Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze






Autor: Boni
Kiedy: 2016-12-09, piątek
Tagi:  rapiery, marynata
___________________________________
(dodaję dla historyjek marynistyczno - antropologicznych tag "marynata" żeby ułatwić przyszłe wyszukiwanie, notka jest z tego cyklu; no dobra, to nie jest notka, to jakaś masakra na ponad 33tys. znaków...)


Chłopiec urodził się w 1906 w Surrey, jako najmłodszy czwarty syn dobrze sytuowanej rodziny kupieckiej (branża tytoniowa, import itd.). Rodziny zdominowanej przez silnego, głośnego i pewnego siebie ojca, który krótko trzymał czterech budrysów, ale zdaje się bez większych patologii i przy poparciu i wsparciu żony (w swoim czasie utalentowanej śpiewaczki itd.), może nieco zahukanej przez tatuśka, jak cała reszta rodziny, ale znoszącej tę "niedolę" ze spokojem.

Ich życie w dosyć niespokojnych czasach przed pierwszą wojną światową płynęło we względnym dostatku i "należycie" - nowy dom na przedmieściach Londynu, wakacje na południu Anglii, ogólnie końcówka Belle Époque.

Najwcześniejsze "wielkie" zdarzenia, które chłopiec wspominał po latach, to widok cesarza Niemiec Wilhelma II w odkrytym powozie, razem z królem Anglii (różne źródła w sieci, być może sam chłopiec, twierdzą, że z Edwardem VII, ale moim skromnym zdaniem jest to niemożliwe - najpewniej widział Wilhelma w powozie z Jerzym V, na uroczystościach z okazji pogrzebu Edwarda, "wujka Europy" oraz wujka Wilhelma, w 1910). I przelot Peugoud'a bleriotem-jednopłatowcem nad Tamizą, odwrócony, "na plecach". I pojedynczy wystrzał z działa na Isle of Wight, ogłaszający wybuch I wojny. I płonący zeppelin, spadający nad Londynem.

Po wojnie chłopiec wyrósł na młodzieńca raczej nieśmiałego, lekko jąkającego się acz gadatliwego, bardzo przystojnego, o atletycznej budowie, z raczej niską inklinacją do nauki czy kariery inteligencko - kupieckiej. Chłopiec chodził do szkół, jakoś tam sobie radził; choć nerwy go zjadały przed egzaminami, w końcu dostał się do Westminster School, ale generalnie wolał sport i rozrywkę - w Westminster był niezłym wioślarzem.

W międzyczasie pomagał wujkowi (byłemu wojskowemu) - sokolnikowi, w ramach gier i zabaw, ale także w organizowaniu występów z ptakami na największych i najbardziej prestiżowych imprezach - chłopakowi podobały się oba aspekty tej aktywności, sokolnictwo i okolice, ale też show i parada towarzysząca np. Pageant of Empire na stadionie Wembley.

himselfW tym samym czasie trafił do teatru, najpierw jako przypadkowy widz, ale potem z coraz większym zapałem, aż do myśli, że aktorstwo, to jest to. Pomalutku wkręcił się do Old Vic i innych teatrów, miał bardzo dobre warunki fizyczne, aż za dobre (krytykom zdarzało się narzekać, że jego postacie są raczej rodem z boiska a nie Szekspira), w tamtych czasach idealną urodę amanta (czarnowłosy, ciemne cygańskie oczyska, itd.), z wysiłkiem ale skutecznie opanowywał tremę, jąkanie, nieśmiałość.

Grał skutecznie, jak się wydaje, także siebie. W międzyczasie ożenił się z koleżanką, był to szczęśliwy, acz dosyć otwarty związek. Nieco później związał się pozamałżeńsko i równolegle, z inną koleżanką. Trudno powiedzieć, żeby była tajną kochanką, skoro panie wiedziały o sobie, korespondowały ze sobą, itd. określenie "mistress" jest tu jak najbardziej potrzebne; trójkąt zachowywał wszelkie pozory i dyskrecje i przetrwał wiele lat.

Grał coraz więcej, coraz lepiej. Już w latach '20 trafił do filmu, najpierw statystował i grał błahostki, ale pomału stawał się gwiazdą, przynajmniej na miarę robiącej bokami kinematografii brytyjskiej. W końcu załapał się nawet do Hollywood i Hitchcocka, który był u szczytu kariery i robił czasami dziwne projekty poboczne. Zresztą, wkręcenie się w Hollywood nie dało jakiegoś spektakularnego przełomu, gdyż Warner Bros. zaraz pożyczyli go "z powrotem" filmowcom brytyjskim, ale przynajmniej materialnie wyszedł mocno do przodu, w porównaniu z biedowaniem w początkach kariery aktorskiej.

Nie odpuszczał też teatru, grał coraz poważniejsze role i coraz lepiej. W latach '30, i przed własną trzydziestką, miał ugruntowaną pozycję, może nie jakiejś supergwiazdy kina i teatru, ale solidnego aktora i przemiłego człowieka. Kręcił filmy po całej Europie i świecie, np. gruntownie poznał Berlin kręcąc film (nawet Goeringa widział), w czasach kiedy wypędzano ostatnich Żydów z branży i przestrzeni społecznej, a niemieckie studia filmowe przechodziły pod totalitarną kontrolę państwa.

Podobnie, obserwował z bliska jak Austria zmienia się pod dyktando nazistów, spędzał rodzinne wakacje w Tyrolu; przywiózł stamtąd wspomnienia jak łatwo idylla zmienia się w Coś Innego i lornetkę Zeissa. Przydała mu się niebawem.

Rodzina się rozrosła, miał córeczkę. Ugruntowana kariera aktorska starczała na coraz dostatniejsze życie, przed samą drugą wojną pokusił się z przyjacielem o własny teatr, żeby móc robić aktorsko to, co chce i jak chce.

Dygresja - w 1936 załapał się na samiuśki początek nowego medium, trafił do telewizji BBC już w pierwszych miesiącach stałego nadawania programu, do teatru telewizji (bo przecież wszystko szło na żywo), w skróconych i przerobionych popularnych sztukach (bo kamery i technika nie pozwalały w ogóle zaszaleć, małe statyczne plany, mało aktorów, na jeszcze mniejszym ekranie).

Z pomysłem na własny teatr i biznes nie trafili zbyt dobrze; był to czas wzrastającego niepokoju, ten czas, kiedy Chamberlain myślał, że ugłaska Hitlera i nikt nie chciał umierać za środkową Europę. Wiadomo, Hitler nie dał się ugłaskać, wojna nadciągnęła wielkimi krokami. Teatry świeciły pustkami, większość branży filmowej wyniosła się z UK do USA (chociaż został np. istotny duet producencko - reżysersko - scenariuszowy The Archers, dający bohaterowi notki w miarę "seryjne" zatrudnienie).

Kiedy naprawdę wojna stanęła u progu, blitz i bitwa o Anglię stała się faktem, córkę ewakuowano na wieś - zaciągnął się do wojska, szczególniej celując w Royal Navy (dalej - RN), namówiony przez przyjaciela (choć producenci filmowi i inni znajomi z branży, uważali że to niezbyt mądre w jego wieku i okolicznościach przyrody, ale trudno było w tamtych czasach zabronić komukolwiek popełnić patriotyczne samobójstwo).

To w ogóle wydaje się jego ciągłą cechą - przemiły przystojny trochę nieśmiały człowiek, który uwielbia grać, gra cały czas, ale role ciągle piszą mu inni.

Zanim potwierdzono jego zaciąg do RN (w wieku 34 lat i bez doświadczenia nie było to oczywiste), pomagał szkolić dziadków z obrony terytorialnej w tematyce raczej skautingu niż wojska; wszyscy znają te anegdoty, "zamalujemy drogowskazy", Mr. Brown stawił się z mieczem, a Mr. Smith z łukiem, itd itp. Ale było to jakieś zadanie, zresztą, inklinacja naszego bohatera do łuków, nabyta gdzieś w tym czasie, okazała się mieć nieoczekiwane konsekwencje.

Zadania "wojskowe" umiarkowanie kolidowały z karierą aktorską; rzeczy zaczęły dziać się "na serio", kiedy dostał potwierdzenie od RN, skądinąd grał wtedy Lizandra we "Śnie nocy letniej" w teatrze na otwartym powietrzu w Regent's Park; wspominał, że "budził się" wygłaszając słynne "Nie mogę, królu, jasno odpowiedzieć/ Na pół uśpiony, a na pół zbudzony/ Sam nie wiem, w jaki przybyłem tu sposób" a w tle widział przez i ponad drzewami gigantyczny słup dymu z płonących doków. List od RN dostał w piątek, 13 września 1940.

Myślał, że trafi, filmowo - zawadiacko - bohatersko, na ścigacze torpedowe, ale szybko zrozumiał, że nie ma o tym mowy, nawet przy jego wysportowaniu - to była ścieżka zarezerwowana dla najsilniejszych młodych wariatów z zerowym instynktem samozachowawczym, a nie dla 34 letnich weteranów kina i teatru. Przeszedł "unitarkę" morską i szkolenie artyleryjskie, egzaminy zdał bez problemu, został porucznikiem artylerii ze specjalizacją przeciwlotniczą.

PoWPo chwili oczekiwania przydzielono go na nowiuśki, jeszcze w pośpiechu kończony, pancernik HMS Prince of Wales (dalej - PoW). Po następnych paru miesiącach zgrywania świeżej załogi i nieco opornej materii (dygresja dla świeckich - pewne aspekty artylerii głównej okrętów typu "King George V", czyli KGVów, były i często nadal są uważane za przekombinowane i zawodne - i tu patrzymy na unikalne poczwórne wieże działowe kalibru 356mm; ale o tym zagadnieniu można oddzielną książkę popełnić), w końcu marca 1941 Prince of Wales oficjalnie osiągnął gotowość; swoje 35 urodziny porucznik Esmond Knight obchodził w maju, na okręcie, na próbach i ćwiczeniach w kolicy Firth of Forth i Rosyth.

HoodW Rosyth PoW cumował razem z ostatnim wielkim krążownikiem liniowym HMS Hood, nieco już podstarzałą konstrukcją i nie pozbawioną wad, ale jednak - jedynym w swoim rodzaju, powszechnie znanym symbolem potęgi RN, wtedy nadal największym okrętem świata.

W końcu maja gruchnęła wieść, że pancernik Bismarck i ciężki krążownik (pierwotnie donoszono, że Admiral Hipper, ale był to Prinz Eugen; ciekawostka, że w nieco podobnej sytuacji jak PoW, świeżo wdrożony do służby okręt, partner "większego brata", w dziewiczej akcji) wyruszyły do Norwegii i na Atlantyk; Hood i PoW zostały przesunięte do Scapa Flow na Orkadach. Były pewne wątpliwości, co do gotowości i zdolności Prince of Wales do walki, ale kapitan John Leach zadeklarował pełną wolę i gotowość, choć z drugiej strony - nie wypuścił na ląd cywilnych pracowników Vickersa, którzy ciągle poprawiali przekombinowaną mechatronikę poczwórnych wież artylerii. Po potwierdzeniu ruchów Niemców, około 21 maja, Hood i PoW wyszły w morze, prąc w kierunku przesmyku Grenlandia - Islandia, na przechwycenie niemieckiej pary; szereg innych okrętów przesunięto w rejon przesmyku, jeszcze inne postawiono w stan gotowości (np. bliźniaka PoW, King George V w Rosyth) lub zaczęto przesuwać na północ. Zaczynała się jedna z najsłynniejszych akcji morskich wszechczasów.

Dygresja - w typowych sążnistych artykułach czy nawet książkach, zbywa się akapitami naprawdę heroiczne działania i akcje poprzedzające efektowne starcie z Bismarckiem i późniejszy pościg. Jak np. wariacki zwiad lotniczy fiordów i Bergen 22 maja, żeby potwierdzić czy Niemcy jednak wyszli w morze - wiedz, że jest o czym opowiadać, jeśli sam "JACK C. TOVEY, Admiral, Commander-in-Chief, Home Fleet" chwali w oficjalnym raporcie po bitwie inicjatywę i zdolności lotników z Orkadów, którzy praktycznie na własną rękę polecieli na wysokości boazerii, poniżej chmur i mgły uniemożliwiającej wszelkie normalne rozpoznanie, żeby ustalić w końcu do k... nędzy co tu się wyprawia, i dokładnie zrewidowali Norwegię oraz, pod ciężkim ogniem, Bergen, i znaleźli tylko świeże norweskie powietrze, zamiast Bismarcka i Hippera - co znacznie wyjaśniło sytuację z punktu widzenia C-in-C Home Fleet. Oraz, jak np. w polskiej literaturze, rozpisując się jak to później ORP Piorun był w kontakcie bojowym z Bismarckiem i pyknął se parę salw "za Polskę", bo się kapitan nie mógł opędzić od świrów, pomija się np. genialne dowodzenie i operowanie krążownikami Suffolk i Norfolk w "pierwszym kontakcie", bez których przecież nie "złapano by" Niemców wcale; i ich pozostawanie w kontakcie z grupą Bismarcka przez wieczór i noc, z determinacją, na granicy zdrowego rozsądku wobec miażdżącej przewagi artylerii Bismarcka, walcząc z, ale i wykorzystując do osłony, koszmarną pogodę północnego Atlantyku na granicy lodu. Jak widzę krytykę "błędów" i czy wzmianki o "niepewnym kontakcie" krążowników, to nie wiem czy śmiać się czy płakać nad tezami autorów.

Ad rem a może raczej ad persona - Knight wspominał rejs typowo, jak większość żołnierzy i marynarzy wszystkich czasów i miejsc, głównie jako nerwowe i bezsenne czekanie na Wydarzenie. Próbował pisać, rysować, zająć czymś umysł, kiedy "z każdego kąta i zakamarka okrętu cichy głosik wołał, że nieuchronnie zmierzamy do walki i nic z tym nie możemy zrobić". 23 maja wieczorem kapitan przemówił do załogi, walka była pewna i to wkrótce. Esmond napisał dwa listy, do żony i do nie-żony; w liście do nie-żony Nory pisał:

"Dostaliśmy dzisiaj raport z innego okrętu operującego na północy, że dostrzegli Bismarcka i krążownik typu Hipper. Kapitan właśnie przemówił do załogi i idziemy całą naprzód, próbując przechwycić wroga. Okręt wibruje jak szalony, i mamy, razem z Hoodem i niszczycielem eskorty, mieć "wszystko szeroko otwarte we właściwym kierunku", jak to ujął kapitan! Wszyscy są bardzo spokojni, ale straszliwe napięcie wisi w powietrzu. To nasza pierwsza prawdziwa akcja po wyszkoleniu, więc można powiedzieć, że mamy szczęście! Zdaje się, że na pewno spotkamy wroga! I myślę, że będzie to wielkie wydarzenie! Jak to przed akcją, ludzie myją się i przebierają się w czystą bieliznę - za jakieś dwie godziny będziemy na stanowiskach - zobaczymy. Muszę kończyć, kochanie, i ogarnąć się. Mam nadzieję, że dokończę list później!!"

W nocy ogłoszono alarm "wszyscy na stanowiska", Knight wbił się w mundur, w czapeczkę marynarską, zawiesił na szyi wierną lornetkę Zeissa i zajął swoje miejsce na wysokim lewym skrzydle mostka pancernika, gdzie mieściły się stanowiska obserwacji i naprowadzania artylerii przeciwlotniczej. Alarm był nieco przedwczesny (starcie było "osiągalne" już około 3 w nocy, ale mając Niemców dobrze wystawionych przez krążowniki i, co najważniejsze, radary, admirał Holland zdecydował się doczekać świtu na kursie prawie-równoległym), pozwolono ludziom drzemać, ale nie odwołano ich ze stanowisk. Nad ranem podwyższono gotowość i dano całą naprzód na zbliżenie, o świcie o 5 rano Hood wystawił sygnał "CAŁKOWITA GOTOWOŚĆ DO AKCJI", nieco później obserwatorzy na bocianich gniazdach pancernika zauważyli Niemców w odległości około 30km; za kwadrans 6 Esmond i reszta załogi na poziomie mostka kapitańskiego zobaczyła niemieckie okręty majestatycznie wynurzające się zza horyzontu. Starcie było nieuchronne a odległość szybko malała.

O 05:53 Hood i Prince of Wales otwarły ogień, Niemcy odpowiedzieli.

Czy będę szczegółowo opisywał bitwę? No chyba was dydek boli. Opisano ją zylion razy, na wszelkie sposoby, beletrystycznie, historycznie, technicznie, we wszelkich mediach, i nie mam zamiaru tego kopiować czy powtarzać.

Esmond Knight oglądał ją jak spora część załogi Prince of Wales, nie biorąca czynnego udziału w walce na wielkie odległości czy utrzymaniu rozpędzonego okrętu, jako w gruncie rzeczy bezczynny widz.

ADODygresja - nie jest do końca jasne, gdzie tak właściwie był Esmond w czasie bitwy. Z części opisów wynikałoby, że był na mostku kapitańskim albo na pomoście na tyle mostka. Ale jest to z wielu powodów nieprawdopodobne - wydaje się, że powinien być na lewym skrzydle, na otwartym stanowisku ADO; "bezczynny" porucznik artylerii przeciwlotniczej nie miał powodu (czy miejsca), żeby pałętać się na mostku, pełnym dosyć zajętych ludzi. Stąd część opisów, czego to Esmond nie widział przez swoją wierną lornetkę, szczególniej w sieciowych wersjach, ale w jego autobiograficznych też, sugerowałbym traktować z lekkim artystycznym zmrużeniem oka.

Będąc po lewej stronie mostka kapitańskiego, prawie na szczycie nadbudówek, widział ciągle strzelającego Hooda, szybko nakrywające go salwy Niemców; odczuwał wszelkie efekty specjalne towarzyszące potężnym salwom własnego pancernika; jeśli łaził po mostku czy platformie za nim, może widział Niemców.

Widział też fatalne trafienie Hooda i jego skutki.

"Nagle każdy zdał sobie sprawę z grzmotu nie do przeoczenia, który straszliwie skurczył mnie wewnątrz - dźwięk narastający do gigantycznego crescendo - jak zbliżający się pociąg metra, robi się głośniejszy i głośniejszy i wypełnia całe powietrze... i w tym momencie stało się niewiarygodne: kiedy narastający grzmot osiągnął maksimum, zobaczyłem wielką eksplozję na środku Hooda, gigantyczny jęzor czerwonego ognia wystrzelił wysoko w powietrze, gęsta chmura żółtobiałego dymu uniosła się nad okrętem, wielkie kawały rozżarzonych odłamków latały na sto metrów w górę. Nie wierzyłem w to co widziałem - Hood dosłownie rozleciał się na kawałki; na moment przed tym, kiedy zupełnie przesłonił go obłok dymu, widziałem jak wystrzelił swoją ostatnią salwę. Poczułem się zupełnie niedobrze, odwróciłem się od tego widoku... kiedy spojrzałem ponownie, z trzęsącymi się kolanami, dym się rozwiewał i nie było już Hooda, nic z nich nie zostało"

Z ponad 1400 osobowej załogi, uratowało się trzech ludzi. Duma floty i całej Wielkiej Brytanii znikła łan-tu-tri, a dokładniej po ok. 10 minutach walki, zupełnie podobnie jak paru jego poprzedników w czasie bitwy jutlandzkiej z I wojny, co miało się więcej nie powtórzyć i przeciwko czemu Hood miał być zabezpieczony.

Dygresja numer jeden - chyba dosyć wolno się nasz bohater obracał, bo jednak Hood tonął kilka minut, ale powiedzmy, że ważna jest też siła wyrazu, a nie tylko suchy opis sekunda po sekundzie. Zresztą, wierzę, że Esmond nie patrzył ciągle na końcowe chwile Hooda, bo w jego relacji brakuje charakterystycznego momentu, podnoszonego przez świadków, którzy nie odwrócili wzroku (także od doskonałych niemieckich dalmierzy) - widoku dziobu Hooda, który stanął dęba "jak katedra", kiedy tylna połowa okrętu została rozniesiona na kawałki przez eksplozję, a przód zachował znaczny pęd, bo prędkość giganta wynosiła około 50km/h.

Dygresja numer dwa - opis Esmonda jest typowy, szczególnie charakterystyczne jest wrażenie narastającego grzmotu i eksplozji. To w ogóle jest jedna z ważniejszych wskazówek co do tego CO wybuchło - dziesiątki ton ładunków prochu w rufowych magazynach krążownika; który to proch wbrew pozorom nie wybucha, nawet w zamkniętej przestrzeni opancerzonych magazynów, tak samo, jak wysokoenergetyczne materiały kruszące, jak w pociskach czy torpedach, które dają nagły BANG z wielokrotną prędkością dźwięku. Co oczywiście nie przeszkadza różnym ekspertom i "ekspertom" snuć innych teorii na temat; a co do dokładnych przyczyn, miejsca trafienia itd. które spowodowało wybuch magazynów, wobec braku zaobserwowanego trafienia i materialnych pozostałości, całkiem rozsądnych teorii można wysnuć kilka, a nierozsądnych znacznie więcej.

Prawie dokładnie kiedy Hood znikał z powierzchni, Prince of Wales udowodnił, że kapitan Leach miał całkowitą rację co do gotowości okrętu, gdyż 5 salwa była niezła, a 6 salwa PoW, z dystansu około 19km, obramowała Bismarcka - czyli okręt pomimo "świeżej" załogi i przekombinowanej mechaniki nowych wież, jak najbardziej radził sobie i skutecznie walczył.

TableDygresja techniczna - dawał radę dzięki, między innymi, niesamowitym "steampunkowym" analogowym elektromechanicznym przelicznikom artyleryjskim (a może już komputerom?), które w ciągu międzywojnia wyewoluowały z pierwszych generacji sprzed i z I wojny, w całkiem dojrzałe i sprawdzone rozwiązania. Nie tylko pozwalały na zdalne, prawie-stabilizowane celowanie w czasie rzeczywistym całą artylerią okrętu (jeśli ciężkiego - niezależnymi grupami, np. tył/przód, główna/średnia, itd. zależnie od liczby i umieszczenia dalocelowników), korzystając ze zdalnie przekazywanych namiarów z dalmierzy wysoko ponad pokładem okrętu, wprowadzając szereg najróżniejszych poprawek Firing- przy tym wszystkim automatycznie rysowały rzuty namiarów przeciwnika i rozwiązań artyleryjskich w rejestratorze-plotterze, na papierze, dając oficerom możliwość inteligentnego przewidywania i wnoszenia poprawek dla manewrów wroga, oraz dokumentując starcie - stąd można było potem wyrysować mapki jak ta obok. I dopiero późnowojenne rozwiązania US Navy, w pełni stabilizowane, w zamkniętej pętli automatyki i z podpiętymi "sprzętowo" radarami, przebiły rozwiązania angielskie jak ze zdjęcia (z okrętu muzeum HMS Belfast) czyli jakie miał PoW w czasie bitwy.

Prince of Wales zaczął trafiać Bismarcka, ale też natychmiast spotkał się z odpowiedzią Niemców, którzy oczywiście przenieśli cały ogień na jedyny cel, jaki im został. Dystans szybko spadał, około 16km zaczęły włączać się do akcji działa średnie wszystkich zainteresowanych stron; w powietrzu latały całe wagony właściwie zaostrzonej przeciwpancernej stali, faszerowanej ładunkami wybuchowymi.

Jak wspominał bohater notki:

"Nagle wszystko stało się niepewne, jedyne co pamiętam to znowu narastający ryk, jak nadchodzącego cyklonu oraz niezbyt związana z tym wizja, że słucham zespołu grającego w Hyde Parku; potem poczułem świdrujące dzwonienie w głowie i zaczęła wracać mi świadomość. Miałem wrażenie, że umieram. Było to dość dziwne uczucie i zrobiło mi się trochę smutno, ale niewiele ponad to. Wkoło mocno szumiała woda, leżałem na boku przygnieciony wielkim ciężarem. Co do groma się tu stało?"

DamageStało się to, że pocisk przeciwpancerny 381mm z Bismarcka trafił w przedni prawy narożnik mostka kapitańskiego, i przeszedł przez nieopancerzoną konstrukcję jak przez tekturowe pudełko, zabierając sporą jego część, po czym wyleciał przez lewy bok. Nie było i nie jest pewne, czy eksplodował w ogóle czy częściowo, na mostku czy po wylocie za burtę (moim zdaniem, nie wybuchł, mam takie wrażenie po obejrzeniu wszelkich znalezionych zdjęć i szczególniej porównaniu z tym, co narobiła eksplozja takiego samego pocisku, który trafił w ciężki dźwig na śródokręciu i wybuchł za kominem) - ale to nie miało wielkiego znaczenia, 800kg pocisk, lecący z około 600m/s, spowodował nie jakiś tam przysłowiowy deszcz odłamków, ale raczej tornado rozżarzonej stali, które przeszło przez mostek i przez platformę obserwacyjną za mostkiem. Zginęła na miejscu obsada mostka poza trzema ludźmi (szczęśliwie ocalał kapitan Leach); zginęła większość marynarzy na skrzydle; praktycznie wszyscy na poziomie mostka zostali ranni albo kontuzjowani.

Porucznik Esmond Knight został ciężko ranny.

Dygresja "pancerna" i długa - w tym miejscu każdy niezbyt obeznany z dziwnymi zjawiskami floty wojennej, zadaje sobie pytanie "jeśli kapitan dowodzi z mostka kapitańskiego czy nawigacyjnego (compass platform) na samej górze nadbudówek, admirał z ekipą (jeśli obecni) dowodzi zespołem okrętów z mostka admiralskiego poniżej, to kto tak w zasadzie jest w tej efektownej pancernej wieży dowodzenia, przed czy na czole nadbudówek?" (jak na zdjęciu wieży Hooda powyżej w tekście). Właściwa odpowiedź - nikt. Na palcach jednej ręki można policzyć użycie bojowe pancernej wieży dowodzenia na przestrzeni XXw.; Royal Navy kiedyś dokładnie policzyła, że w czasie całej drugiej wojny ilość przypadków dowodzenia z wieży pancernej na wszystkich, mające takowe, okrętach Royal Navy wyniosła dokładne okrągłe słowne zero. Co oczywiście nasuwa podejrzenie, że kogoś tu ciężko pojebało - albo zamawiających i konstruujących monstrualne bunkry (opancerzenie, przeważnie ilościowo i jakościowo mniej więcej jak własnej artylerii głównej, czyli powierzchniowo nawęglana i hartowana wysokogatunkowa stal grubości 200-300mm - stąd niebagatelna waga setek ton i do tego niewygodnie wysoko nad pokładem ergo destabilizująca), albo dowódców tychże okrętów, ignorujących przewidziane dla nich bunkry, za to bawiących się w piratów na praktycznie odkrytych mostkach, z których byle odłamki robiły sita i cmentarzyki, jak właśnie na Prince of Wales. Przyczyn nieużywania było wiele, mniej czy bardziej racjonalnych i generalnie chyba wszystkie siedziały w głowach dowódców. Po pierwsze, pancerze w XXw. zrobiły się "nieadekwatne" wzg. potęgi nowoczesnych dział, dał o sobie znać efekt "jajka z młotkiem" (BTW wiecie, że terminu "jajko z młotkiem" Churchill użył, a może i wymyślił, na potrzeby dyskusji parlamentarnej właśnie o ciężkiej flocie, przed I wojną światową?) - przestrzeliwano coraz łatwiej wieże działowe, ich barbety (podstawy), pasy pancerne, magazyny, o pokładach nie mówiąc, itd. itp. Stąd nikt nie miał złudzeń, że wieża daje ochronę, poza przeciwodłamkową i do średniego kalibru; pocisk jak Bismarcka 381mm wszedłby w wieżę dowodzenia tak samo jak w mostek kapitański, co najwyżej już by nie wyszedł, tylko zrobił w wieży tapetę metalowo-mięsną, a nie stertę złomu i ludzi. Po drugie, dowódcy nienawidzili braku widoczności z bunkropodobnych wież, z ich szczelin obserwacyjnych - w każdej bitwie, ale szczególniej morskiej czy powietrzno-morskiej tzw. świadomość sytuacyjna jest jednym z najważniejszych zagadnień, a przed epoką wypasionych radarów i komputerów jedyną gwarancją, że się nie pogubi w bitwie i zaraz wygubi swoich, to było - mieć dziesiątki wyszkolonych oczu wkoło "głowy" i po prostu widzieć, co się dzieje. Z pancernej wieży nie było widać prawie nic, z najwyższego mostka nadbudówek - prawie wszystko, co było do zobaczenia. Po trzecie, socjologia nie tyle może "żołnierzy", co "towarzyszy broni" czy, nie bójmy się tego słowa, "wojowników" - bo może taka Royal Navy była hierarchiczna i popieprzona jak całe społeczeństwo UK, może trafiały się czuby jak w poprzedniej notce, może marynarze byli traktowani wzg. i przez oficerów jak podludzie, itd itp. - ale każdy liniowy dowódca ciężkich okrętów XXw. Royal Navy (i podobnie sprofesjonalizowanych flot o dostatecznie długiej tradycji) przeszedł szkolenie od kadeta i/lub porucznika, każdy był wieloletnio szkolonym fachowcem o dekadach doświadczenia, odpowiadał swoim honorem i statusem społecznym za załogę i okręt, każdy wyznawał pewien etos. W etosie tym mieściły się luksusowe kabiny dla nich a prycze dla marynarzy; sarkazm, zgryźliwość, czasem zupactwo na granicy sadyzmu dla podwładnych, itd. ale NIE MIEŚCIŁO SIĘ, że kiedy ich ludzie walczą i giną dziesiątkami czy setkami, na otwartych pokładach, w grobowcach wypełnionych materiałami wybuchowymi, zwanych "wieżami artylerii" i "magazynami amunicji", w pułapkach kotłowni i maszynowni - oni będą dowodzić tą masakrą "bezpieczni" za ćwierćmetrowym pancerzem. Nie tego oczekiwali podwładni, koledzy, zwierzchnicy; sami od siebie oczekiwali, że dadzą radę, że zasłużą na te luksusy i szacunek, że pójdą na dno razem z okrętem. Dygresja do dygresji - PoW i bliźniaki były wzg. późną konstrukcją i miały jeszcze opancerzoną wieżę dowodzenia, ale już tylko przeciwodłamkowo i symbolicznie (rzędu 70-100mm), bo już było wiadomo, że nikt tego ciężkiego cholerstwa nie używa.

Wracając na Prince of Wales 24 maja - kapitan, tylko kontuzjowany "eksplozją", po otrząśnięciu się z pierwszego szoku, dalej dowodził - ciągłe trafienia pociskami 381mm i 203mm (w sumie 7 istotnych trafień) powodowały dalsze uszkodzenia okrętu; artyleria główna zaczęła "mechacić się", salwy PoW zaczęły padać o wiele za krótkie, systemy tylnej wieży zaczęły wysiadać; średnia artyleria też nie do końca działała jak powinna; pojedynek, nierówny po utracie Hooda robił się rozpaczliwy - Leach podjął decyzję o oderwaniu się od przeciwnika, póki jeszcze miał napęd i sterowanie, bo każda kolejna salwa dobrze wstrzelanych Niemców mogła zrobić z PoW wrak lub łatwy łup. Nie wiedział czy istotnie trafił Bismarcka, ale wiedział, że jego okręt i załoga są porównywalne z doskonale wytrenowanymi Niemcami tylko na papierze, więc zamiast walki w trupa i to raczej swojego, wybrał oderwanie się i kontynuowanie śledzenia przeciwnika w oczekiwaniu na wsparcie - baardzo gruby raport musiał potem wypisać, żeby się wybronić z tej decyzji. Ale według większości zwierzchników, i mnie też, jak najbardziej słusznej. PoW odwrócił się rufą do Niemców, postawił zasłonę dymną, wystrzelił na pożegnanie, z inicjatywy dowódcy pozbieranej nadludzkim wysiłkiem do kupy wieży rufowej, trzy salwy z celowania lokalnego; odszedł na południe.

Niemcy nie gonili PoW - sam Prinz Eugen raczej nie wystarczyłby do rozprawienia się z lekko pokiereszowanym pancernikiem, a Bismarck miał własne kłopoty; dwa trafienia pociskami 356mm też narobiły mu istotnych szkód (rozwaliły zbiorniki paliwa na dziobie i kawałek maszynowni na rufie); zresztą, zadaniem grupy nie były ryzykowne pojedynki równych sobie pancerników, tylko przedarcie się na Atlantyk i masakra transportowców i konwojów.

W czasie kiedy Leach dowodził końcówką starcia, na zdemolowanym mostku rozwinęła się szybko akcja ratunkowa. Esmond nic nie widział, ale słyszał okrzyki "Nosze! Zrobić przejście!" i niesamowite dźwięki, jakie wydają umierający wkoło ludzie, po chwili zdjęto z niego zwał trupów, czuł zapach krwi. Przetransportowano go szybko do izby chorych, gdzie pobieżnie zbadano jego pokiereszowaną twarz, poproszono go żeby otworzył oczy, ale widział tylko ciemność. Opatrzono go, i tak sobie leżał, słuchając gromowych pomruków walczącego okrętu, aż zapadł w morfinowy sen.

Następne dni spędził w tej samej izbie chorych, w bandażach i majaczeniach, gdyż kapitan Leach nie odpuścił łatwo, i po ocenie uszkodzeń i opatrzeniu rannych i okrętu, szedł jak cień za grupą Bismarcka, dopóki starczyło mu paliwa - w tym czasie Royal Navy wstawała z kolan po ciosie, jakim było zatopienie Hooda, i w zasadzie każdy kawałek ciężkiego okrętu pod rozkazami RN, który przebywał w tej samej ćwiartce globusa co Bismarck i miał dość paliwa, miał przechwytywać Niemca. Zresztą, paliwo było nieco opcjonalne - jak to zaraz ujął z charakterystyczną swadą i przesadą Churchill, pancerniki mają Bismarcka dopaść, choćby potem przyszło je holować do portu.

O pościgu za Bismarckiem też nie mam zamiaru się rozpisywać.

Kapitan Leach był zawzięty, ale nie aż tak, żeby holować PoW do domu, więc niebawem zawrócił na Islandię. Po drodze w te i wewte Esmond miedzy majakami i snami na morfinie, odbierał strzępki rozmów o pościgu za Bismarckiem, jakieś odpryski satysfakcji, że nie poszło to wszystko na marne, że uszkodzenia zadane przez PoW przyczyniły się do zmiany planów niemieckich i zawrócenia Bismarcka do Francji. A kiedy wracali na Islandię, 27 maja, przez Esmonda majaki o krwi i mordowaniu przedarł się czyjś krzyk z góry, z drabinki, "Bismarck zatopiony!".

W międzyczasie powstał łączony list, który nieco później dotarł do nie-żony Nory:

Droga panno Swinburne! Piszę na maszynie dołączony list dokładnie tak, jak mój przyjaciel Esmond Knight mi go dyktował na izbie chorych ostatniej nocy. Obawiam się, że straci oko na skutek ran odniesionych w przedwczorajszej akcji. Drugie oko ma uszkodzone, doktor pokładowy mówi, że może nie straci w nim wzroku. Jest niesamowicie pogodnego ducha i najodporniejszym facetem jakiego spotkałem. Nie potrafię opowiedzieć, jak bardzo cała załoga okrętu żałuje jego straty, choć z drugiej strony, ma wiele szczęścia, że w ogóle przeżył, kiedy sprawy poszły źle. Przepraszam za tę notkę wyjaśniającą, ale powiedziałem Esmondowi, że spróbuję wyjaśnić, dlaczego list jest pisany na maszynie. Uszanowania, George Fergusson.

A od Esmonda:

"Koczku mój najdroższy! niestety zgubiłem program twojego tourne i nie wiem gdzie będziesz w najbliższej przyszłości, więc ślę to do twojej matki w nadziei, że wkrótce otrzymasz. Mniemam, że usłyszysz, że pewnego dnia napisaliśmy pierwszy rozdział kawałka historii morskiej, ale tak naprawdę, już na samym początku akcji miałem nieszczęście oberwać w twarz. Obawiam się, że oznacza to utratę jednego oka, ale i tak mam nadzwyczajne szczęście, że w ogóle przeżyłem, jako jedyny w tej części okrętu. Myślę, że będę przeniesiony do szpitala na lądzie w ciągu paru dni i gdziekolwiek trafię, dam ci znać. Wszyscy są nadzwyczajnie mili i poza lekkim bólem głowy, czuję się dobrze. Zajmuję się rozmyślaniem jakie charakterystyczne role dla gościa z czarnym monoklem Micky Powell będzie mógł dostarczyć po wojnie. Jak mówiłem, jak tylko będę wiedział gdzie trafię, spróbuję napisać do ciebie znowu, i może będziesz mogła mnie odwiedzić za jakiś czas. Kocham cię z całej siły, moja droga, nie przejmuj się. E.K."


Dygresja - porucznik Fergusson, który wspierał Esmonda i pisał powyższe listy, zginął pod koniec roku na Malajach, razem z ponad 300 marynarzami, w tym dzielnym kapitanem Leach'em, i razem z HMS Prince of Wales, posłanym na dno przez japońskie samoloty.

Na Islandii Knight trafił do wojskowego szpitala, gdzie przeszedł operację usuwania odłamków z twarzy i oczu, usunięto mu zniszczoną lewą gałkę oczną, prawa też rokowała słabo. Po paru miesiącach rekonwalescencji wrócił do domu.

Niewidomy.

Poza wzrokiem fizycznie wydobrzał, zachował pogodę ducha, podyktował/napisał brajlem cykl artykułów (zaraz z sukcesem wydany jako książeczka) o bitwie z Bismarckiem, odnowił kontakty ze środowiskiem aktorskim, był lubiany jak zawsze. Np. na koniec roku 1941 koledzy zgotowali mu benefis w London Palladium, występowała cała śmietanka aktorska UK, m.in. Laurence Olivier, Vivien Leigh, i wielu innych.

Następne parę lat upłynęło na próbach adaptacji do nowej sytuacji, przy wydatnym wsparciu żony i nie-żony, oraz instytucji powołanych dla wsparcia takich przypadków (przeszedł też szereg dalszych operacji wyciągania odłamków z twarzy i plastycznych). Oczywiście, ciągle kołatała się nadzieja, że może jednak da się coś zrobić z ocalałym okiem, ale czterech najlepszych specjalistów orzekło, że nie ma szans, czas się pogodzić, uczyć brajla i nowego życia. Zaczął wracać do aktorstwa, do śpiewu, recytacji, itd. nawet do filmu - nadal niewidomy. Zdarzyło się, że ktoś podpowiedział mu (znowu, przypadkowy "ktoś"!) lekarza / szarlatana / geniusza, zależnie kto opowiada, byłego doktora Nesfielda, który może i był kontrowersyjny, i stracił tytuł itd. ale wykonał sporo "cudów" zręczną chirurgią i agresywną chemią, na przykład - udało mu się usunąć kataraktę i Esmond zaczął słabo, ale jednak widzieć prawym okiem. Skądinąd w późniejszych latach Knight zdecydowanie i skutecznie bronił doktorka przed nieustannymi zarzutami i atakami o szarlatanerię i nieetyczność, w sumie, jakby nie patrzeć, bronił nie bez podstaw.

Po częściowym odzyskaniu wzroku w 1943, używając zarówno resztek oka jak i uporu, żelaznej woli i planowania, wrócił do kariery aktorskiej.

Zaraz po wojnie przemeblowało mu się życie rodzinne, gdyż nie-żonie zbrzydła wieloletnia sytuacja trójkąta, więc postawiła Esmonda przed wyborem - po małej romantycznej burzy wybrał nie-żonę. Tak więc żona stała się byłą-żoną, nadal przyjaciółką i nie zamierzali zrywać do końca ze sobą, utrzymywał jak najbardziej ciągły kontakt z byłą rodziną, a nie-żona stała się nową-żoną.

Przewijając następne parę dekad - funkcjonował prawie normalnie, nadal bardzo popularny i lubiany, nadal grał (np. ciągła współpraca z Laurence Olivierem) w teatrze i filmie, jak zwykle - dawał radę. W latach '70-'80 zaczęły się ponownie problemy ze wzrokiem (tym razem "doktor" Nesfield nieco "dał ciała" z diagnozą i opóźnił właściwą terapię), zaczęły się niewielkie początkowo problemy kardiologiczne.

Z drobnych ciekawostek, zagrał w zapomnianym megapopularnym (13mln widzów ostatniego odcinka!) serialu SF "A jak Andromeda", załapał się do "Doctor Who", nawet do filmu początkującego Larsa von Triera w 1984.

Z zyliona rzeczy w których grał przez dekady, dla mnie chyba najistotniejsze są:

Sink!Sink the Bismarck! (1960) - czyli lekko sfabularyzowana historia bitwy z Bismarckiem, pościgu i jego zatopienia. Dosyć sensownie zrobiona, wystarczająco wierna, wystarczająco dramatyczna, film jest całkiem ok. "Punkt będący" w tym, że Esmond Knight gra w niej kapitana Leach'a, swojego dowódcę, także w scenie trafienia mostka HMS Prince of Wales, gdzie Esmond padł... jeśli komuś się wydaje, że kinematografię po-mo wymyślono w latach '90 czy po 2000, to polecam, niech się walnie w głupi łeb i przebije powyższy pomysł.

RMRobin and Marian (1976) - czyli chyba najciekawsza i najsmutniejsza wersja historii Robin Hooda jaką znam, poleca się. Sam scenariusz (powiedzmy "Robin Hood i lady Marian 20 lat później") nieźle się broni a zespół czołowych aktorów epoki dodaje duży procent cukru w cukrze. Esmond gra epickiego "dziada" na początku, który wykończył Ryszarda Lwie Serce, itd. Nieduża rola, ale jak zwykle, daje radę, a film ten kocham i szanuję.

ArcherAgincourt - The Archer's Tale, czyli monodram wymyślony, napisany i zagrany przez Esmonda (BTW powstał w 6 tygodni, kiedy kolega-organizator zapisał Esmonda na festiwal w Manchesterze, a na obiekcje Knighta, że nie ma przygotowanej żadnej roli, kazał mu wymyślić coś ciekawego). Inklinacja jaką Esmond zyskał do łucznictwa w czasie wojny (przy okazji sokolnictwa i szkolenia Obrony Terytorialnej), plus rozmowy z przyjaciółmi w temacie (jak zwykle...) dały opowieść o angielskiej wyprawie do Francji i słynnej bitwie pod Agincourt, snutą przez szeregowego łucznika, napisaną i zagraną w odpowiednim stylu. Esmond odniósł nią wielki sukces, potem nagrało to BBC, niestety chyba nieosiągalne jest obecnie, jest tylko transkrypt. Poleca się uwadze własne ilustracje Esmonda w tekście - zawsze miał pewne zdolności plastyczne, a bardzo słaby wzrok dodał sporo wyobraźni i magii do jego dziełek. Rzecz jest całkiem ciekawa.

Kręcąc film w Egipcie w 1987, zmęczony w słusznym wieku 80 lat, skoczył odpocząć do Anglii miedzy zdjęciami. Rano w poniedziałek, Nora jak zwykle zawołała do Esmonda, zalegającego w sypialni, "Życzysz sobie filiżankę kawy?", odpowiedział "Poproszę!", zanim zrobiła kawę i zaniosła do sypialni, zabił go atak serca.

Jak sam dawał wielokrotnie do zrozumienia, nawet tytułem swojej autobiografii "Seeking the bubble", grał i udawał całe życie, nie tylko na scenie i przed kamerą. Ale jak dobrze skrojona rola! i jaki solidny aktor!



Linki:

Potężna strona o Esmondzie z której zaczerpnąłem większość szczegółów biografii

Strona o uszkodzeniach Prince of Wales zadanych przez Bismarcka - cały portal zawiera olbrzymią masę informacji źródłowych, w temacie bitwy i jej okoliczności

Kolekcje i wyszukiwarka Imperial War Museum miliony obiektów, dla Hooda czy PoW tysiące genialnych zdjęć, w zasadzie bez copyrajtu.





mgr Sianko
Fri, 9 Dec 2016 21:32:53
Pierwszy!

I znowu gratuluję smakowitej notki! I czekam na kolejne :)

Uściski

gszczepa
Fri, 9 Dec 2016 21:59:24
Świetne!

pochlaniacz
Fri, 9 Dec 2016 23:35:29
Człowieku - piątek, po robocie, czeka piwo i z dawna oczekiwany film a ty taki content zarzucasz :)
Ładnie współgrało z dawno temu przeczytaną książeczką Mullenheima-Rechberga.
Aż zacząłem nerwowo przeszukiwać torrenty

charliebravo
Sat, 10 Dec 2016 11:06:07
@Boni
Wow!
Korekta obywatelska: wystrzał z działa był chyba na Isle of Wight, nie?

Boni avatar Boni
Sat, 10 Dec 2016 11:23:42
Dzięki za wszystkie dobre słowa.

Korekta: oczywiście, że Wight, mam jakiś kolosalny problem z tą nazwą, nawet służbowo (fajne miejscówki, zdarzyło mi się trafić - "najoptymistyczniejsza inwestycja świata", czyli farmy paneli słonecznych, widać kilka w google maps), zawsze coś pochrzanię, jak nie Wright to Isla.

W ogóle ciągle jeszcze poprawiam notkę, i dorzucę linków (i nie chcecie wiedzieć, jak początkowo zmiażdżyła mi ją redaktorka). Miały też być przypisy, ale chyba nie starczy sił i woli.

W ogóle nie radzę spodziewać się takich kobył za często, to są efekty trzech dni na zadupiach "na wiatrakach", gdzie towarzystwo było słabo przygotowane do odebrania inwestycji, raczej powiedziałbym, że do odebrania tytułów inżynierów czy menadżerów.




Licencja:
Creative Commons License

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Sceny rycerskie
Sat, 10 Dec 2016 11:23
Dzięki za wszystkie dobre słowa. Korekta:...

charliebravo - Sceny rycerskie
Sat, 10 Dec 2016 11:06
@Boni Wow! Korekta obywatelska: wystrzał z działa...

pochlaniacz - Sceny rycerskie
Fri, 9 Dec 2016 23:35
Człowieku - piątek, po robocie, czeka piwo i z dawna...

gszczepa - Sceny rycerskie
Fri, 9 Dec 2016 21:59
Świetne!

mgr Sianko - Sceny rycerskie
Fri, 9 Dec 2016 21:32
Pierwszy! I znowu gratuluję smakowitej notki! I...

Boni - Car suwerenny
Wed, 30 Nov 2016 23:49
@kuba Prawda, garaż by się czasem przydał, ale to...

magister Sianko - Car suwerenny
Wed, 30 Nov 2016 17:04
"Daily Mail": Polskim barbarzyńcom nie wystarcza, że...

kuba_wu - Car suwerenny
Wed, 30 Nov 2016 13:51
Spawareczka spawareczką, tarczóweczka tarczóweczką,...

Gatling - Car suwerenny
Tue, 29 Nov 2016 14:34
Susznie pan zracjonalizował, prezesie, bardzo susznie....

Boni - Car suwerenny
Wed, 23 Nov 2016 21:09
@kuba_wu Coś w tym jest, dlatego właśnie...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Jetlag (pattern recognition)
Ogólna teoria
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Szrot nasz codzienny
Modelarnia
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP


Engine: Anvil 0.66   BS 2012-2015