Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2017-07-15, sobota
Tagi:  marynata, rapiery, hejt
___________________________________
Nie przepadam za USA. I za Amerykanami. A może za tym, co zostało z USA i Amerykanów? Zawsze osłabia mnie, jak piękno i dobro ludzkich idei, nawet jeśli wsparte przez pokolenia pracą, łutem szczęścia i zasobami, wyradza się w jakąś karykaturę pierwotnej idei.

American Dream jest dla mnie chyba najsmutniejszym przykładem, jak w parę pokoleń wolność, równość, praca, zmienia się w: hipokryzja, nierówność, kasa. Zresztą, pierwotne piękne idee USA też nie stały na jakimś krystalicznie czystym fundamencie, tylko raczej na zachłannej grabieży i szowinistycznym wyzysku. Więc może nie ma się co dziwić, że wyrodziły się, po paru perturbacjach i pokoleniach, w karykaturę.

Jednym z ważniejszych „kawałków” American Dream, był i jest kult maczo-supermana, tego samowystarczalnego lone rangera, wolnego tycoona, wszechstronnego twardziela. Którym, oczywiście, każdy może zostać, to wolny kraj. Wystarczy być większym, twardszym, głośniej drzeć japę, mieć większy rewolwer, dłuższy samochód, itd. niż reszta aspirujących do. Cała reszta, w tym profesjonalizm czy sukcesy, jest nieco opcjonalna. No, przydaje się być białym facetem, ale to ostatnio też robi się już opcjonalne.

Co generuje rzesze naprawdę nieprzyjemnych osób. Które na dodatek zaraz stają się amerykańskimi gwiazdorami i celebrytami – bo skoro są „więksi”, twardsi, głośniejsi, są po prostu z definicji lepsi. A w moich oczach są przede wszystkim agresywnymi prostakami.

Ale muszę przyznać, że amerykański model i indywidualizm, przynajmniej jakiś czas temu, dawał też większą elastyczność i inicjatywę przeciętnemu „statystycznemu” Smithowi czy Kovalsky’emu czy McDonaldowi, niż ich ziomkom z Europy, o Azji nie mówiąc.

Przeskakując z przydługiego wstępu do tematyki cyklu – spróbuję opowiedzieć, kto z historycznych kowbojów i „jastrzębi” USA, tych wszystkich Custerów, Pattonów, MacArthurów, w których można przebierać jak w zgniłkach, jest mi najbardziej wstrętny; i jak radzili sobie jego podwładni, kiedy jaśnie pan kowboj dał dupy po całości.

William Frederick Halsey urodził się w 1882, w rodzinie z tradycjami morskimi (ojciec – kapitan US Navy). Po w miarę normalnym dzieciństwie i młodości, dostał się do prestiżowej Akademii Morskiej w Annapolis. Na studiach zasłynął głównie w futbolu i innych sportach, ukończył studia w 1904, o ile pamiętam, z jakąś przeciętną lokatą.

Służbę zaczął na paru pancernikach pre-drednotach, głównie USS Missouri (ale nie „Big Mo” z drugiej wojny i filmów itd. tylko ten z 1903r.). Po pancernikach trafił na ścigacze torpedowe i niszczyciele – zdaje się, że był w swoim żywiole, ówczesne małe acz zajadłe okręty potrzebowały odważnych i prostych ludzi, najlepiej bez zbytniej wyobraźni i instynktu samozachowawczego. Na I wojnie dowodził niszczycielami, dostał za to Navy Cross (w USA drugie najwyższe odznaczenie za walkę). Dygresja - jeśli ktoś nie zna, polecam fajne opowiadanie W.Faulknera „W tył zwrot” ("Turnabout"), luźno oparte na faktach i historii, ale nieźle oddające, jacy ludzie i jak walczyli wtedy na ścigaczach i niszczycielach.

Po wojnie Halsey był parę lat attache w krajach skandynawskich, potem wrócił na niszczyciele. Awansował zgodnie z kalendarzem, przesiadał się na większe okręty i bazy, zrobił podyplom w Naval War College.

W 1934r. zaoferowano mu dowodzenie nóweczką - lotniskowcem USS Saratoga; Halsey doceniał znaczenie lotnictwa i lotniskowców jako „długiego ramienia floty” i był na „tak” (w przeciwieństwie do dużej części kadry US Navy, co np. smutna historia Williama Mitchella, wizjonera lotnictwa, dobitnie pokazuje – Mitchell był wtedy w zapomnieniu, wręcz zaszczuty, zmarł w 1936... „rehabilitowano” go 10 lat później).

Żeby dowodzić lotniskowcem US Navy ówcześnie, trzeba było mieć jakieś kwity lotnika; wyższe kadry floty zwykle robiły minimum, czyli kurs obserwatora lotniczego. Halsey, z właściwym sobie uporem i brawurą, stwierdził, że woli sam latać, niż żeby go latano, i zrobił normalny kurs pilota morskiego. W wieku 52 lat. Z dyspensą na okulary, chyba pieczątką z kartofla podbitą. I z ostatnią lokatą. Jak skomentowała jego żona do córki „Jak myślisz, co stary głupiec właśnie robi? Uczy się latać!”.

Dowodził lotniskowcem, zespołami lotniskowców, okazyjnie całością morskich Sił Powietrznych (Aircraft Battle Force). Zawsze optował za doktryną uderzeniowego użycia lotniskowców, a nie – jako parasola chroniącego własne pancerniki przed lotnictwem wroga.

W 1938 awansował na kontradmirała, w 1940 tymczasowo na wiceadmirała, dowodził Drugim Dywizjonem Lotniskowców na Hawajach i całością Sił Powietrznych. Wobec spodziewanego ataku Japończyków, wyszedł w morze na USS Enterprise, żeby 2 grudnia 1941 podrzucić trochę lotnictwa na atol Wake (domniemany punkt uderzenia Japończyków) – kiedy wracał na Hawaje, sztorm opóźnił go minimalnie, ale na tyle, że nie zdążył do Pearl Harbor na fajerwerki. Kiedy dzień po ataku zobaczył co zostało z Floty Pacyfiku, powiedział „Jak już z nimi skończymy, po japońsku będzie się mówić tylko w piekle”.

Przez następne pół roku dowodził agresywnymi rajdami na różne punkty okupowane przez Japończyków, oraz słynnym rajdem Doolittle’a na Tokio. Jego mottem było „uderzać mocno, szybko, często”. Niewiele było z tego strategicznych czy nawet taktycznych skutków, ale trzeba przyznać, że morale podnosił, kiedy USA go najbardziej potrzebowało a Ameryka rozkręcała się niczym gigantyczna machina uranoizowa („Inne pieśni”, J. Dukaj).

Po pół roku bez przerwy na mostku Enterprise wysiadło mu zdrowie, egzema go wyniszczyła, praktycznie nie mógł spać, stracił wagę. Wygoniono go na leczenie i urlop, zarekomendował Spruance’a na swoje miejsce, C-in-C Nimitz się wahał, kto ma dowodzić, itd. itd. grunt, że bitwa pod Midway skończyła się pierwszym wielkim zwycięstwem Amerykanów, ale Halsey się na nią nie załapał. Jak powiedział na przemowie w Annapolis (na rekonwalescencji zaliczył małe tourne, w końcu był gwiazdą) – „Niezałapanie się na bitwę pod Midway jest największym rozczarowaniem w mojej karierze, ale zamierzam wrócić na Pacyfik i osobiście rozpieprzyć tych żółtych sukinsynów i ich lotniskowce” (aplauz!).

Po powrocie na front został zaskoczony przez Nimitza nominacją na generalnego dowódcę kombinowanych sił Południowego Pacyfiku, z katastrofalną sytuacją na Wyspach Salomona. W ciągu dni wieść, że dowodzenie objął agresywny Halsey, obiegła wyspy i nieco podniosła morale. Jak zwykle jego strategią było atakować i kontratakować, przejmować inicjatywę, nie dawać się zepchnąć do obrony w żadnym wymiarze.

Trzeba przyznać, że miał spore wyczucie w tej grze, ale i dużo szczęścia. Do historii przeszły, jako jego sukcesy, bitwy wkoło Guadalcanal czy desperacki rajd na Rabaul (Halsey nieortodoksyjnie desantował Bougainville; Japończycy zebrali znaczne siły ciężkich krążowników itp., żeby zrobić nocny kontratak i kuku związanym desantem Amerykanom; Halsey akurat nie miał nic poza lotniskowcami i niszczycielami, więc kontrkontratakował dziennym nalotem wszystkich samolotów jakie miał, na Rabaul – wielką bazę pełną okrętów, artylerii przeciwlotniczej i z 5 lotniskami w koło – i jakimś cudem udało mu się zrobić Japończykom kęsim, przy małych stratach własnych).

admirał Halsey - grudzień 1944Jako plus można mu też policzyć pierwsze użycie „okrążenia na Pacyfiku”, tj. desantowania archipelagów z takim przeskokiem, że Japończycy albo musieli się zwijać (tak w końcu padł Rabaul), albo robiła się „maszynka do mielenia mięsa”, jeśli próbowali za wszelką cenę utrzymać „okrążony” punkt (tak stracili na Wyspach Salomona kwiat lotnictwa i lotników). W sumie – szczęściem i intuicją Halsey wygrał kampanię na Wyspach Salomona.

W 1944r. wojna na Pacyfiku zmieniła się ilościowo i jakościowo – machina USA dostarczała już zasoby w takich ilościach, że floty uderzeniowe składały się z kilku zespołów, a każdy większy, niż wszystko to, czym Halsey dowodził na początku wojny... a Japończykom się nie przelewało, tudzież nieco w głowach im się nie mieściło, co się dzieje - Amerykanie mieli już tyle lotniskowców i samolotów na nich, że w wybranym miejscu i czasie mogli zdmuchnąć japońskie lotnictwo, nie to, że morskie, ale nawet z kilku dużych baz lądowych; i w miarę spokojnie robić naprawdę duże operacje powietrzno - morsko - lądowe.

Jak na przykład desant na Filipiny - generał MacArthur wracał tak jak obiecał. Każdy głupi, Halsey też, spodziewał się poważnego kontrataku Japończyków na związanych gigantycznym desantem Amerykanów – oczywiście, Halsey nie widział w tym problemu, raczej okazję do walnej bitwy i zdecydowanego przypieprzenia żółtkom.

Japończycy nie mieli wyjścia, jeśli chcieli myśleć o dalszej wojnie (odcięcie na linii Filipin oznaczało w praktyce koniec ropy i surowców dla japońskiego przemysłu) – zmobilizowali praktycznie całą flotę, jaka im została i rzucili ją do bitwy o Zatokę Leyte. Według pewnych kryteriów, największej bitwy morskiej wszechczasów.

YamatoZ zachodu, przez cieśninę Mindoro przesunął się uderzeniowy zespół admirała Kurity - kupa ciężkich okrętów, łącznie z superpancernikami Yamato i Musashi (aczkolwiek już po drodze stracono 3 ciężkie krążowniki w skutecznej pułapce okrętów podwodnych). Między Mindoro a Samar dopadło go lotnictwo Halseya – nieco osłabione, bo dwa zespoły lotniskowców akurat odeszły po zapasy, ale i tak jakieś 260 lotów później Musashi poszedł na dno, a kilka dużych okrętów, w tym Yamato, nieco oberwało. Kurita zawrócił na zachód.

Daleko od północy podsuwał się admirał Ozawa, z resztką japońskich lotniskowców z resztkami resztek lotnictwa morskiego – na przynętę. Która chwyciła, rzecz jasna, bo wystarczyło pomachać z daleka japońskim lotniskowcem, żeby Halsey rzucił wszystko w diabły, nawysyłał średnio zrozumiałych rozkazów i komunikatów, niekoniecznie do właściwych ludzi, zebrał wszystko co miał pod ręką, po czym popędził na północ, topić japońskie lotniskowce.

Od południa nocą 25 października 1944 przez cieśninę Surigao zaatakował Zatokę Leyte zespół admirała Nishimury, mniejszy i słabszy niż Kurity, obliczony jako wsparcie i zaskoczenie, kiedy Kurita wbije od zachodu (ale synchronizacja była żadna, bo cisza radiowa). Na nieszczęście Japończyków Amerykanie dokładnie obstawili tę wąską bramkę, na początek przywitało Nishimurę 39 ścigaczy torpedowych. Jakimś cudem, Japończycy przeszli przez nie bez strat. Ale szczęście ich zaraz opuściło, kiedy trafili na główne siły „wsparcia” Siódmej Floty – ponad 20 niszczycieli wyrzuciło torpedy, z obu stron cieśniny; oberwały oba pancerniki Nishimury (Fuso zatonął) i dwa niszczyciele. Resztka zespołu weszła w pole rażenia „floty duchów” – sześciu pancerników, z czego pięć było weteranami zatopionymi w Pearl Harbor... w 1944 już naprawione, nieco zmodernizowane, z radarami. Plus parę krążowników z jeszcze lepszymi radarami. Nocą Japończycy nie wiedzieli zbytnio, co ich trafiło - zostali rozstrzelani.

Była to ostatnia w historii bitwa pancerników z pancernikami.

W międzyczasie Kurita ponownie zawrócił główny zespół uderzeniowy i wbił od północy, wkoło wyspy Samar. Wszyscy, łącznie z Japończykami, myśleli, że czai się tam co najmniej kilka pancerników, albo i coś więcej i pilnuje północnej flanki, ale widocznie za mało znali Halseya – kowboj zabrał na północ w pościg za przynętą - Ozawą wszystko, nawet czółna nie zostawił.

Zaczęła się tzw. bitwa pod Samar - jedna z najdziwniejszych bitew morskich wszechczasów, może inaczej – o największej dysproporcji walczących stron i wielkim stężeniu heroizmu na milę kwadratową, kilogram i sekundę. Jakieś morskie Termopile XXw.

Gdyż trzy amerykańskie zespoły wspierające bezpośrednio desant w Zatoce Leyte (kodowe Taffy 1, 2 i 3) nagle stanęły oko w oko z 4 pancernikami (w tym – Yamato...), 6 ciężkimi krążownikami, 2 lekkimi i 11 niszczycielami. Dla ustalenia uwagi, każdy zespół amerykański składał się z: 6 minilotniskowców eskortowych (zero pancerza, zero prędkości, jedno, tak, jedno, działo 127mm na rufie; plus dwadzieścia – trzydzieści samolotów, ale bardzo mało torped czy bomb przeciwpancernych do nich – bo mieli wspierać marines a nie zwalczać pancerniki), plus parę niszczycieli z gatunku „tin can” (5x 127mm, 2x 5 torped, prędkość i radar spoko, ale zero pancerza) i parę niszczycieli eskortowych (prędkość taka sobie, zero pancerza, radaru, dumne dwa działa 127mm i 3 torpedy...).

W tym momencie tylko Taffy stały między japońskim zespołem uderzeniowym, a prawie bezbronną flotą desantowo - zaopatrzeniową, zacumowaną i rozproszoną po Zatoce Leyte - zapleczem ciężko walczącej na wyspach od tygodnia 6 Armii (w sumie jakichś 200 tys. marines i żołnierzy). "Prawie bezbronną", bo jeszcze była w odwodzie "flota duchów", czyli te parę starych pancerników na południu Zatoki; znacznie słabszych niż zespół japoński i z niedoborami amunicji, zużytej w nocy w cieśninie Surigao. Ogólnie, groziła masakra po prostu, najpierw zaopatrzeniowców, potem odciętych od zaopatrzenia żołnierzy. Bo Japończycy byli przygotowani i mieli na samym Leyte jakieś 65 tys. wojska, na Filipinach tak bliżej 400 tys. ludzi...

Porównanie sił pod LeyteA tak dokładniej, to Japończycy spadli, dziurą w suficie zrobioną przez Halseya, na głowę tylko jednego zespołu, Taffy 3. Żebyśmy się zrozumieli – sam pancernik Yamato miał większą wyporność, niż cały zespół Taffy 3, nawet jeśli ich policzyć łącznie z dziwką i fortepianem.

Kiedy podporucznik Brown, latający Avengerem w patrolu przeciwpodwodnym na północy, zameldował około 06:30, że zasuwa tu flota i nie jest to Trzecia Flota Halseya, ale Japończycy, admirał Sprague nie uwierzył i zażądał pozytywnej identyfikacji – Brown przeleciał się bliżej i odpowiedział „Widzę maszty-pagody. Widzę największą flagę z „klopsem” na największym pancerniku jakiego w życiu widziałem!” (klops = meat-ball).

A było to już całkiem niedaleko od Taffy 3, koło 7:00 Yamato otworzył ogień unikalnych dział 460mm z nieco ponad 30km, zaraz po nim pozostałe pancerniki.

Amerykanie robili to, co zawsze robili najlepiej, kiedy ktoś na górze dał ciała z chorej ambicji – łatali po nim dziury inicjatywą i improwizacją na wszystkich szczeblach, acz nie tracąc koordynacji, no i używając całej dostępnej techniki. I jednak mieli na 18 minilotniskowcach ponad 400 samolotów, nie do końca porządnych i porządnie uzbrojonych, ale zawsze.

Kurita podobno nie znalazł w podręcznikach rozpoznania takich pokrak jak „jeep carriers”, jak pieszczotliwie nazywano lotniskowce eskortowe CVE (inna wersja to „combustible – vulnerable - expendable”); z braku skuteczniej identyfikacji, co ma przed sobą i z braku łączności z Ozawą na północy (nie wiedział, że Halsey połknął haczyk, aż mu się o wątrobę zaczepił), uznał, że ma przed sobą normalne lotniskowce i że trafił na trzon Siódmej Floty. Dlatego wydał rozkaz „atak generalny”, czyli grupy łamią formację i każda rwie naprzód i strzela do lotniskowców (przesłanką taktyczną było, że jeśli to są lotniskowce uderzeniowe, są równie szybkie jak japońskie okręty i mogą się skutecznie oderwać - co, oczywiście, nie było prawdą). Rozkaz spowodował nieco niepotrzebnego chaosu po stronie japońskiej i pozwolił Amerykanom nieco się przegrupować.

Admirał Sprague natychmiast nakazał wszystkim swoim lotniskowcom spieprzać na południe, aby dalej od przeciwnika, w stronę szkwału i złej pogody, z nadzieją na słabsze celowanie Japończyków, i wyrzucać w powietrze wszelkie samoloty, nie ważne czy i w co uzbrojone. A eskorcie kazał stawiać zasłonę dymną, a potem - zaatakować.

Samoloty poleciały atakować okręty japońskie bombami głębinowymi, rakietami i bombkami przeciwpiechotnymi, karabinami maszynowymi, jakimiś bombami, albo i z niczym, po prostu odpędzać i hałasować. Podobno ktoś strzelał do pancernika z rewolweru trzydziestki ósemki.

Po postawieniu zasłony dymnej, „tin cans” i jeszcze żałośniejsze niszczyciele eskortowe, ruszyły do szturmu na zespół Kurity – tylko torpedy dawały nadzieję na odpędzenie pancerników i krążowników na dłuższą chwilę. Dla ustalenia uwagi, torpedy miały zasięg góra 10km. Czyli okręciki musiały przelecieć pod nawałą ognia jakieś 10km, czyli realistycznie (zygzakując) jakieś 15-20 minut. I ew. tyleż z powrotem, pod zasłoną dymną.

USS RobertsMało kto wierzył, że to przeżyje. Nikt nie pieprzył kowbojskich farmazonów w stylu Halseya czy innego Pattona – jak prosto i wprost powiedział załodze komandor malutkiego USS Samuel B. Roberts „To będzie walka z przeważającym przeciwnikiem, której przeżycia nie należy się spodziewać. Zadamy tyle zniszczeń, ile damy radę.”.

Amerykanie zaatakowali tak agresywnie, że Japończycy wzięli niszczyciele za krążowniki, a eskortowce za duże niszczyciele.

Flagowiec eskorty, niszczyciel USS Hoel, po postawieniu zasłony i zmniejszeniu zasięgu do kilkunastu kilometrów, zaczął strzelać się z Japończykami. Zaraz oberwał w mostek pociskiem 150mm z Yamato – wielu zabitych, ranni łącznie z komandorem Kintbergerem. Komunikacja radiowa poszła w pizdu, ale jakoś dali radę zebrać grupkę eskortowców do kupy i kontratakować, „Ustawiamy się w linię i jazda!”.

Hoel ruszył do ataku torpedowego na czołowy okręt z linii pancerników (Kongo, albo może ciężki krążownik Haguro, wszyscy po obu stronach mieli problemy z identyfikacją w chaosie i w szkwale), strzelając z czego popadnie i z około 8km wyrzucając torpedy – nie trafili nikogo, a relacje o unikach japońskich okrętów są sprzeczne i niepewne. Za to pewne, że niefortunnie znalazł się przed samym centrum szarżującej floty japońskiej, znacznie przyciągając jej uwagę...

Po wyrzuceniu połowy torped, niszczyciel dostał nie jedno czy dwa trafienia, ale serię jak z megakarabinu maszynowego (rozniosło maszynownię, radary, dalocelownik, mostek, połowę dział) – Kintberger nakazał natychmiast wywalić pozostałe 5 torped, dopóki miał połowę napędu. Przy próbie odejścia na południe, na jednej maszynowi i sterowaniu zapasowym, okręt oberwał około 40 pociskami, od 127 do 410mm (przy czym 200mm pocisk rozniósł pozostałą maszynownię). Wobec przechyłu, palących się magazynów amunicji, zalanych maszynowni, około 8:40 dano rozkaz „opuścić okręt”. Ale dwa przednie działa tonącego niszczyciela wciąż strzelały się ze zbliżającym się ciężkim krążownikiem i niszczycielami, aż do zasięgu 2km i do wystrzelania wraku spod stóp marynarzy... „Blaszana puszka” wytrzymała półtorej godziny i kilkadziesiąt trafień. Była pierwszą po stronie amerykańskiej zatopioną w tej bitwie i poniosła względnie największe straty (ponad 250 marynarzy, uratowało się nieco ponad 80).

W tym samym czasie niszczyciel USS Johnston pod komandorem Evansem atakował linię ciężkich krążowników, strzelając ze wszystkich dział do czołowego Kumano – radar i porządny automatyczny system celowania pozwoliły w biegu, w szkwale i zasłonach dymnych, rozstrzelać nadbudówki krążownika z kilkunastu kilometrów (zużyto ponad 200 pocisków 127mm). Niszczyciel wyszedł na zasięg torped i wyrzucił wszystkie 10 – dwie lub trzy trafiły, Kumano stracił dziób. Obok Kumano, niosąc pomoc, zastopował krążownik Suzuya, uszkodzony w desperackich atakach lotniczych.

Johnston wyczerpał zapas szczęścia parę minut później – trzy pociski 356mm z pancernika Kongo przeszły przez pokład i maszynownię jak przez dyktę (dygresja - na początku bitwy Japończycy, spodziewając się mocniejszych przeciwników, używali pocisków przeciwpancernych, które "gładko" przechodziły przez nieopancerzone okręciki i „baby carriers” (gładko w cudzysłowie, bo jednak sporo niszczyły i zabijały po drodze); po zmianie na odłamkowe, tudzież po zbliżeniu i skuteczniejszym użyciu mniejszych kalibrów, zrobiło się znacznie gorzej dla Amerykanów). Niszczyciel stracił połowę maszynowni i zasilanie tylnych dział, zaraz potem trzy pociski 150mm, prawdopodobnie z Yamato, trafiły mostek, zabijając i raniąc wielu ludzi, ranny został też komandor Evans. Ale USS Johnston nie tonął. Okręcik schował się w szkwale, załoga zdołała naprawić zasilanie dwu z trzech uszkodzonych dział i radar celowniczy, i przywaliła z 9km zbliżającym się niszczycielom. Potem z 10km krążownikom. Potem, w coraz większym zamieszaniu i deszczu, spotkał się znowu z pancernikiem Kongo (kilkanaście razy trafili go w nadbudówki i uciekli w zasłonę dymną, Kongo tym razem nie trafił niszczyciela).

10 minut później dowódca lotniskowców wezwał pomoc przeciw krążownikom, rozstrzeliwującym USS Gambier Bay – Evans zawrócił na wezwanie, z 5km strzelał się z dwoma krążownikami. Nagle zauważył formację 7 niszczycieli, idących do ataku torpedowego na lotniskowce – przypadkiem znalazł się w idealnej pozycji „poprzeczki nad T”, ostrzelał prowadzący niszczyciel. Kiedy ten odpadł, ostrzelał następny - ku zaskoczeniu wszystkich, cały dywizjon zawrócił pod ogniem Johnstona. Ale na tym etapie - około 9:00 - okręcik obrywał już ze wszystkich stron. Około 9:20 wybuchające skrzynie amunicji przeciwlotniczej przegoniły Evansa z mostka - widziano go z USS Roberts, jak wielki chłop, nagi do pasa, cały we krwi, z resztkami lewej dłoni zawiniętymi w chustkę, dowodzi niszczycielem z rufy, drąc się przez właz do drużyny awaryjnej operującej sterem, Evans pomachał im w przelocie. Około 9:40 wysiadły resztki napędu, Japończycy skoncentrowali się na niszczycielu, robiąc z niego sito – ale przynajmniej nie strzelali do uciekających lotniskowców. O 9:45 Evans rozkazał opuścić okręt, wyskoczył z załogą, ale zaginął w zamieszaniu, dostał pośmiertnie Medal of Honor.

Rozbitkowie mówili, że kapitan z przepływającego obok japońskiego niszczyciela im zasalutował...

Trzeci niszczyciel, USS Heermann, był po „przeciwnej” stronie od Japończyków. Kiedy wezwano całą eskortę do ataku, przeszedł pełną parą przez formację „baby carriers”, przez zasłony dymne i deszcz, parę razy ocierając się o katastrofę (mało nie zderzył się z USS Roberts i z USS Hoel). Około 7:50 wdał się w pojedynek artyleryjski z ciężkim krążownikiem Haguro, idąc na zbliżenie i przygotowując odpalenie połowy torped. W chaosie walki i przez pomyłkę, wyrzucono ich nie 5 ale 7. Niszczyciel przeszedł do ataku na kolumnę trzech pancerników, strzelając do czołowego Haruna; pancerniki oczywiście odpowiadały ze znaczną nawiązką, że tak się wyrażę.

USS Heermann wyszedł na około 4km do pancerników i wyrzucił pozostałe mu 3 torpedy. Haruna je wymanewrował, ale w tle doszło do dosyć istotnego zdarzenia, które miało skutki taktyczne i, chyba, psychologiczne – Yamato idący za Haruną, został obramowany przez salwy torped (możliwe, że nie tylko Heermanna) i musiał zawrócić na północ, mając z obu stron równolegle idące amerykańskie torpedy, przez kluczowe 10min. Superpancernik, razem z admirałem Kuritą, był „w odwrocie”, tracąc kontakt z akcją i celami.

Heermann też odpowiedział na wezwanie z rozstrzeliwanych lotniskowców, żeby ktoś zajął się krążownikami po wschodniej stronie – znowu brawurowo przeszedł przez formację, nawiązał walkę z czołowym krążownikiem Chikuma, zajętym topieniem lotniskowca Gambier Bay. Na spółkę z USS Samuel B. Roberts wzięli Chikumę w skuteczny krzyżowy ogień stodwudziesteksiódemek. Oczywiście, japońskie pancerniki nadal waliły do Heermanna z oddali, co najmniej trzy (skąd to wiadomo? bo kiedyś czepce balistyczne ciężkich pocisków miały ładunki różnokolorowej farby, kodowanej wg. okrętu; czyli jeśli widzisz wkoło siebie wielkie fontanny czerwone, zielone i żółte, walą do ciebie co najmniej trzy pancerniki... a ich artylerzyści wiedzą, gdzie padła która salwa i nie gubią się w poprawkach do cudzych pocisków).

Około 8:45 Japończycy zaczęli trafiać – seria pocisków 200mm rozbiła przednie działo i cały przód Heermanna (przytopił się tak, że „kotwice szły po wodzie”), bezpośrednie trafienie w sterówkę zabiło jej obsadę.

Ale jakieś 10 minut później nastąpił zwrot – wyrzucony w międzyczasie w powietrze dywizjon VC-10, z płonącego już USS Gambier Bay, poszedł do ataku na cztery ciężkie krążowniki; z torpedami, bombami, karabinami i kosami na sztorc chyba też. Pod zmasowanym ogniem z wody i powietrza, krążownik Chikuma próbował się oderwać około 9:00, zatonął w czasie odwrotu. Heermann postrzelał się jeszcze z krążownikiem Tone, po czym wrócił do stawiania zasłony dymnej i do formacji z lotniskowcami - jako jedyny z „tin cans” przetrwał bitwę.

Dygresja - Amerykanie stawiali w tej bitwie spore zasłony dymne nie tyle "z kominów", ale głównie specjalnymi fumigatorami, rozpylającymi odpowiednie chemikalia; były bardzo skuteczne przy w miarę bezwietrznej pogodzie, ale - tylko do wyczerpania butli... Po bitwie wszyscy podnosili jak ważne i skuteczne były zasłony, i życzyli sobie mieć na przyszłość 2x tyle agregatów i zbiorników chemikaliów, to nic że wrednie żrących itp.

Nieco cofając się w czasie: najsprytniej zachowywał się w szarży eskortowiec USS Samuel B. Roberts, mniej więcej połowę słabszy i wolniejszy niż „duże” 3 niszczyciele i bez skutecznego radaru czy dalocelownika. Na początku prawie zderzył się z szalonym Heermannem, ale zaraz przykleił się do większego brata, i poszedł za zasłoną dymną niszczycieli, nie strzelając ze swoich dwu dział (choć błagano podkomandora Copelanda, żeby wydał rozkaz otwarcia ognia), udając, że go tu wcale nie ma, i doszedł tak na jakieś 4.5km do celu – krążowników. W tym momencie, pomimo cwanej taktyki, Roberts i tak oberwał w maszt - przesyłka była adresowana do niszczycieli, ale gdzie drwa rąbią... maszt rozsypał się na jedyną wyrzutnię 3 torped, przyszło go posprzątać i dopiero około 3.5km od krążowników udało się odpalić torpedy - podobno jedna trafiła krążownik Chokai.

Roberts zwiał bez strat za zasłonę dymną w stronę lotniskowców, ale zaraz z dymu i deszczu wychynął krążownik Chikuma, walący całą burtą do „baby carriers”. Komandor Copeland w końcu zezwolił na atak, powiedział swojemu artylerzyście „Panie Burton, może pan strzelać”. Eskortowiec, manewrując jak szalony, zaczął walić całą burtą do krążownika – przypominam, jego „cała burta” to dwa działa 127mm - krążownik miał dział 127mm sztuk osiem. Znaczy, jako dodatek do ośmiu dział 200mm...

Dygresja - projektowa maksymalna prędkość eskortowca takiego, jak Roberts, to było umiarkowane 24 węzły, ale na początku bitwy inżynier pokładowy obszedł wszystkie zabezpieczenia maszynowni, jakie dało się obejść i wycisnął z łódki nieco ponad 28 węzłów, momentami.

Pomimo niejakich kłopotów z celowaniem do tak małego i szybkiego celu z tak bliska (a Copeland sterował eskortowcem dosyć ekstremalnie, np. dając „całą wstecz” czasami), Japończycy w końcu zaczęli trafiać, dwa pociski trafiły rufę Robertsa, w tym uszkodziły lekko tylne działo. Zaraz potem wybuchł w nim zamek, zabijając większość obsługi wkoło.

Dygresja – działa 127mm (oficjalnie rodzina Mark 12 5"/38 caliber gun) na wszystkich amerykańskich okrętach w tej bitwie, to jedne z najlepszych dział średniego kalibru II wojny światowej, a kto wie, czy nie jedne z najlepszych i najwszechstronniejszych dział morskich wszechczasów. Nie bez powodu ta rodzina była używana od lat ’30 do ’90... (i kiedyś muszę notkę o nich). Celowano tymi działami albo lokalnie, z nieco zmechanizowanego teleskopu (na eskortowcach itp.), albo naprowadzając automatycznie działa z dalocelownika i radaru i to całkiem dokładnie - w ruchomy acz bezwładny cel typu średni okręt spokojnie trafiano z dziesięciu kilometrów. Jako przeciwlotnicze kierowane radarem też nieźle się sprawdzały. Wszystko to w 1944, albo i nieco wcześniej, i upchnięte nawet na małych nieopancerzonych niszczycielach. Czy wspominałem, że Amerykanie potrafili wykorzystywać technologię i jej przewagi? Bo, dla ustalenia uwagi, rozwiązania sterowania i celowania, a nawet mechatroniki, z tej samej bitwy, dla flagowych japońskich dział, w tym ekstremalnych 460mm Yamato, przypominały raczej I wojnę światową.

Wracając do Zatoki Leyte 25 października 1944 – USS Roberts po utracie jednej maszynowni zwolnił i stał się łatwym łupem Japończyków. Postrzelali okręcik jak sito, około 9:00 Kongo rozpieprzył resztkę maszynowni i Roberts zaczął tonąć.

Pozostałe małe eskortowce też wyrzucały torpedy, obrywały od Japończyków, strzelały do nich (USS Butler w godzinę zużył cały zapas amunicji 127mm, ok. 650szt.). Ich akcje były nieco mniej spektakularne i wszystkie przetrwały bitwę.

Już około 8:00 admirał Sprague wydał rozkaz „Otworzyć ogień kiedy wejdą w zasięg słomek na gluty” (pea-shooter = słomka na gluty) – miał na myśli „żądła”, czyli pojedyncze i jedyne działa 127mm na rufach lotniskowców eskortowych. Nawet podobno trafili Japończyków parę razy, jakiś ułamek zatopienia ciężkiego krążownika Chokai przypisuje się „słomkom na gluty” (podobno krążownik oberwał pojedynczym pociskiem 127mm dokładnie w skład torped, nie byle jakich, w legendarne „długie lance” 610mm, każda z głowicą rzędu pół tony i zbiornikiem ciekłego tlenu – jebło jak w filmie Michaela Baya. A zaraz potem samolot trafił Chokai małą bombką, za to dokładnie w przednią maszynownię. Japończycy samozatopili krążownik tego samego dnia).

Artylerzystom przeciwlotniczym na lotniskowcu, którzy w emocjach, acz bezczynnie, przyglądali się bitwie, oficer rzucił „poczekajcie jeszcze chwilkę chłopaki, wciągamy ich w zasięg pelotek 40mm!”.

USS Gambier Bay pod strzałemNajbardziej wystawiony na strzał był lotniskowiec eskortowy USS Gambier Bay, Japończycy zaczęli go trafiać nieco po 8:00 z około 9km, do 9:00, pomimo wysiłków eskorty, Gambier Bay został rozstrzelany; zaraz zatonął, jako jedyny lotniskowiec USA zatopiony ogniem artylerii.

Podobnie wyeksponowany (ostatni w szyku od strony ataku) USS Kalinin Bay też nieźle oberwał od krążowników i cudem uniknął torped japońskich niszczycieli, choć mocno postrzelany, przetrwał bitwę.

Około 9:00 doleciała druga fala samolotów z drugiego zespołu, Taffy 2, i rzuciła się z furią na japońskie okręty. Lotniskowce Taffy 2 były na razie bezpieczne poza zasięgiem dział, wysyłały swoje samoloty, przyjmowały samoloty Taffy 3, próbowały kontrolować chaos. A ich równie wątła jak Taffy 3 eskorta już wcześniej formowała się do ewentualnego ataku torpedowego - japońskie pancerniki widziały ją w oddali (otumanieni Japończycy znowu sklasyfikowali niszczyciele jako krążowniki); pancerniki miały dość dział, żeby do skraju Taffy 2 też postrzelać, na maksymalnym zasięgu - ale nie trafili.

Admirał Kurita uznał, że wystarczy tego dobrego - miał już sporo uszkodzonych okrętów, rozwalił jakieś lotniskowce, wszędzie było pełno "krążowników" i samolotów; już wiedział, że grupa południowa, z którą miał się spotkać, nocą poszła na dno w cieśninie Surigao, a nadal nie wiedział, że nie walczy z całą główną flotą - około 9:20 nakazał oderwanie się od przeciwnika. Furia kontrataków i liczebność rzuconego lotnictwa sugerowała, że przeciwnik jest zupełnie serio, i zaraz może się pokazać parę amerykańskich pancerników na dokładkę.

Admirał Sprague, zajęty na lotniskowcach koordynacją eskorty, zasłon dymnych, lotnictwa i wymanewrowaniem torped niszczycieli, zupełnie podobnie nie wierzył, że Japończycy odrywają się na północ, tak jak parę godzin wcześniej nie wierzył, że nadpływają z północy wkoło wyspy Samar. Jak skomentował we wspomnieniach "Słabo do mnie docierało potwierdzenie, że Japończycy są w odwrocie, za długo nastawiałem się, że o tej porze [tj. ok 10:00] jeśli będę w ogóle pływał, to żabką".

Jak wspominał rozbitek z USS Roberts: „Cóż, myślę, że to co się liczyło, to determinacja. Nie mogłem uwierzyć, że oni po prostu nie podpłynęli i nie starli nas wszystkich z powierzchni morza. Zmieszaliśmy Japończyków bardzo, to ich odstraszyło. To było niesamowite doświadczenie”.

Determinacja była taka, że kiedy zauważono odwrót floty japońskiej, marynarz obok admirała Sprague rozdarł się „Cholera, chłopaki, oni nam się wymkną!”.

Po rozejściu się zespołów z zasięgów artyleryjskich, ciężar walki przejęły samoloty – wszystko, co mieli Amerykanie poleciało za Japończykami, a Japończycy przypuścili pierwszy w historii w miarę udany atak kamikaze (drugi w ogóle). Oberwało się paru minilotniskowcom, ale tylko USS St Lo zatonął, po jednym, za to pechowym trafieniu.

Co za bitwa! Jak pszczół z niedźwiedziami.

Ale gdzie jest i co porabia nasz ulubiony macho, admirał William „Bull” Halsey i jego mocarna Trzecia Flota? No i tu zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki.

Zaraz po 8:00 dowodzący całą Zatoką Leyte doświadczony wiceadmirał Kinkaid zaczyna wysyłać otwartym tekstem: „Moja sytuacja krytyczna. Pancerniki i wsparcie powietrzne konieczne do powstrzymania przeciwnika przed zniszczeniem lotniskowców eskortowych i wejścia do Leyte” itp.

O 9:05: „Potrzebne pancerniki i wsparcie powietrzne. Atakują cztery pancerniki i osiem krążowników.”.

Słyszący to na północy Halsey generalnie ignoruje, bo już prawie prawie dopadł niedobitki Ozawy (po wczorajszych nalotach) i w ogóle, co ten Kinkaid sobie wyobraża, że nie pilnuje swojej północnej flanki i drze japę o pomoc jak jakiś słabiak.

Słyszący to na Hawajach ponad 5000km dalej C-in-C Nimitz, rozumie, że jest fakap, ale nie rozumie co się dzieje (bo Halsey namotał dzień wcześniej w ustaleniach i rozkazach, kto i gdzie ma pływać, stąd wszyscy myśleli, że gdzieś na pn. od Zatoki Leyte jest jakiś pancernik, krążownik, kajak chociaż?) i śle do Halseya słynne pytanie „GDZIE JEST TASK FORCE 34?”, czyli uderzeniowa grupa pancerników (4 sztuki, w tym potężne nóweczki, Iowa i New Jersey. Tak, te same które służyły przez szereg wojen i jeszcze w latach '80, i są muzeami obecnie) plus ich solidna eskorta.

Praktyką w szyfrowaniu było (i jest) dodawanie przypadkowych prefiksów-sufiksów do komunikatu, żeby zamaskować „pola stałe” typowej komunikacji - nadawców, podpisy, pozdrowienia, itp., to utrudnia złamanie użytego szyfru. Komunikat Nimitza dostał przypadkowy prefiks „indyk kłusuje do wody” i sufiks „świat się zastanawia” (są różne możliwe idiomatyczne odniesienia w angielskim, ale mniejsza). Oryginalnie coś takiego:

TURKEY TROTS TO WATER GG FROM CINCPAC ACTION COM THIRD FLEET INFO COMINCH CTF SEVENTY-SEVEN X WHERE IS RPT WHERE IS TASK FORCE THIRTY FOUR RR THE WORLD WONDERS

Tylko na flagowym pancerniku USS New Jersey Halseya, szyfrant przez pomyłkę nie opuścił sufiksu po markerze RR, stąd Halsey dostał do ręki depeszę Nimitza w wolnym tłumaczeniu „GDZIE JEST, POWTARZAM, GDZIE JEST ZESPÓŁ 34? CAŁY ŚWIAT SIĘ ZASTANAWIA”

Taka obraza!

Jak sam wspominał, ręce mu drżały, jebnął czapką o pokład, i klął tak szpetnie, że "wolał tego nie pamiętać". Własny szef sztabu - kontradmirał musiał go fizycznie wstrząsnąć i nakrzyczeć, żeby wziął się w garść.

Na co admirał zamknął się na godzinę w kabinie, nie wydając rozkazów, TF34 nadal płynął na północ. A potem Halsey niby coś robił, ale przeformowywał grupy, na wracającą i kontynuującą pościg za Ozawą, oraz przez dwie godziny koniecznie musiał tankować niszczyciele. W końcu łaskawie zawrócił.

Twierdził, że nie wiedział, jak bardzo krytyczna jest sytuacja pod Leyte. Trudno to wyjaśnienie brać za dobrą monetę, skoro jego własny podwładny, admirał McCain dowodzący pod-zespołem prawdziwych lotniskowców i uważnie słuchający co się dzieje w eterze, pognał na pomoc Taffy 3, zanim jeszcze Halsey wydał jakiekolwiek rozkazy – rozkaz zawrócenia padł o 11:15, a już około 10:00 McCain wyszedł na maksymalny zasięg 600km i wyrzucił w powietrze lotnictwo z trzech dużych lotniskowców (które nie narobiło wiele szkód Japończykom, ale utwierdziło Kuritę w przekonaniu, że pod Samar jest za gorąco i słusznie robi odrywając się).

Widocznie McCain był zawodowcem a nie starym burakiem z przerostem ambicji.

Halsey gęsto, głupio i wielokrotnie się później tłumaczył (że nie wiedział; że miał podstawy uważać, że centralny zespół japoński jest rozbity; że Siódma Flota sama powinna pilnować swojego tyłka, choć nie bardzo wiadomo - czym?; że przecież zatopił lotniskowce – przynęty i pancernik Musashi, itd.), ale żadnych bezpośrednich konsekwencji nie poniósł za to, że kiedy on unosił się w zaciszu kabiny posraną admiralsko - kowbojską ambicją, ludzie heroicznie ginęli setkami, przez jego błędy (straty amerykańskie pod Samar to około 900 zabitych i 900 rannych – więcej niż kosztowały bitwy pod Midway i na Morzu Koralowym razem wzięte...).

Jak lakonicznie podsumował swój oficjalny raport wiceadmirał Lee, dowodzący podgrupą pancerników u Halseya: „Żadne straty w bitwie nie zostały zadane, lub poniesione, podczas operacji w ramach Task Force 34”.

Nigdy nie zrozumiałem za dobrze, czemu Nimitz i King trzymali starego capa „Bulla” Halseya, zamiast go gdzieś po cichu wypchnąć, kiedy brawura w skali gigantycznej kampanii Pacyfiku nie była już nikomu do niczego potrzebna, a nawet wręcz szkodliwa. Myślę, że tylko z powodu public relations i pewnego poczucia współwiny za Halseya pomysły i błędy.

Bo to nie był koniec – do końca wojny ze dwa razy z uporem wsadził flotę w tajfuny, stracił ludzi i okręty, robiono śledztwa. Ale zawsze jakoś tam się tłumaczył, Nimitz go osłaniał, macho-gwiazdora nie tak łatwo wywalić na śmietnik, nie w Ameryce.

Bo Amerykanie kochają starego dobrego, co najwyżej kontrowersyjnego, twardziela, który „nie ufa w waleczność człowieka, który nie pije i nie pali” albo w momencie zawieszenia walk wydaje komunikat „Zawarto rozejm. Wojna skończona. Jeśli pojawią się jakieś japońskie samoloty, zestrzelić je w przyjacielski sposób.” (tak bardzo się bał zdesperowanych kamikaze łamiących rozkazy, nasz twardzielek kochany).

USS HalseyBył na USS Missouri (tym nowym, nie tym na którym zaczynał służbę 40 lat wcześniej) przy podpisywaniu kapitulacji Japonii. Jest na słynnych zdjęciach, gdzieś obok Nimitza i MacArthura. Dożył 1959 na "emeryturze" - synekurze dyrektorskiej w ITT. Amerykanie nadal go kochają, nazywają jego imieniem różności, jak np. aktualny niszczyciel rakietowy USS Halsey (DDG-97).

Generała Pattona na dwa lata odstawiono na bok za brawurę i „twardzielskie” spoliczkowanie dwu żołnierzy – Halsey zabił przez zbędną brawurę i „twardzielskość” tysiąc marynarzy, a i tak został w grudniu 1945 awansowany na admirała floty.

Weterani Taffy 3 uznali to za zniewagę pamięci ich poległych kolegów.




Wpisz dane i komentarz:

Autor:

Hasło:

albo CAPTCHA dla niezarejestrowanych:

Jednostka długości w układzie SI:

Treść:

Formatowanie: [b] pogrubienie [/b], [i] kursywa [/i], [u]podkreślenie[/u], link: URL lub [a="URL"]tekst[/a], nie używać nawiasów {} i tagów HTML. Max długość ok. 3000 znaków.


Salantor
Sat, 15 Jul 2017 13:50:50
Jako osobnik mający o marynarce pojęcie praktycznie zerowe spytam - skąd tak dokładne dane godzinowe na temat trafień, uszkodzeń, zatopień i reszty? Pytam o źródło pierwotne, czyli statki, a nie badaczy.

Boni avatar Boni
Sat, 15 Jul 2017 15:13:41
@Salantor

Z logów sterówek, artylerii, radia, lotnictwa pokładowego. Wszystko notowano, z w miarę dokładnym czasem. Bywało, że logi przepadły razem z zatapianym okrętem czy przy pechowym trafieniu, ale nader często je ratowano. A jeśli było wiele okrętów w bitwie, na ogół daje się zrekonstruować zajście w miarę dokładnie. Na ogół przyjmuję wiarygodność rzędu +-5min. spory o 2 minuty wte czy wewte mam za nerdozę pospolitą.

A dla okrętów USN czy RN, dochodzą jeszcze dane z plotterów - rejestratorów, od przeliczników artyleryjskich - rysowały namiary i poprawki strzelań, itd. Japońskie i niemieckie raczej czasem przepadły w niszczeniu archiwów i bombardowaniach, ale też niekoniecznie.

Skądinąd, w ostatnich dekadach dopiero potłumaczono logi japońskie z WW2, historycy przez wiele lat opierali się tylko na USN czy RN; teraz niektóre kawałki nieco się rewiduje (ale OIMW bez rewolucji).

Gatling
Sat, 15 Jul 2017 16:56:24
Nie odróżniam pancernika od armadillo, ale jasny gwint, Boni, napisz tym stylem jakąś większą publikację i weź mój piniądz.

charliebravo
Sat, 15 Jul 2017 17:41:44
@Boni
Kolejna smakowita marynata!
Z treści chyba nie wynika, a tam był ZTCP jeszcze taki problem, że gdyby siły japońskie nie zostały zatrzymane przez lotniskowce eskortowe i "tin cans" to wjechałyby na tyły desantu, co skończyłoby się masakrą i opóźnieniem kampanii na Pacyfiku liczonym co najmniej w miesiącach. Więc tym bardziej głupio ryzykował Halsey.

Boni avatar Boni
Sat, 15 Jul 2017 18:15:56
Dzięki za dobre słowo.

@Gatling, publikacja

Nie mam czasu, kota... hm, nie głaszczę. Żonę głaszczę!

@charliebravo

Słuszna uwaga, dopisałem - staram się pisać dla laików, ale i tak zdarzają mi się tego typu "skróty" i pominięcia; no bo dla fanatyków marynistyki oczywiste, co nawet tylko kilka krążowników zrobiłoby z gołą flotą zaopatrzeniową, która nawet uciec nie ma gdzie i jak z tej zatoki - strzelanie do ryb w beczce, tłuczenie foczek bejsbolem, to jeszcze byłyby za słabe analogie...

BTW na "skróty" i błędne założenia o wiedzy czytelnika pomaga redaktorka, która się dziś w końcu przyznała, że ona to w zasadzie nie wie, które są większe, a które mniejsze, te pancerniki, niszczyciele czy krążowniki i że mogę dawać więcej wskazówek w tekście. Pozdro! (głasku, głasku)

gszczepa
Sat, 15 Jul 2017 20:05:31
@McCain, zadziwiła mnie zbieżność nazwisk i sprawdziłem - to tych samych McCainów co obecny senator.

@"klops", fascynuje mnie powtarzalność historii;
Podczas wojny falklandzkiej, argentyńskie dowództwo nie wierzyło w możliwość brytyjskiego lądowania i przekonało się dopiero kiedy porusznik Owen Crippa dwukrotnie przeleciał nad siłami desantowymi w szkolno-bojowym MB-399, przy okazji atakując brytyjską fregatę za pomocą działka i pocisków niekierowanych.

Boni avatar Boni
Sat, 15 Jul 2017 21:04:05
@gszczepa

@Falklandy

Tiaaa, ignorancja napędem tego koła, którym się historia toczy. Jakbym był kimś z wysokich władz Argentyny, to po tej wojnie kazałbym kupić jakieś ładne wielotomowe grube w twardej oprawie wydanie historii II wojny na Pacyfiku, tyle zestawów, ilu tam było tych argentyńskich "jastrzębi", i kazał pod groźbą dożywocia tym wszystkim generałom i admirałom publicznie, przed kamerami TV, zeżreć tom o kampanii na Guadalcanal. Cały. Bez popitki. Przy okazji edukując publiczność, dlaczego ogląda to, co właśnie ogląda.

korba
Sat, 15 Jul 2017 22:52:38
Dzięki Boni za świetny kawałek.
Choć jak zobaczyłem tytuł, to moim pierwszym skojarzeniem nie byli amerykanie strzelający na morzu, tylko stareńka powieść Arthura C. Clarke'a o tym samym polskim tytule, którą dziecięciem będąc z wypiekami na twarzy czytałem.

Boni avatar Boni
Sat, 15 Jul 2017 23:04:18
@korba

O, miło, że ktoś to jeszcze pamięta i rozpoznał. Muszę kiedyś odświeżyć, przynajmniej spróbować (ostatnio nadgryzałem z ramot "Fundację" i "Dzień tryfidów", rany jak to się zestarzało...).

gszczepa
Sat, 15 Jul 2017 23:05:10
A ja za każdym razem kiedy ktoś przywołuje, Kowbojów Clarka przypominam "Pływającą wyspę" rosyjskiego autora Żemajstisa tórą dziecięciem będąc z wypiekami na twarzy czytałem.

Aniou-co-nie-pamieta
Sun, 16 Jul 2017 12:20:13
Gratulacje za świetny artykuł, czytało się naprawdę miło. "Kowboje oceanu" też mi się skojarzyli od momentu, gdy tytuł pojawił się w powiadomieniu - nawet się zastanawiałem czy to będzie marynarka wojenna czy może coś na temat współczesnej automatyki na morzu. I pierwsza myśl nie dotyczyła floty. :)

Jeśli chodzi o komandora Evansa to pełne zaskoczenie - od razu przed oczyma stanął mi Du Petit Thouars z bitwy pod Abukirem i to, jak po stracie ręki i obu nóg kazał się wsadzić do beczki z ziarnem z której jeszcze przez jakiś czas dowodził okrętem.





laisar
Sun, 16 Jul 2017 12:48:54
@boni "Jakbym był kimś z wysokich władz Argentyny"

Ja jestem genetycznym optymistą, ale sugestia wyrażona w tym zdaniu, że ktokolwiek z wysokich władz był w czymkolwiek inteligentniejszy od "jastrzębi", przechodzi moje najśmielsze pojęcie...

Ad rem: świetna notka, jak zawsze! Pisać, pisać kolejne, a na książkę (choćby na emeryturze) samo się nazbiera.

gszczepa
Sun, 16 Jul 2017 13:23:04
Przecież cała zabawa polegała na tym że wysokie władze Argentyny składały się równo z generałów itp. Możnaby pomyśleć że skoro się już bawią w "małą, zwycięską wojenkę" to zrobią to przynajmniej kompetentnie.

rozie
Sun, 16 Jul 2017 19:04:39
Dzięki za przyjemną lekturę.

Jednej rzeczy nie rozumiem. Albo raczej nie rozumiem adresowania pretensji. Tak trochę nawiązując do przedostatniej notki i roli otoczenia i przypadku w życiu człowieka - przez wiele lat robił robotę i ciężko pracował. Możemy mówić o szczęściu, możemy marginalizować (chyba nie do końca słusznie), że mniej kunszt, bardziej tylko podnoszenie morale, ale robota była zrobiona, zaangażowanie duże. Styl znany. Jaki koń jest, każdy widzi. I skoro sytuacja trochę się zmieniła, to zamiast przesunąć pana z niezłą jednak przeszłością w wieku bez mała emerytalnym, ktoś daje mu władzę i spodziewa się... no właśnie, czego? A potem, jak już nawalił, to można albo przyznać się do błędu (także własnego), albo dać wiarę tłumaczeniom i udawać, że w sumie było OK.

BTW dziwi mnie brak jakiejś procedury odsunięcia od dowodzenia w przypadku wstrząsu jak po depeszy. Bo jeśli człowiek po liście zaczyna się trząść i przestaje panować nad sobą, potem znika w kabinie i generalnie wygląda na niezdolnego do pracy, to IMHO powinno wjechać jakieś orzeczenie o czasowej niezdolności do pełnienia obowiązków i przejęcie dowództwa przez zastępcę. PRowo wyprostuje się później... Obciach niby będzie, ale o rząd wielkości mniejszy, niż przy uznaniu winy (if any).

Chociaż, po namyśle, to wojsko. Trochę przypomina mi się książka o największych błędach wojskowych (czy coś w ten deseń). Np. koguciki (decyzyjne) tak się do ciuszków przywiązały (świecąco-błyszcząco-kolorowych) i dyskutowały z faktami (że widać i łatwo trafić), że pewnie parę rzędów wielkości więcej ludzi zginęło przez to, niż w opisanej bitwie.

rozie
Sun, 16 Jul 2017 19:05:18
Nazwa stolicy Indii to nie Delhi, tylko Nowe Delhi. ;-)

gszczepa
Sun, 16 Jul 2017 20:18:42
@krwawy_krolik,

Był taki moment że Thatcher też się zawahała (po zatopieniu "Sheffielda").

Boni avatar Boni
Sun, 16 Jul 2017 21:03:08
@Falklandy

Mówiąc o "wysokich władzach Argentyny", które powinny kazać zeżreć monografię WW2 Guadalcanal przed kamerami, miałem na myśli tę część hunty, która najwyższe ówczesne władze, generałów i admirałów odpowiedzialnych za Falklandy, zaraz zdegradowała i wsadziła do więzień, a nawet chciała po prostu rozstrzelać.

@krwawy - determinacja Maggie

O tym, skąd, jak i do czego prowadzi niespodziewana determinacja wystarczająco "bogatej" strony, odległej o 10000km, od strategicznie średnio ważnej a poza tym nieciekawej wyspy, jest właśnie w monografiach WW2 o Guadalcanal.

Boni avatar Boni
Sun, 16 Jul 2017 21:10:01
Ogólnie, dzięki za dobre słowa.

@rozie
@brak procedur odwoływania admirałów itp.

IMHO to już były wszystko kwestie bardziej polityczne niż procedur czy zdolności lub nie Halseya. Ale jak zaznaczyłem w notce, za mało się znam na wzajemnych układach Nimitza i Kinga i ówczesnych struktur administracji prezydenckiej USA vs. dowolny admirał, żeby głębiej wyjaśniać, czemu Nimitz chronił Halseya, nawet jak IIRC po drugim cyklonie w który wsadził flotę, kolegium "dochodzeniowe" rekomendowało po prostu odsunięcie Halseya od dowodzenia aktywną flotą. Albo po cholerę dali tak kontrowersyjnej postaci tego admirała floty. Dlatego moje wyjaśnienie najprostsze - bo wszyscy jednak kochali dziadka - twardzielka.

cmos
Sun, 16 Jul 2017 22:24:37
@rozie
"orzeczenie o czasowej niezdolności do pełnienia obowiązków i przejęcie dowództwa przez zastępcę"

To otwiera drogę do legalnego buntu przeciwko dowódcy, więc w wojsku tego nigdy nie będzie.
Przypominam "Porucznik Hornblower" Forestera, to oczywiście fiction, ale o dokładnie tym problemie.

gszczepa
Sun, 16 Jul 2017 23:20:27
Bardziej z epoki: Herman Wouk, Bunt na okręcie (The Caine Mutiny). Też fikcja ale mocno wpasowana w realia DWS/US/Pacyfik, przy okazji pokazująca wojnę od strony nie admirałów i flot.
Tylko porucznika rezerwy, na przestarzałym niszczycielu przeklasyfikowanym na trałowiec. Mocno oparta o przeżycia własne autora książka z 1951 r.

Boni avatar Boni
Sat, 5 Aug 2017 19:49:19
Tu położę, bo jakoś wcześniej nie znalazłem - pomnik pamięci Taffy 3 w porcie San Diego, na środku popiersie admirała Sprague: http://bs-blog.clouds-forge.eu/res/battleofleytegulfmemorial.jpg





Licencja:
Creative Commons License

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Rewolucja będzie...
Thu, 21 Sep 2017 07:54
@mgr Sianko Zapewne, ale analogicznie -...

mgr Sianko - Rewolucja będzie...
Wed, 20 Sep 2017 20:17
@nacjonalizacja Przedsiębiorstwa państwowe to...

Boni - Rewolucja będzie...
Wed, 20 Sep 2017 19:12
@zbrojeniówka No może, chociaż wolałbym ją...

mgr Sianko - Rewolucja będzie...
Wed, 20 Sep 2017 14:50
Ale po co nacjonalizować?

korba - Rewolucja będzie...
Tue, 19 Sep 2017 22:41
@ bombardowanie Nissana i Vauxhalla Wyrażasz w...

Red.grzeg - Rewolucja będzie...
Tue, 19 Sep 2017 09:26
Przemysl zbrojeniowy.

Boni - Rewolucja będzie...
Mon, 18 Sep 2017 20:07
@cmos Może i prawda. Na pewno z poprawką, że...

cmos - Rewolucja będzie...
Mon, 18 Sep 2017 15:04
@boni "Co by znacjonalizować?" ...

Boni - Gogika
Thu, 14 Sep 2017 00:15
@cmos Kumam, czyli jednak nietrafione trochę...

Maciuś - Gogika
Thu, 14 Sep 2017 00:05
@telemach W drugą stronę. To nie dziecko jest...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP


Engine: Anvil 0.80   BS 2012-2017