ależ zasada "zajmujemy się najpierw zabezpieczeniem...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP

Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2018-05-29, wtorek
Tagi:  przemysł
___________________________________
Czasami czuję się w pracy jakby ktoś mnie wkręcał w inscenizacje "Cyberiady" Lema: Powiadają: - Weźmiemy większy kaliber, z trybami na oleju, dyferencjalny, uniwersalny, sprzężony z każdej strony i żeby kopał, a mocno. [...] Posłali więc uniwersalną, dubeltowo - dyferencjalną, z głuchym rzężeniem, bo ze zwrotnym sprzężeniem, w środku maszynista z maszynistką, ale to nie wszystko, bo na wszelki wypadek na wierzchu jechała jeszcze maszyna straszyna. Podjechała, a że na trybach olejowych - cicho, że ani mru - mru, zamachnęła się i liczy: cztery ćwierci do śmierci, trzy ćwierci do śmierci, dwie ćwierci, jedna ćwierć, punkt zerowy, czyli śmierć! Jak nie hukło!

Maszyniszcze

Przez dekady pracy przy automatyce zderzyłem się - znaczy, w przenośni, przeważnie od strony sterowania, czasem zasilania - z problemami najróżniejszych wielkich i morderczych maszyn i urządzeń.

W pierwszej "dużej" pracy, zakłady mięsne i okolice, było oczywiście w koło wystarczająco maszyn rwących, mielących i tnących świnie czy krowy czy mięso "na drobne", żeby nakręcić zylion horrorów. Rzecz jasna, każdy czuł respekt przed maszynami do mielenia (tradycyjne zwane "wilk"), czyli funkcjonalnie coś takiego, jak kuchenna maszynka do mięsa, ale wielkości paru metrów sześciennych, z silnikiem 100kW albo i lepiej, i z lejem zasypowym, w który spoko wszedłby człowiek. Wyszedłby w formie takiej, że trzeba by go szukać po DNA; chociaż raczej po DNA jego butów, jeśli miałby wystarczająco solidne.

Ale nawet byle mieszalnik (wanna parę m3 z dwoma wolnoobrotowymi śrubowymi-ażurowymi wałami-mieszadłami na dnie, wszystko nierdzew) okazywał sie nagle z piekła rodem, kiedy komuś się zachciało coś tam czyścić przy pracującym mieszadle nierdzewnym spec-szpadlem - na co mieszalnik nieśpiesznie złapał szpadel (trzonek rurka calówka nierdzew, itd.) i nawinął go bez problemu między i na mieszadła, robiąc efektowny wielokrotny nierdzewny faworek. A niewiele brakowało, żeby nawinął też szpadlowego idiotę, bo mu się trzonek szpadla o kurtkę zaczepił i już zaczęło go wciągać do wanny, ale na szczęście kurtka się rozdarła (na drugie szczęście, trzonek szpadla "wystrzelając" z rozdarcia kurtki, minimalnie go minął i nie zdjął mu połowy twarzy).

Inną klasą samą w sobie były kutry (od "cutter"), czyli szybkobieżne maszyny a la blender, do cięcia mięsa w "misce", ale takiej średnicy 3m czy nieco lepiej. Oczywiście były solidnie zabezpieczone; miały wewnętrzny kaptur nad nożami ("śmigło" blendera, noże 6szt. jak płetwy rekina; silnik coś ze 400kW i 3000obr/min) ręcznie ryglowany, a na wysokich biegach miska musiała być zamknięta solidną pokrywą (bo maszyna mogła pracować pod próżnią, więc pokrywa fest i zamykana hydraulicznie). Teoretycznie, kutry był bardzo bezpieczne, bo nowe, pozamykane i z sensowym sterowaniem, ale kto nie widział sporej maszyny nieco skaczącej po pomieszczeniu (utrzymywały ją mniej niż więcej na miejscu różne rury i kable), kiedy na wysokim biegu rozleciały się niesymetrycznie noże i z kutra zrobił się nagle parotonowy wielusetkilowatowy wibrator, ten jeszcze nic w życiu nie widział. I nie słyszał. BTW kutry na co dzień miały tak ciężki rozruch, że siły elektromagnetyczne między ich kablami stopniowo zrywały mocowania na korytach rozdzielni, dla ustalenia uwagi trzyfazowe kable miedziane grube jak moja łapa w bicku.

Po zakładach mięsnych pracowałem 13 lat głównie w fabryce elektromechanicznej, więc poza paroma Złowrogimi Robotami czy prasami czy zgrzewarkami (ale wszystko było solidnie pozabezpieczane i sterowane) nie było czego się bać.

Przez pięć lat w Szkocji parę razy wpadłem a to na jeszcze czynne resztki stalowni (jakiś zgniatacz wielkości małego bloku mieszkalnego, ale tylko w jego chłodzeniu dłubałem i na postoju), a to pod wiatrak wysoki na 100m i obstawiony nieco przerażającymi dźwigami, ale ogólnie nie był bardzo strasznie. No, do zeszłego tygodnia, kiedy wpadliśmy na to ze zdjęcia na górze, a w zasadzie na młodszą siostrę tego maszyniszcza.

To na zdjęciu, to jest przewoźna niszczarka opon samochodowych, wersja hydrauliczna. Czyli na nadwymiarowej lawecie jest (od prawej) diesel z pompami czyli "napęd"; na środku dźwig a la koparka ładujący opony; na rufie właściwy szreder z lejem zasypowym, plus taśmociąg wylotowy na końcu, w pozycji transportowej, tj. pionowej.

Niszczarka, coś jak rębak, ma solidny napęd hydrauliczny i taki moment obrotowy, że podobno kiedyś nieco wciągnęła chwytak dźwigu (operator chciał popchnąć opony w gardzieli) i zjadła go do połowy, zanim się zatrzymała, rozsypując noże.

Fajny sprzęt, co nie. A wezwano nas do podobnie skonstruowanej większej siostry, obok tej ze zdjęcia; też na spec-lawecie, ale full elektrycznej, tj. zamiast hydrauliki - generator 500kW, niszczarka 250kW z fest przekładnią, do tego bęben wtórnego obiegu skrawków opon i układ sita mechanicznego jak z kombajnu żniwnego, przenośniki taśmowe zamiast dźwigu itp. wypasy.

Dla ustalenia uwagi, wszystko (może poza generatorem w typie kontenerowym) "made in USA" dekadę temu. Czyli solidne a nawet topornie i "po amerykancku", również w temacie elektryki siłowej, sterowania czy układów bezpieczeństwa. Albo ich braków.

Dla dalszego ustalenia uwagi, maszyna ma mały przebieg, bo używano jej tylko parę lat w Maroko. Tak, tym w Afryce. I z marokańskim utrzymaniem ruchu. Albo jego brakiem.

Potem maszynę zajeździło jakieś zjednoczenie cementowni (BTW bo mielone opony są paliwem pieców cementowni), które przerzucało urządzenie co parę miesięcy do innej hałdy opon, za to nie dorzucało za wiele funciaków do części czy utrzymania.

Na deser firemka z Glasgow ściągnęła maszynę w stanie "szrot" i próbuje uporządkować ją i zrobić biznes na cięciu opon.

Jakby to skomentować, w duchu moich obecnych prób uczulenia pracodawcy na potencjalne problemy i odpowiedzialność w związku z jak wyżej. Może anegdotą z przedpoprzedniej "bezpiecznej" pracy:

Któregoś dnia na głównym magazynie wysokiego składowania 1000 osobowego zakładu pojawiła się wielka paka drewniana, niewygodnie "na samym środku" magazynu. Nie dało się nie zauważyć skrzyni jak na dwa spore samochody i co zastanawiające z napisami "Aerofłot". Ale nie spędzało mi to snu z powiek; tyle, że mentalnie zanotowałem ją w przelocie raz czy drugi.

Jak już skrzynia nieco się odleżała, koledzy odpowiedzialni za produkcję itd. zaprosili mnie na konsultacje i okazało się, że w środku jest maszyna, importowana z Japonii. Okej. Dla naszego polskiego dostawcy. Okej. I to jest używka, po naszym japoński partnerze joint-venture. Ookeej. I może byśmy ją obejrzeli i rozkminili, bo nasz dostawca jest, eee, atechniczny (się wie skądinąd...) a maszyna, eee, bynajmniej nie jest nówką nieśmiganą, jeżdżoną tylko po autostradach do kościoła, po żonie samuraja. Ookee... no nie, nie okej, otwórzmy to pudło i zobaczmy co ten Aerofłot wam tak naprawdę przytargał.

Jak już zobaczyłem, co jest w pudle, "Panu mowę odjęło". Gdyż był tam wielki automat karuzelowy do lutowania twardego drobnych elementów, nieźle zdezelowany i starawy, bez jakiejkolwiek dokumentacji czy choćby tabliczki znamionowej, oczywiście opisany wyłącznie japońskimi "krzaczkami"; bez cywilizowanych zabezpieczeń ogólnych, ale za to ze sporą ilością palników gazowych w ogóle bez zabezpieczeń (na oko zrobionych z palników ręcznych) i ludzie, czy wam k... peron odjechał niczym shinkansen?!

Zrobiła się niejaka chryja, gdyż kolegom było spieszno, żeby instalować, testować, dostarczać, itp; mnie (i zaraz mojemu szefowi) zrobiło się raczej "zapomnijmy o tym, wywieźć to na złom i nikomu nie stanie się krzywda". Niestety, koledzy się uparli, że taka dobra maszyna i w ogóle, i gardło sobie podrzynamy, więc co robić, stwierdziliśmy, że jeśli was stać na doprowadzenie jej do standardów, ok, zaczniemy od ewaluacji co trzeba koniecznie zrobić, i się zobaczy.

Do takich przypadków zatrudnialiśmy z zewnątrz pana M., dżentelmena starszej daty, genialnego specjalistę BHP, biegłego sądowego, konsultanta na poziomie rządowo-sejmowym, itp. i w ogóle przemiłego i mądrego człowieka. Nie był bardzo drogi, a miał taką zaletę, że jeśli wystawiał opinię, że białe jest białe a czarne czarne, to dowolnie spięty inżynier czy rozluźniony menadżer, uważający wbrew logice, prawu czy wiedzy technicznej, że białe jest czarne, te gazy to prawie niepalne, butle poczebne są 4 a nie 2, rura może być tańsza, maszyna dosko zdatna na produkcję itd. itp. mógł się co najwyżej oflagować i strzelić foszka, ale niekoniecznie podważyć opinię pana M., bo zdaje się mało komu w Polsce udałoby się ją podważyć.

Tak więc wkrótce pan M. nas odwiedził, odbiliśmy znowu wieko i ściany wielkiej skrzyni, zaprezentowaliśmy szrotwagena z Japonii. Mając niejaką wprawę i notatki wskazałem panu M. kluczowe moim zdaniem "niedociągnięcia" i wyraziłem wolę, żeby pan M. wskazał jak mamy to, co ja tu widzę dociągnąć, plus zapewne widzę drobny ułamek tego, co widzi jego wprawne oko.

Pan M. tak popatrzył, pomacał, pokręcił się w milczeniu, po czym zwrócił się do naszej trójki (ja - utrzymanie ruchu, kolega - inż. produkcji, oraz bodaj kolesław z zaopatrzenia, czy ki czort, odpowiadający za "projekt" przepchnięcia maszyny i procesu z Japonii do polskiego poddostawcy) w ten deseń: "Panowie powiedzcie mi proszę, który z was odpowiada za wprowadzenie tej maszyny na teren Unii Europejskiej?" - chyba już tu zacząłem się chichrać, ale jakoś tylko ja - "Pewnie panowie? (rzekł do posmutniałych nagle kolegów) Ale wiecie, że wprowadzenie na teren Unii maszyny bez znaku CE, a tak w zasadzie urągającej jakimkolwiek standardom, nie tylko Dyrektywie Maszynowej, jest zagrożone grzywną do XYZ tysięcy złotych a w szczególnych przypadkach i zagrożeniach nawet karą więzienia? I w zasadzie, wiecie, że ja powinienem tu i teraz zakończyć to spotkanie telefonem do odpowiedniego organu nadzoru?".

No kolegów trafiła nagła smutku kotwica. Kolega K., przytomniejszy, zaczął dyskusję o tym, że myśmy tylko chcieli analizę i listę rzeczy do zrobienia i się zrobi, albo się może złomuje czy coś. Wcale a wcale nie chcemy produkować, jeszcze (kłamczuszek!). Pan M. krótko uciął jego wywody "Proszę pana, tak, można zrobić analizę. Wie pan jak powinno to wyglądać? Pan prędziutko pakuje to tamto tam z powrotem w pudło, Aerofłot szybciutko odwozi to skąd przywiózł, czyli do Japonii, nieprawdaż? Taak, a potem ja lecę do Japonii, robię panu tę analizę i listę, pan czy pana japońscy koledzy implementują ją na maszynie, robią ocenę i znak CE i włala, importuje ją pan legalnie i bezpiecznie do Unii a nawet do Polski!". Tu już na pewno się chichrałem. Ale też, nieco znając pana M. wiedziałem, że się dogadamy. Postraszył, nagadał, ale spisał szczegóły, porobił zdjęcia, i bodaj zaraz poleciał na następne spotkanie, bo go prokuratura pilnie wezwała do jakiegoś trupka przemysłowego. I niebawem dostarczył dłuugą i "kosztowną" listę, szczególniej w temacie palników, po której zaimplementowaniu można było uznać, że jest okej a nawet CE.

I czasami wzdycham, że potrzebny jest mi tu i teraz taki pan M. żeby niektórym uświadamiał, solidniej niż ja potrafię, o co cho z importem czy przebudową czy utrzymaniem maszyn jak wyżej.

Tym bardziej, że w praktyce standardy, także bezpieczeństwa, brytyjskiego i szkockiego przemysłu "starszego pokolenia" czy "dojrzałego", dalekiego od hi-tech startupów i nowych technologii, nie są bynajmniej najwyższe, przypominają mi raczej lata '80 PRL niż pierwszy świat. Może dlatego, że często są to resztki przemysłu z lat '80.

Ale o tym szczegółowo może innym razem.




Wpisz dane i komentarz:

Autor:

Hasło:

albo CAPTCHA dla niezarejestrowanych:

Polska nazwa stolicy Włoch:

Treść:

Formatowanie: [b] pogrubienie [/b], [i] kursywa [/i], [u]podkreślenie[/u], link: URL lub [a="URL"]tekst[/a], nie używać nawiasów {} i tagów HTML. Max długość ok. 3000 znaków.





Engine: Anvil 0.88   BS 2012-2018